Nie z potrzeby, ale z mody,
Leciał pędem panicz młody.
Konie w biegu się pieniły,
On je ćwiczył co miał siły.
— „Umykajcie, wołał, z drogi!“
Groził kijmi i batogi.
I ten w oczach jego zgrzeszył,
Kto na stronę nie pospieszył.
Już to wielką świadczył łaskę
Kiedy skierował kolaskę.
O włos dziada nie przejechał.
I z przekąsem się uśmiechał.
Pędził dalej, jam rzekł cicho:
Będzie jemu kiedyś licho;
A wszak nie wyjdzie miesiąca,
On tu wszystkich poroztrąca!
Ale gdy tak zawsze leci
Z strachem starców, bab i dzieci:
Kędyś tam, na Nowym Świecie
Zawadził o kamień przecie.
Pękły osie u karocy,
A on wyleciał jak z procy,
I od tej modnej swywoli,
Jeszcze go bok dotąd boli.