W jedném stołeczném mieście
Mieszkała pewna dama niezmiernéj urody,
Z piękném ją urodzeniem wiek zaszczycał młody
I inne chluby niewieście.
Niełatwa umizgów sztuka,
Wzrok, kibić, grzeczność, nauka;
Takie dary i przymioty
Nejednemu z młodzików w oczy uderzyły,
Nie każdy był jednak miły,
Choć się jéj podobania dosyć miał ochoty.
Pomiędzy tą liczną zgrają
Letnich, młodzianów i pustych fircyków,
Najwierniejszy z miłośników,
Jakiego żadne romanse nie mają,
Czuły i tkliwy,
Powiadano, że cnotliwy,
Czuć go na milę miłością,
Bez przestanku łaził za imością;
Ustawicznie wzdychał, szlochał,
Powiadał jéj, że ją kochał,
I powtarzaniem własnéj czułości,
Tak ją nudził, tak swędził,
Że ją był prawie wynędził,
I zaledwie ze skórą zostawił jéj kości.
Wszyscy się litowali nad tą damą młodą;
Szczęściem się chłopiec natrafił raźniejszy
I do miłości zdatniejszy,
Który zdjęty jéj urodą
Zaczął jéj nadskakiwać i szeptać do ucha.
Choć to do rzeczy nie było,
Młodość młodości łatwiéj jednak słucha,
Z równym się rozumieć miło.
Nakoniec, po staraniach dziełu przyzwoitych
I trudnościach w nich zażytych,
Dopiął swego mój młodzieniec;
I właśnie, gdy zwycięzki kładł na głowę wieniec,
I pieścił się z najmilszą zdobyczą swych trudów,
Przez przypadek nieszczęśliwy
Nadszedł na to Lubon tkliwy,
I stał się widzem tych cudów.
— „Nieba! zawołał, i ty jasne słońce!
Księżycu! co oświecasz zdradne niewierności,
Wy świadkowie mych czułości,
Gwiazdy świetne, nocy gońce!
Przestańcie świecić, przykra mi jest światłość wasza,
Wzrok mój mocy jéj nie znasza.
Róże! coście czułości ozdabiały czoło,
Możecie już więdnąć sobie,
Po tak nielitościwéj na mą tkliwość probie
Patrzeć już na was nie mogę wesoło."
— „Nie skarż się, rzecze mu przyjemnie,
Piękna dama, na któréj niewierność narzekał:
Czyniłam co było ze mnie,
Abyś na twoją szczęśliwość nie czekał.
Coś dziś widział, gorszyć się z tego nie masz prawa,
Na obu jestem łaskawa
I nadgrodę za miłość waszą dzielić muszę:
Jemum ciało już dała, tobie daję duszę.“