Ba ieszcze raz, Marcinie. Więc powiem, tak było:
Kilka osób na iednę salę się złożyło,
Każdy z żoną: wieczerzą potym odprawiwszy,
Szli spać: ledwie się kładli, kiedy co waśniwszy,
Na drugie tak zawoła, Panowie, czas wsiadać,
A ci też (ale o tym nie trzeba powiadać)
Po małey chwili zasię tenże się ozowie,
Co i pierwey straż trzymał: czas wsiadać panowie.
A panowie do siodeł: uiechawszy milę,
Posłuchali onego, postoy koniom chwilę.
A ieden za tym usnął: on znowu, panowie,
Czas wsiadać: wszyscy inszy stali przecie w słowie,
A tego żona budzi: miły nie słyszycie,
Już tam drudzy wsiadaią, wierę rychło spicie.
A ten chrapi, choć nie spi: Miły ba słuchaycie,
Już tam drudzy wsiadaią: Ey iużże wsiadaycie
Aż was dyabli pobiorą. Ali drudzy, szkoda
Odieżdżać towarzysza: wielka rzecz przygoda:
Pomożmy mu w złym razie, a załóżmy swoie
Dyabeł cię niechay prosi, niech iuż ciągną moie.
Miła, ty się nie przeciw: pokarmiwszy koni,
A iutro rano wstawszy, będziem tam gdzie oni.