Jeśli się zazdrość krzywi,
Żem tu słabym śpiewał tonem,
Bądź dla mnie Pigmalionem.
Wdzięczność mię pewnie ożywi.
W. K. Mości
Wierny Poddany
T. K. Węgierski.
Nie masz tu w téj robocie ni czucia ni duszy,
Lecz same oziębłe głazy.
Cokolwiek tylko teraz moja ręka ruszy,
Już to są słabe wyrazy.
Zniknąłeś talencie dawny
I ty geniuszu sławny!
Twoje mnie ognie rzucają,
I moje prace trwożliwe,
Nie tak jak przedtem szczęśliwe,
Marmurom życia nie dają!
Straciłem imię dawne...
Ma ręka bogów nie stwarza...
Idźcie narzędzia niesprawne,
Niech się więcej ma sława wami nie umarza.
Ach! jak się straszna we mnie zrobiła odmiana.
Tyrze! ojczyzno kochana!
Twe piękności, co mię tak bawiły przyjemnie,
I te kunsztów i nauk pamiętniki trwałe,
I te posągi wspaniałe
Nie budzą podziwienia we mnie...
Ani mię filozofów obcowanie wzruszy,
Malarzów i poetów rozmowy mnie nudzą,
Sława ani pochwała nie wznoszą méj duszy...
Czucia nawet przyjaźni już się w mnie studzą.
I wy młodziuchne piękności,
Wy życia mego rozkosze,
Natury doskonałości,
Które naśladowałem po trosze...
Wy mię przyjemne modele
Dowcipu i miłości ogniem zapalały...
Lecz i o was nie dbam wiele,
Dla mojej Galatei w podziwieniu cały.
Dziwem tajnym jakimści tutaj zatrzymany
Niczego kończyć nie zdołam...
Z kamienia do kamienia przechodzę zbłąkany,
I darmo na mój talent utracony wołam...
Od świtu do późnej nocy
Próżnować moja robota cala,
Same tylko nieśmiałe poczynam osnowy..
I te martwe posągi... i te nieme głowy...
Już nie czuję dzielnéj mocy,
Która by im duszę wlała.
Ani skry geniuszu we mnie nie zostaje!
Młody...przeżyłem siebie, straciłem me siły...
Lecz co za ogień wkradł się w moje żyły?
Że się cały gorzeć zdaję...
Jakże w oziębłéj myśli, w dowcipie stępionym
Czująż się te poruszenia?
Te namiętności nagłe uderzenia?
Podlegaż człek tak szybko odmianom szalonym?
Ta niespokojność okrutna,
Która duszę moją trawi...
I ta nadzieja smutna,
Któréj umysł przyczyny sobie nie wystawi...
Bałem się, by w podziwieniu
Własnego mojego dzieła,
Rozpacz mię jaka nie wzięła,
O innych robot dalszém powodzeniu:
Schowałem je pod zasłonę...
I ręce moje śmiały
Zakryć swój zaszczyt cały,
I tę wdzięczną pamiątkę odłożyć na stronę?
Nic mi to nie pomogło przejrzenie subtelne,
Smutniejszy odtąd jestem, lecz niemniéj leniwy...
Lecz jak mi drogie jesteś dzieło nieśmiertelne!
Jakem z tobą jest szczęśliwy!...
Gdy mój dowcip darmo się będzie sposobił,
By coś mnie godnego zrobił;
Wtenczas się pokażę światu,
I rzeknę: Nieszczęście mi sławy nie odjęło,
Bo oto jest dawne dzieło
Pigmaliona warsztatu.
Ach! Galateo! kiedy smutną probą
Nic wcale dla mnie nie będzie na świecie,
Ty mi się zostaniesz przecie...
I będę się cieszył tobą.
Po co ją ukrywając przymnażam méj męki?
Gdym się poświęcił próżnować...
Czemu najpierwszém dziełem mojej ręki
Nie mam wzroku kontentować?...
Ach! może jeszcze jaką upatrzę w niej wadę,
Może strojowi jaką dać mogę ozdobę.
Wszystkich talentów zawołam na radę,
Żeby zupełnie piękną zrobić tę osobę:
Może też to mój dowcip zgaszony zapali.
Obaczmy ją raz jeszcze,
Rozważmy na gustu szali,
Czy się nie darmo nią pieszczę?
Bo dotąd zawsze pełen podziwienia,
Nie miałem nigdy czasu rozważenia.
Lecz jakie straszne czuję poruszenie
Tykając się téj zasłony!
Bojaźń po wszystkich członkach rozsyła mi drżenie.
Czego się lękasz szalony?
Czyli się zbliżasz do bogów świątyni?
Kamień to, twoje to dzieło... .
Cóż z tego? co nam bóztwem lekkowierność czyni,
Innyż li początek wzięło?
Bierz cześć odemnie Galateo mila;
Wybacz, dotąd się myliłem;
Chciałem cię stworzyć nimfą, boginią zrobiłem,
Wenus ci miejsca swego ustąpiła.
Próżności ludzka! pocieszna słabości!
Moją ubóztwiam robotę,
I własnéj pełen miłości,
Siebie w niéj czcić mam ochotę...
Nie... nie! nic piękniejszego natura nie dała,
Ani stworzyła bogów możność cała...
I jakże z mojejże ręki
Nieporównane wyszły te wdzięki?
I moje usta mogły... Lecz Pigmalionie
Widzisz ten defekt mały:
Oto zbyt ciało pod tą suknią tonie,
Trzeba jéj ująć nie wiele;
Nadto piękności zakrywa,
Których się oko spodziewa
W tém nieporównaném ciele.
Przez zbytnie pomieszanie zniknęła ta wada,
Ledwie mię wstrzymują nogi,
Nie chcę... dłóto mi z ręku wypada,
Popsułbym ten posąg drogi.
Co widzę! ciało żywe! czy mię też kto draźni?
Jakaś mię moc odpycha...
O! niepotrzebna bojaźni!
O! nieukrócona pycha!...
Nie tknę jéj... Bogowie by mię skarali.
Do swéj ją społeczności już pewnie wezwali.
Jakich jej dodasz wdzięków? co chcesz w niéj odmienić?
Zbyteczna doskonałość jedynie jéj szkodzi;
Żebym cię mógł mniej Galateo cenić,
Już ci na niczém nie schodzi.
Ale ci na duszy zbywa,
Postać jéj twoja wymaga koniecznie.
Ach! jak piękna ta dusza, i jak jest szczęśliwa,
Która twe ciało ożywi skutecznie!
Lecz gdzie mnie tak okrutne szaleństwo unosi?...
O co Pigmalion prosi?...
O! Nieba.... już spadła zasłona błędu;
Nie wartem żadnego względu.
Przewiniło serce moje...
Gniewam się sam na siebie, i wniść się w nie boję.
Taż to śliczna twą duszę miłość rozpaliła?
Tymże się martwym poruszasz obrazem?
Kamień, marmur, niezgrabna bryła,
Którą tém kształcę żelazem...
Szaleńcze!... pomiarkuj się... co robisz? niestety!
Ale nie...
Nic tu od rzeczy nie robię....
Nie marmur mię pociąga, lecz postać kobiety,
Co téj podobna osobie...
Ach! gdziekolwiek jest ta postać miła,
Jakie ją kolwiek ma na sobie ciało,
Jaka ją kolwiek ręka zrobiła,
Zawsze jéj serce me będzie sprzyjało....
Całe moje szaleństwo piękność rozeznawać,
Całym moim występkiem być dla niéj dotkliwym...
Nie można tu imienia winy temu dawać,
Bo to mnie czyni szczęśliwym.
Lecz jaka dzielność promieni żywa,
Z tych oczu na mnie wypada!...
Wszystkie me zmysły ten ogień obsiada,
I duszę moją z sobą porywa....
Posągu przecie to nie ocuca.
Choć me serce wdziękami jego rozżarzone
Gwałtem moje ciało rzuca
I chce przejść na tamtą stronę.
W mém szaleństwie mi się zdało,
Żebym sam wyskoczył z siebie,
Sam bym ożywił twe ciało,
Duszę moją przelał w ciebie....
Ach! niech mię wszystka opuści siła,
Byle Galatea żyła!....
Ale gdzie mię chęć unosi płocha?
Gdybym umarł dla tego, żeby ona żyła...
Gdybym nią był... nie byłbym już tym, co ją kocha...
Nie mógłbym widzieć jak jest Galatea miła.
Ach! niech będę czém jestem, bym nią być mógł żądać.
Bym ją mógł kochać, być od niéj kochanym,
Bym ją mógł zawsze oglądać
I być wzajemnie od niéj widzianym!
Męki srogie! pomieszania!
Chęci! niemoc! szaleństwo! gniew! próżne żądania!
Miłości straszna! miłości burzliwa!
Piekielnym ogniem me serce się pali....
Bogowie możni! których ręka litościwa....
Bogowie! coście ludzkich słabości doznali,
Nieraz darmoście cuda czynili na ziemi....
Spojrzyjcie na me serce, na cel méj miłości,
I dziełem pelném sprawiedliwości
Bądźcie ołtarzów wartemi.
I ty, Najwyższa Istności,
Któréj subtelność przed zmysły się kryje,
Którą jedynie świat żyje....
Początku wszelkiéj bytności,
Ty, która dajesz żywiołom zgodę,
A ciałom czucie potrzebne:
Od ciebie mają ludzie urodę;
Życie, istoty podniebne.
Ogniu niebieski! Dzielności wszechmocna!
Którym się wszystko żywi, wszystko utrzymywa!
Twa moc dziś jest bezowocna,
Twa waga niesprawiedliwa.
W czuciu, którego doznaję,
Krzywda się czyni naturze,
W mém sercu wszystek ogień zostaje
A śmierć zimna na marmurze....
Ten mię zbytek życia dusi,
Na którém mu dotąd zbywa....
Ale się Pigmalion cudu niespodziewa...
Już cud jest... i przestać musi....
To porządku przewrócenie
Zbyt znieważa przyrodzenie...
Niech twoja dzielność łaskawa,
Powróci mu dawne prawa;
Do zupełności na świecie,
Na dwóch mu istotach schodzi...
Między dwa serca podziel ogień przecie,
Co nie żywi jednego, a drugiemu szkodzi...
Tyś kierowała ruszeniem méj ręki,
Kiedym te formował wdzięki.
Dzisiaj im zbywa na duszy,
Ja im życia mojego połowy nie skąpię,
Bierz ją, a jeśli to ich jeszcze nie poruszy,
I całego im ustąpię.
Ty! która śmiertelników hołd wdzięcznie odbierasz,
Kto nie czuje, oddać ci winnéj czci nie zdoła;
Rozciągaj sławę, gdy twe dzieła rozpościerasz,
Przyrodzenie na cię woła:
Z jego by to bogini było ukrzywdzeniem,
By posąg tak doskonały
Był tego wyobrażeniem,
Czego nie ma okrąg cały.
Powracam do mych zmysłów, ach! spokojność miła,
I radość niespodziana boleść moją słodzi...
Śmiertelna już gorączka krew moją paliła,
Słodki balsam ufności po niej się rozchodzi.
Zdaje mi się, że młodnieję.
Czasem pociechą czucie podległości bywa,
Rodzą się w człeku nadzieje,
Gdy na pomoc bogów wzywa.
Lecz i ta ufność omyli...
Któż kiedy miał szaleńsze życzenia odemnie...
Ach! wszystkich wzywam w tej chwili.
Ale ich wzywam daremnie...
Dzika nadzieja, która powiększa mą winę,
Śmieszniejsza jest od żądania.
Wstydząc się tego zbłąkania.
Już się nie ważę spojrzeć na jego przyczynę.
Kiedykolwiek śmiem tylko rzucić na nią oczy,
Pomieszanie czuję nowe;
Serce drży, oko się mroczy,
I bojaźń zawraca głowę.
Bądźże mężnym nieszczęśliwy!
I waż się spojrzeć na kamień nieżywy.
Bogowie! cożem widział? lub co mi się zdało?
Żywość w oczach, ruszenie, zrumienione ciało....
Niedosyćże się cudów spodziewałem,
Na spełnienie méj nędzy.... oto je widziałem.
Jużem zginął.... Nieszczęśliwy!
Szaleństwo rozum wygania....
Lecz się nie skarżę na ten los nielitościwy,
Strata jego od hańby przecie mię zasłania...
Jest to łaska przyrodzenia,
Gdy się szalonym staje miłośnik kamienia.
Wenero!... Galateo!... O! wielcy bogowie!
Okrutnéj miłości dziwie!
Ja....
Ja....
Ja....
Ty, co łudzisz me uszy szczęśliwie,
Śliczna obłudo! zostań na wieki w méj głowie.
Już to nie ja.
Ja jeszcze....
Tyś jest moje życie,
Ty mych rąk, mego serca, bogów pierwsze dzieło.
Tobiem me poświęcił bycie,
Bo dla ciebie istność wzięło.