CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaEugeniusz Małaczewski

Eugeniusz Małaczewski · Vanguardias / s. XX

Pożegnanie (Małaczewski)

polaco

I oto znów włóczęgą

uskrzydli się me życie,

znów wiatry z pól powieją...

Znów, oczy me, ujrzycie,

jak wstecz sunącą wstęgą

z pod kół ucieka ziemia...

uderzą w twarz zapachem

czerstwego chleba zboża

i gdzieś... na brzegu Morza...

błękitnym cudnym strachem,

jak szlochem, pierś rozeprze...

W dal, po północnej drodze,

gdzieś w Jutro, niż Dziś, lepsze,

wywczasem stóp odchodzę......

stęsknionem lecę sercem

tam, kędy Północ szronem

wiosenne srebrzy kwiaty,

lęgnące się kobiercem

pod krą, schluśniętą z Morza, —

gdzie kryształowym dzwonem

powietrze się wydaje, —

a na niem swe szkarłaty

i fiolet wystygmaca

północna wielka zorza...

W omszone śniegiem kraje,

lodami jasne morza, —

wywczasem stóp odchodzę...

I nie wiem: czy tam idzie

mój duch... lub — raczej wraca

po swej odwiecznej drodze...

Bo kędy jeno krokiem

zamierzę we włóczędze, —

mój NARÓD serc swych serce

niósł wszędy pośród ździerce

i niemym był prorokiem,

wspaniałość narodową

niosącym w ludów nędzę, —

jak CHRYSTUS, lał dla świata

krew hojnie w świętej wojnie,

dla siebie zaś miał — Słowo.

Więc może z tajgi wstaną

i rzędem pójdą ku mnie,

brnąc w śniegu po kolano,

Powstańcy polscy owi,

co w ziemi zmarzłej do cna,

w nędzarskiej leżą trumnie

tak strasznie i tak dumnie,

że tego nie wysłowi

ni harfa, zgrzytem mocna,

ni lutnia, śpiewna dźwiękiem...

Powstaną... pójdą ku mnie

orszakiem chwiejnych cieni

i witać będą słowem,

co jest serdecznym jękiem...

A potem, uciszeni,

podążą korowodem

w nieznane swe cmentarze,

gdzie śnią, ściśnięte lodem,

wyżarte łzami twarze,

gdzie pomost ciał się ściele.

I ręka ich pokaże

na skute kajdan stalą

po sądny dzień piszczele...

I w oczodołach czaszek

źrenice się zapalą

próchnicą zmarłych trupią,

i ziemię nią przeświecą,

jak gdyby czarne płótno

od spodu złotą świecą.

I taką siłę skupią

w spojrzenie to mogilne

i taką moc okrutną, —

że wejdzie do mej jaźni

ten wzrok, jak światło silne

i przejmie...

I zapyta

o naszą rzecz stuletnią,

co w NARÓD mój jest wryta,

jak w żywe ciało — blizna.

I tem pytaniem zmoże

i w proch mą dumę skruszy,

aż złamię się, ukorzę — —

— — I wejdzie do mej duszy,

jak wielki szloch — OJCZYZNA!

A może na me drogi,

na ścieżki me włóczęgie,

z sinawej śniegów bieli,

zakutej w sopel srogi

przez mrozy, jak stal tęgie,

wyprószy się — — Anhelli? — —

I poprowadzi z sobą

nad ciche swe jezioro,

dokoła się smucące

jodłowych drzew żałobą;

i wskaże dłonią chorą

na pełne dwa miesiące:

na ów — co świeci w niebie,

i ten — którego fala,

co mgnienie, nurtem grzebie? — —

I ręką, co wyzwala,

do mego dotknie czoła...

I Duszę zeń wywoła

i rzuci na jezioro

zwierciadłem roztrzaskanem

po jaśni od miesiąca...

A fale ją zabiorą

i pluskiem, kołysanym

i rozpłakanym cudnie,

poniosą ją do słońca,

poniosą na południe. — —

Bo wiem: że nieraz sercem,

tęskniącem, jak żórawie,

i zadumanem smutnie,

północny kraj zostawię

i pójdę na południe...

Zostawię i odlecę

tam, kędy w słońca spiece

dojrzały łan szeleści

i las ciemnieje liściem;

i moja myśl się wpieści

w dziewczęce twe uroki,

i w oczu smęt głęboki,

i w ust twych polną różę...

Ocknięta moim przyjściem,

zatęsknisz za czemś nagle

i westchnień znojną burzę

w pierś rzucisz — jakby w żagle.

Gdy serce cię opuszcza,

niech wiersz mój cię pożegna.

Milczenie między nami

wyrośnie, niby puszcza,

wychynie, niby morze, —

i od się nas odegna.

I będziem odtąd sami,

jak w stepie — drzewa boże.

I tylko gwiazdy jedne,

te same gwiazdy jasne,

na naszem wspólnem niebie,

spoglądać będą na mnie,

nim wpatrzon w blask ich, zasnę, —

— te same, co na ciebie...

Żegnajcie mi, żegnajcie,

wy — wszystkie dusze bliźnie —

niech słowo me po rękach,

jak łza, się wam rozbryźnie...,

Już szum dalekich borów

majaczy się mi w dźwiękach

poranków i wieczorów, —

już wiatry z pola wieją, —

gdzieś chabry światłem sinem

w dojrzałem błyszczą życie — —

upajam się nadzieją,

jak musującem winem, — —

znów, oczy me, ujrzycie,

jak wstecz sunącą wstęgą

z pod kół ucieka ziemia — — —

hej, znowu moje życie

uskrzydla się włóczęgą!...

Sigue explorando

Por su autor
Eugeniusz Małaczewski · 29 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Polskie sosnyPsalm skruchy →

Expediente

Autor
Eugeniusz Małaczewski
Título
Pożegnanie (Małaczewski)
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-pozegnanie-maaczewski--eugeniusz-maaczewski-4c79e4
Cita recomendada
Eugeniusz Małaczewski, «Pożegnanie (Małaczewski)», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-pozegnanie-maaczewski--eugeniusz-maaczewski-4c79e4.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.