Panie! jako bardzo błądzą,
Którzy cię niedbałym sądzą,
A iż prawie żadnej rzeczy
Niechcesz mieć na swojej pieczy.
Niewiem, czego więcej trzeba?
Przeciwko nim świadczą nieba,
Świadczą gwiazdy niezliczone
Na powietrzu zapalone.
Kiedy słońce swego wschodu
Abo chybiło zachodu?
Kiedy miesiąc jasne rogi
Skłonił od swej zwykłej drogi?
Tóż nam i ziemia zeznawa,
Która pewnych czasów dawa
Zboża wielkiej obfitości
Synom ludzkim ku żywności.
Niechaj źli we złocie chodzą
I nad lepszymi przewodzą,
Jednak złe sumienie mają,
Sądu twego się lękają;
A ja, patrząc z daleka
Na szczęście złego człowieka,
Im dalej, temem pewniejszy,
Że jest żywot pośledniejszy.
Bo, żeś ty pan sprawiedliwy,
Nie podobać się złośliwy;
A jeśli mu ty nie płacisz,
Musi czas bydź, gdzie go stracisz.
Wzywałem cię wieczny boże!
Idąc w wieczór na swe łoże,
Wzywałem cię o północy,
A byłeś mi ku pomocy;
Nieprzyjaciel stał nademną,
Mógł uczynić wszytko zemną,
Spałem jako zarzezany —
On mi nie śmiał zadać rany,
A na pierwsze me ocknienie
I słów kilka przemówienie,
Panie! — znać, żeś mię ty bronił —
Uciekł, a nikt go nie gonił;
A co mnie był nagotował,
To sam mało nie skosztował;
Bowiem od wielkiego strachu
Wypadł oknem na dół z gmachu.
Ani miecz ani mię siła,
Złej przygody obroniła,
Jeno szczera łaska twoja,
Co wyznawa dusza moja.
I pójde do domu twego,
A w pojśrodku zboru wszego
Będęć mój panie! dziękował,
Z łaski twej, żeś mię zachował.
A ludzie zapamiętali,
Którzy spraw twych nie poznali,
Niechaj dziś na oko znają,
Że cię dobrzy stróżem mają.
A przepuściszli co na nie,
Zlitujesz się zasie panie!
Jako więc i złym sowito
Płacisz zatrzymane myto.