Obłąkawszy się od trzody,
Dwoje koźląt bez brody
I drobne mające różki,
Koło krętéj gdzieś tam dróżki
Młodą trawkę i mech blady
Gryzły bez żadnéj zawady.
A gdy słońce z uprzykrzeniem
Dogrzewało, ci pod cieniem
Krzaku, unikając nuży,
Piły wodę wraz z kałuży.
Choć nie miały w tym kąciku
Wybornego pastewniku,
Ani trawy zbyt rzęsistéj,
Ani wody przezroczystéj,
To im smakowało przecie,
Że ich żaden człowiek w świecie
Z téj małoważącéj paszy,
Ni wypędzi, ni wystraszy.
A co jest najbardziéj miło,
Ze wolno każdemu było
W téj tak niepodległéj doli,
Jeść, pić, spać, podług swéj woli.
Skończywszy w polu roboty
Chłop, chcąc sobie grodzić płoty,
Po chróst jechał raz w te krzaki,
Gdzie się kozły nieboraki
Pasły; gałązki nagina
I ostrą stalą ucina,
A kiedy już spore brzemię
Chróśniaków złożył na ziemię,
Usiadł sobie dać fujarę.
Wtém ujrzał koźlątek parę;
A było to owych czasów,
Kiedy i mieszkańcy lasów,
Jak my ludzie, teraz cale,
Mieli dar mówienia w dziale.
Chłop się więc do nich przymyka,
I taką mową potyka:
— „Co w tym chwaście i w tém błocie
Na słońcu, albo na słocie
Robić macie, mchy nie lube
Gryząc, i badyle grube?
Pójdźcie zemną, ja na strawę
Wydzielę wam bujną trawę,
W pogodę, czy w chwilę dżdżystą,
Mieć będziecie wodę czystą,
Burza wam źródła nie zmąci,
Ni się obcy kozieł wtrąci.“
Poruszony temi słowy
Młodszy kozieł, chcąc na nowy
Zmienić dawny sposób życia,
W nadziei lepszego bycia,
Tusząc, że go szczęście czeka,
Usłuchał zdradnego człeka;
I lubo mu stary gadał,
Że mając wolność, posiadał
Wszystko dobro, nie dał wiary
Temu co mu mówił stary;
Lecz za chłopem szedł w te strony,
Gdzie go czekał ogrodzony
Kawał pola, a tam za to
Łąkę zastał dość bogatą,
Podstatkiem czystéj wody,
Dla napoju i ochłody.
Tam nużą drogi strudzony,
Chciał zasnąć uspokojony.
Widząc dzieci gospodarza
Że im się zabawka zdarza,
Tłukły mu kamieńmi boki,
By im przez kij robił skoki.
Cierpiał to kozieł ubogi,
Lecz gdy wziąwszy go za rogi,
Chciały na nim jak na koniu
Korwety stroić po błoniu:
Pozrucał jeźdźce niezdolne.
A wnet chłopięta swawolne
Na kozła się skarżą z płaczem
Ojcu, a ten mu korbaczem
Boki srodze osmarował.
Wtenczas dopiero żałował
Koziełek, łzy tocząc hojne,
Że miejsce rzucił spokojne,
Gdzie niepodległy nikomu,
Używał z wolnością, co mu
Los opatrzny mieć pozwolił.
Tam go żaden nie niewolił,
Nie służył żadnemu panu:
Radby do dawnego stanu
Znowu wrócił; lecz nie można,
Zewsząd straż czuje ostrożna.
Tak ten, co spokojne bycie
I wolne, ubogie życie
W niepewne szczęście zamienia,
Radby do dawnego mienia
Wrócił, niewolą zgnębiony;
Cóż? kiedy powrót zamkniony!