CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kochanowski

Jan Kochanowski · Renacimiento

Pieśń VI (Kochanowski, 1803)

polaco

Coby ty, urodziwa Hanno na to dała,

Aby ta twoia gładkość wiecznie z tobą trwała?

Wierzę w tym wieku młodym ani myślisz o tym:

Ale byś też i dobrze myśliła, nic potym.

Bo czas nie da trwać żadney rzeczy w iedney mierze,

A iako wszytko niesie, tak zaś wszytko bierze.

Widziałem ia poranu piękny kwiat przyiemny,

A widziałem zaś wieczor zwiędły, i nikczemny.

I drzewa, które teraz odziały się w liście,

Złupi z tego ubioru mroźney zimy przyście.

W tymże prawie i człowiek, a w gorszym bo kwiaty,

I drzewa, w rok wetuią zawżdy swey utraty.

Odmładzaiąc się znowu: ale człowiekowi,

Kiedy się raz na twarzy zima postanowi,

A włos śniegiem przypadnie, gęsta wiosna minie,

Niżli z głowy przeziębłey ten zimny rok zginie.

Czemu Jeleń pierzchliwy łaskawsze ma bogi,

Któremu wolno zrzucić pochodzone rogi?

Czemu wąż fortunnieyszy, który z przyrodzenia,

Każdy rok wiotche lata na młodą płeć mienia?

Człowiek choć wyraz Boży, nie sposobny na to,

Ani nalazł fortelu na szędziwe lato.

Oszukały się Króla Tessalskiego cory,

A oyca nieboraka ieszcze barziey, który

Dać gardło musiał, dla ich głupiey pobożności:

Bo życząc mu nowych lat, i pierwszey młodości,

W nadzieię zioł zchwalonych, spolnie go zabiły.

Zeby wrzeczy starą krew z niego wycedziły.

Potym go czarownica w kocieł wrzącey wody

Wrzuciła między zioła: a ten nierzkąc młody,

Ale ani wstał żywy: iakoby to było

Kosztowne ziele, coby sto lat wyparzyło.

Przeto póki panuie wiosna w twarzy twoiey,

Day się Hanno, napatrzyć wdzięczney krasey swoiey:

Która nie da nic naprzód ani Phosphorowi,

Kiedy napiękniey z morza wynika ku dniowi.

A wy malarze, i wy, co marmor cieszecie,

Jeśli przyszłemu wieku zachować się chcecie:

Maluycie tę piękną twarz, i rzeźcie w kamieniu:

Nie był iako żyw Zeuxis w takim podziwieniu.

Ani zacny Phidias, iako wy możecie,

Z tey tylko samey sztuki, sławni być na świecie.

Ja na farbach malarskich nic się nie rozumiem,

Także wiele z marmorem postępować umiem:

Ale wierszem ozdobnym, i rymy gładkiemi,

Mam nadzieię, że z mistrzmi porównam dobremi.

Temi ia przeciw długim latom się zastawię,

A za chęcią cnych bogiń, imię twe wybawię

Z niepamięci nieszczęsney: że o twey urodzie,

Będzie wiek późny wiedział, i po naszym schodzie.

Nie była wiecznie gładka sławna pani ona,

Dla którey mocna Troia z gruntu wywrócona:

By ią był Parys poznał w szostymdziestym lecie,

Nigdyby był tey trwogi nie wzbudził na świecie.

Ale iednak co iey wiek łakomy uszkodził,

To swym pismem życzliwy Poeta nagrodził.

Za co, niewiem, przecz go Bóg ślepoty nie zbawił,

Ponieważ Stezychora o wzrok był przyprawił,

Za tęż istą śmiał ganić rymem uszczypliwym:

Acz to potym odwołał piórem osobliwym.

Ja ztąd oczu nie stracę, i w tym będę stały,

Ze chwalić nie omieszkam, co iest godno chwały.

Bo nie leda, Bóg, iako swych darów rozdawa,

Temu łaskawszy, komu co nad ludzi dawa.

Przeto tusz dobrze, Hanno urodziwa sobie,

Z twoich darow znać, że Bóg iest łaskawym tobie.

Który iako ozdobę i piękność szacuie,

Ten czyn, niezmierzonego świata okazuie,

Tak pięknie zbudowany: kto sklepowi temu,

Nadobnemi gwiazdami ślicznie sadzonemu,

Nadziwować się może? kto noc oświetnego

Miesiąca: abo słońca niespracowanego

Napatrzył się dowoli, lubo rano wstaie,

Lub ku wieczorowi prędki bieg podaie;

Taki więc z swey łożnice nowy oblubieniec

Wychodzi, na nim złoty płaszcz i złoty wieniec

Perłami przeplatany, gore znakomity,

Jego ze wszech namilszy dar niepospolity.

Ale i ziemia nie iest bez swoiey ozdoby,

Bo i tę Bóg oszlachcił dziwnemi sposoby:

To gorami, to lasy, to kryształowemi

Rzekami: to łąkami pięknie kwitnącemi.

A w poły ią przepasał morzem urownanym,

Prosto iakoby pasem srebrem okowanym.

Taki przedewszytkiemi, polem rozmierzonym,

Leci olbrzym udatny pędem niewściągnionym.

Tego na kresie czeka, abo trynog drogi,

Abo prędki koń, abo bawoł złotorogi.

To takie, co widzimy. Cóż gdzie nasze oczy

Dosiąc nie mogą? gdzie myśl, która niebem toczy,

Gdzie sama piękność świeci, i kształty wszech rzeczy?

Nie może tego poiąć mdły rozum człowieczy.

Dar Boży tedy gładkość, a dar znamienity:

Bo ieśli go ten nie da, z inąd nie nabyty.

Jako są insze rzeczy, których człowiek może

Za swym staraniem dostać: tu nic nie pomoże.

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kochanowski · 698 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Pieśń V (Kochanowski, 1882)Pieśń VI (Kochanowski, 1882) →

Expediente

Autor
Jan Kochanowski
Título
Pieśń VI (Kochanowski, 1803)
Lengua
polaco
Época
Renacimiento
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-piesn-vi-kochanowski-1803--jan-kochanowski-1b1a07
Cita recomendada
Jan Kochanowski, «Pieśń VI (Kochanowski, 1803)», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-piesn-vi-kochanowski-1803--jan-kochanowski-1b1a07.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.