Ozwała się codzienna muzyka wieczoru...
Zaczął ją strzał armatni, wołając wśród boru
znane hasło gromowe wojennej kapeli...
I wnet spiże, drzemiące na sennej pościeli
lafet — jęły kolejno podawać swe tony,
jak w orkiestrze, na zgodny akord nastrojonej
tysiącem instrumentów... W piorunowej skali
słychać armat strojenie, milknące w oddali...
Chwilę cisza. — Słuch do niej przywyknąć nie skory —
oczy w mrokach szukają... Mgła wstała nad bory —
na łąkach stoi blada, tajemnicza, sina,
jak zwieszona przed jutrem tajemnic kurtyna...
A wtem nad mgłą i lasem wykwitły wzwyż łuny
błyskawic... Wszystkie razem zerwały się struny —
strojny akord tysiączne zawrzasły pioruny!!
Drży ziemia — huk straszliwy chmurami w dal leci —
nie rozróżnisz już strzałów w śród gromów zamieci,
jeno się grzmot przeciągły stronami przewala,
niemilknących piorunów przybiera wciąż fala,
to się zbliża jej tętno — to w mrok się oddala!!...
Z nów cisza. — Gdzieś na łąkach, we mgławym tumanie
karabinowych strzałów słychać trzepotanie,
jak na dalekim stawie senny rechot żabi,
to patrol tak po nocy przeciwnika wabi,
pragnąc łączność utrzymać — lub czujne wedety
we mgłę strzelą na oślep — do znanej im mety...
I znów pomruk dalekiej bateryi pod lasem
przerywa ciszę groźnym, złowrogim swym basem —
znowu smugi błyskawic, rozkwitłe nad borem
wierzchołki drzew malują jaskrawym kolorem,
niecąc łuny nad lasem zielonym taborem!
Pieśni ziemi wnet niebo wtórem odpowiada:
Uskrzydlonych szatanów ogniopióre stada
lecą kędyś światami rozhukanym lotem,
z piekielnymi skowyty, z szumem i łoskotem...
Zaś kiedy błyskawice mrok rozjaśnią blady
na chmurach — obraz bojów Mistrzyni, Pallady
włócznią takty podaje... symfonii zagłady!!
W progach szopy przygodnej zasiedli spokojnie,
rozmyślając półsennie o domu i wojnie
pykali fajkę... Słowa padały leniwie —
jak to dzisiaj dzień cały przeminął szczęśliwie —
nie było strat w patrolach, jak konie melasy
jeść nie chcą ⟨Bóg wie jakie przyjdą jeszcze czasy!⟩
tytoniu braknie — wieści od dawna już z domu
niema — urlopów znowu nie dają nikomu, —
a w polu — choć chciej, zdziałać nie możesz niczego:
Mochy strzelają zdała, skoro cię dostrzegą
na koniu — więc złaź bić się na piechtę do błota —
jak teraz ⟨psiakrew⟩ w większej estymie piechota,
niźli sławne ułaństwo!... Z wielkiego rankoru
umilkli, by posłuchać muzyki wieczoru...
już się znowu armatnie ryki światem niosą,
i łyskawice niebem latają jak szosą —
więc ułan w tamtą stronę spogląda ciekawie,
wróżby stąd o jutrzejszej szukając rozprawie,
jak żniwiarz — co pod wieczór w zachód patrzy złoty,
czy pogodę ma witać — czyli strzedz się słoty...
A byli tam żołnierze wytrawni, nie lada —
z takich, co to jak mówią, zęby swoje zjada
na wojaczce dalekiej... nie jeden »wilk« stary
Bukowinę przejechał wszerz — karpackie jary —
Pantyr widział skalisty — i dniestrowe wody —
toć wiarus doświadczony, chociaż jeszcze młody,
z dawnymi wąsalami mógłby iść w zawody!
Wszyscy zgodnie stwierdzają, że coś — ci się kroji...
»wiecie obywatele... meldunek od Roji
przyszedł ważny«... »Gadali, że jutro Belina
z panem Ostoją zjadą na bal do Lublina!...«
Z amunicyą Mochy pokpili znów sprawę —
jeno czekać, jak rychło oddadzą Warszawę!«
Jeden wieści nie wierzył — wszystkim opór stawiał —
wiedziałem powód skryty: koń mu okulawiał!...
Tak to — gwarząc na przemian smutnie i wesoło —
coraz to któryś senne opuści w dół czoło,
inny w koc się zawija, kulbakę pod głowę
kładąc... Zmilkły już gromy, — i karabinowe
jeno strzały z daleka zamącą gdzieś ciszę...
Warta czuwa — śpią znojni w koło towarzysze —
karabinowa palba do snu ich kołysze...
Czołna — w przeddzień zajęcia Lublina.