Ty spisz, a ia sam na dworze,
Jeszcze od wieczorney zorze,
Cierpię nocne niepogody,
Użałuy się moiey szkody.
Słuchay iako biie w ściany
Z gwałtownym dżdżem grad zmieszany:
Ockni się a przemów słowo,
Nieużyta białagłowo.
Nie na żadną kradzież godzę,
Chocia tak po nocy chodzę:
Wziąłbych przed się by co dano,
Łupiestwo czartu porwano.
Nigdziey mieysca mniey hardości
Nie naydziesz, iako w miłości:
Gładkość w prawdzie sługi daie,
Ale dzierżą obyczaie.
Słuchasz? czy móy głos nie może
Dolecieć na twoie łoże?
Słuchaycie wy nocne cienie,
I nieumowne kamienie.
Do Amphionowey lutnie,
Spieszyły się lasy chutnie,
A niezwyczayne opoki
Scisnęły się w mur szeroki.
Orpheowych stron słuchały
Srogie iędze, i płakały,
Gdy miłością utrapiony
I pod ziemią szukał żony.
Jego pieśni żałościwe
Zięły bogi nieżyczliwe:
I miał w ręku co miłował,
By był nędznik lepiey chował.
Ale nie strzymał umowy,
Więc przyszedł o smutek nowy:
Bo źle się obeyrzał, ali
Czarci panią zaś porwali.
Czekać iuż, nieboże, było:
Ale gdy co komu miło,
Trudno wytrwać i czas mały:
Godzina tam iak rok cały.
A ia długo mam bić w strony?
Już u mnichow słyszę dzwony:
Dziwnośmy się pomieszali,
Jam nie spał, a ci iuż wstali.
Dobra noc, ieśli kto słyszy:
A móy wieniec w tey złey ciszy,
Niechay wisi do świtania,
Swiadek mego niewyspania.