Jeźli się zazdrość krzywi,
Żem tu słabym śpiewał tonem,
Bądź dla mnie Pigmalionem!
Wdzięczność mię pewnie ożywi.
Niemasz tu w tej robocie ni czucia, ni duszy,
Lecz same oziębłe głazy.
Cokolwiek tylko teraz moja ręka ruszy,
Już to są słabe wyrazy.
Zniknąłeś talencie dawny
I ty Geniuszu sławny!
Twoje mnie ognie rzucają;
I moje prace trwożliwe
Nie tak jak przedtym szczęśliwe,
Marmurom życia niedają!
Straciłem me imie dawne...
Ma ręka Bogów niestwarza...
Idźcie narzędzia niesprawne,
Niech się więcej ma sława wami nieumarza.
Ach! jak się straszna we mnie zrobiła odmiana.
Tyrze! Ojczyzno kochana!
Twe piękności, co mię tak bawiły przyjemnie,
I te kunsztów i nauk pamiętniki trwałe,
I te posągi wspaniałe,
Nie budzą podziwienia we mnie...
Ani mię Filozofów obcowanie wzruszy,
Malarzów i Poetów rozmowy mnie nudzą,
Sława, ani pochwała nie wznoszą mej duszy...
Czucia nawet przyjaźni, już się we mnie studzą.
I wy młodziuchne piękności,
Wy, życia mego roskosze,
Natury doskonałości,
Które naśladowałem potrosze....
Wy mię przyjemne modele
Dowcipu i miłości ogniem zapalały...
Lecz i o was niedbam wiele,
Dla mojej Galathei w podziwieniu cały.
Dziwem tajnym jakimści tutaj zatrzymany
Niczego kończyć niezdołam...
Z kamienia do kamienia przechodzę zbłąkany,
I darmo na mój talent utracony wołam....
Od świtu do późnej nocy
Próżnować, moja robota cała,
Same tylko nieśmiałe poczynam osnowy....
I te martwe posągi... i te nieme głowy...
Już nie czują dzielnej mocy
Któraby im duszę wlała.
Ani skry geniuszu we mnie niezostaje!
Młody... przeżyłem siebie, straciłem me siły....
Lecz co za ogień wkradł się w moje żyły?
Że się cały gorzeć zdaję...
Jakże w oziębłej myśli, w dowcipie stępionym
Czująż się te poruszenia?
Te namiętności nagłe uderzenia?
Podlegaż człek ta szybko odmianom szalonym?
Ta niespokojność okrutna,
Która duszę moją trawi...
I ta nadzieja smutna
Której umysł przyczyny sobie niewystawi....
Bałem się, by w podziwieniu
Własnego mojego dzieła
Rozpacz mię jaka nie wzięła
O innych robot dalszem powodzeniu:
Schowałem je pod zasłonę....
I ręce moje śmiały
Zakryć swój zaszczyt cały,
I tę wdzięczną pamiątkę odłożyć na stronę?
Nic mi to niepomogło przejrzenie subtelne,
Smutniejszy odtąd jestem, lecz nie mniej leniwy...
Lecz jak mi drogie jesteś dzieło nieśmiertelne,
Jakem z tobą jest szczęśliwy!...
Gdy mój dowcip, darmo się będzie już sposobił,
By co mnie godnego zrobił;
W ten czas się pokażę światu,
I rzeknę: nieszczęście mi sławy nieodjęło.
Bo oto jest dawne dzieło
Pigmaliona warsztatu.
Ach! Galatheo! kiedy smutną probą
Nic wcale dla mnie nie będzie na świecie,
Ty mi się zostaniesz przecie...
I będę się cieszył tobą.
Po co ją ukrywając pomnażam mej męki?
Gdym się poświęcił próżnować...
Czemu najpierwszym dziełem mojej ręki
Niemam wzroku kontentować....
Ach! może jeszcze jaką upatrzę w niej wadę,
Może strojowi jaką dać mogę ozdobę.
Wszystkich talentów zawołam na radę,
Żeby zupełnie piękną zrobić tę osobę:
Może też to mój dowcip zgaszony zapali....
Obaczmy ją raz jeszcze,
Rozważmy na gustu szali
Czy się nie darmo nią pieszczę;
Bo dotąd zawsze pełen podziwienia,
Nie miałem nigdy czasu rozważenia.
Lecz jakie straszne czuję poruszenie
Tykając się tej zasłony!
Bojaźń po wszystkich członkach rozsyła mi drżenie.
Czego się lękasz szalony?
Czyli się zbliżasz do Bogów świątyni?
Kamień to, twoje to dzieło...
Cóż z tego; co nam Bóztwem lekkowierność czyni,
Innyżli początek wzięło?
Bierz cześć odemnie Glatheo miła,
Wybacz, dotąd się myliłem;
Chciałem cię stworzyć Nimfą, Boginią zrobiłem,
Wenus ci miejsca swego ustąpiła.
Próżności ludzka! pocieszna słabości!
Moją ubóztwiam robotę,
I własnej pełen miłości,
Siebie w niej czcić mam ochotę....
Nie... nie, nic piękniejszego natura nie dała,
Ani stworzyła Bogów możność cała...
I jakże? z mojejże ręki,
Nieporównane wyszły te wdzięki?
I moje palce tykać ich się śmiały?
I moje usta mogły... Lecz Pigmalionie
Widzisz ten defekt mały:
Oto zbyt ciało pod tą suknią tonie,
Trzeba jej ująć niewiele;
Nadto piękności zakrywa,
Których się oko spodziewa
W tem nieporównanym ciele.
Przez zbytnie pomięszanie zniknęła ta wada,
Ledwie mię wstrzymują nogi
Niechcę... dłuto mi z ręku wypada
Popsułbym ten posąg drogi.
Co widzę! ciało żywe! czy mię też kto draźni?
Jakaś mię moc odpycha....
O! niepotrzebna bojaźni.
O! nieukrócona pycha!...
Nietknę jej... Bogowieby mię za to skarali.
Do swej ją spółeczności już pewnie wezwali.
Jakich jej dodasz wdzięków, co chcesz w niej odmienić?
Zbyteczna doskonałość jedynie jej szkodzi;
Żebym cię mógł mniej Galatheo cenić,
Już ci na niczem nie schodzi.
Ale ci na duszy zbywa,
Postać jej twoja wymaga koniecznie.
Ach! jak piękna ta dusza, i jak jest szczęśliwa,
Która twe ciało ożywi skutecznie.
Lecz gdzie mnie tak okrutne szaleństwo unosi...
O co Pigmalion prosi...
O Nieba.... już spadła zasłona błędu;
Niewartem żadnego względu.
Przewiniło serce moje....
Gniewam się na siebie, i wniść się w nie boję.
Taż to śliczna twą duszę miłość rozpaliła;
Tymże się martwym poruszasz obrazem.
Kamień, marmur, niezgrabna bryła,
Którą tym kształcę żelazem...
Szaleńcze!... pomiarkuj się.. co robisz? niestety!
Ale nie...
Nic tu od rzeczy nie robię...
Nie marmur mię pociąga, lecz postać kobiety
Co tej podobna osobie...
Ach! gdziekolwiek jest ta postać miła,
Jakie ją kolwiek ma na sobie ciało,
Jaka ją kolwiek ręka zrobiła,
Zawsze jej serce me będzie sprzyjało...
Całe moje szaleństwo piękność rozeznawać,
Całym moim występkiem być dla niej dotkliwym...
Niemożna tu imienia winy temu dawać,
Bo to mnie czyni szczęśliwym.
Lecz jaka dzielność promieni żywa
Z tych oczu na mnie wypada...
Wszystkie me zmysły ten ogień obsiada,
I duszę moją z sobą porywa.....
Posągu przecie to nieocuca.
Choć me serce wdziękami jego rozżarzone
Gwałtem moje ciało rzuca
I chce przejść na tamtę stronę...
W mem szaleństwie mi się zdało,
Żebym sam wyskoczył z siebie,
Sam bym ożywił twe ciało,
Duszę mą przelał w ciebie...
Ach! niech mię wszystka opuści siła
Byle Galathea żyła.....
Ale gdzie mię chęć unosi płocha?
Gdybym umarł dla tego żeby ona żyła...
Gdybym nią był... nie byłbym już tym co ją kocha...
Nie mógłbym widzieć jak jest Galathea miła.
Ach! niech będę czym jestem, bym nią być, mógł żądać,
Bym ją mógł kochać, być od niej kochanym,
Bym ją mógł zawsze oglądać,
I być wzajemnie od niej widzianym.
Męki srogie! pomieszania!
Chęci! niemoc! szaleństwo! gniew! próżne żądania!
Miłości straszna! miłości burzliwa!
Piekielnym ogniem, me serce się pali....
Bogowie możni! których ręka litościwa....
Bogowie! coście ludzkich słabości doznali,
Nieraz darmoście cuda czynili na ziemi....
Spojrzyjcie na moje serce, na cel mej miłości,
I dziełem pełnem sprawiedliwości
Bądźcie ołtarzów wartemi.
I ty najwyższa Istności,
Której subtelność przed zmysły się kryje,
Którą jedynie świat żyje...
Początku wszelkiej bytności,
Ty, która dajesz żywiołom zgodę,
A ciałom czucie potrzebne:
Od ciebie mają ludzie urodę;
Życie, istoty podniebne...
Ogniu niebieski! Dzielności wszechmocna!
Którym się wszystko żywi, wszystko utrzymywa,
Twa moc dziś jest bezowocna,
Twa waga niesprawiedliwa.
W czuciu którego doznaję,
Krzywda się czyni naturze,
W mem sercu wszystek ogień zostaje
A śmierć zimna na marmurze...
Ten mię zbytek życia dusi,
Na którym mu dotąd zbywa....
Ale się Pigmalion cudu niespodziewa...
Już cud jest... i przestać musi...
To porządku przewrócenie
Zbyt znieważa przyrodzenie...
Niech twoja dzielność łaskawa
Powróci mu dawne prawa;
Do zupełności na świecie
Na dwóch mu istotach schodzi...
Między dwa serca podziel ogień przecie
Co nieżywi jednego, a drugiemu szkodzi...
Tyś kierowała ruszeniem mej ręki,
Kiedym te formował wdzięki.
Dzisiaj im zbywa na duszy,
Ja im życia mojego połowy nieskąpię,
Bierz ją, a jeźli to ich jeszcze nieporuszy,
I całego im ustąpię.
Ty! która śmiertelników hołd wdzięcznie odbierasz,
Kto nie czuje, oddać ci winnej czci niezdoła;
Rozciągaj sławę, gdy twe dzieła rozpościerasz,
Przyrodzenie na cię woła:
Z jegoby to Bogini było ukrzywdzeniem,
By posąg tak doskonały
Był tego wyobrażeniem
Czego niema okrąg cały.
Powracam do mych zmysłów, ach! spokojność miła,
I radość niespodziana boleść moją słodzi....
Śmiertelna już gorączka, krew moją paliła,
Słodki balsam ufności po niej się rozchodzi.
Zdaje mi się, że młodnieję.
Czasem pociechą czucie podległości bywa,
Rodzą się w człeku nadzieje,
Gdy na pomoc Bogów wzywa.
Lecz i ta ufność omyli....
Któż kiedy miał szaleńsze życzenia odemnie...
Ach! wszystkich wzywam w tej chwili.
Ale ich wzywam daremnie...
Dzika nadzieja, która powiększa mą winę,
Śmieszniejsza jest od żądania.
Wstydząc się tego zbłąkania
Już się nieważę spojrzeć na jego przyczynę,
Kiedykolwiek śmiem tylko rzucić na nię oczy,
Pomieszanie czuję nowe;
Serce drży, oko się mroczy,
I bojaźń zawraca głowę.
Bądź-że mężnym nieszczęśliwy!
I waż się spojrzeć na kamień nieżywy.
Bogowie! cóżem widział? lub co mi się zdało?
Żywość w oczach, ruszenie, zrumienione ciało....
Niedosyć że się cudów spodziewałem.
Na spełnienie mej nędzy... Oto je widziałem.
Jużem zginął... Nieszczęśliwy!
Szaleństwo rozum wygania....
Lecz się nie skarżę na ten los nielitościwy
Strata jego od hańby przecię mię zasłania...
Jest to łaska przyrodzenia.
Wenero!... Galatheo!.. O! wielcy Bogowie!
Okrutnej miłości dziwie!
Ja
Ja
Ja
Ty, co łudzisz me uszy szczęśliwie,
Śliczna obłudo! zostań na wieki w mej głowie.
Już to nie ja.
Ja jeszcze.
Tyś jest moje życie,
Ty mych rąk, mego serca, Bogów pierwsze dzieło.
Tobiem me poświęcił bycie,
Bo dla ciebie istność wzięło.