CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaZofia Rogoszówna

Zofia Rogoszówna · Vanguardias / s. XX

Dzieci pana majstra — Rozdział VII

polaco

Sad stał w myślach pogrążony,

strojny, bujny, rozłożysty,

kryjąc w liściach wyzłocony

owoc — wonny i soczysty.

Słońcu niosąc dziękczynienie,

sad zapada w słodką ciszę.

Trawę długie znaczą cienie,

żaden liść się nie kołysze.

Wtem coś kłębi się nad murem,

i w czarownej tej ustroni

coś zawrzasło takim chórem,

że mi jeszcze w uszach dzwoni.

Jakaż wrzasków tych przyczyna,

Każdy mi pytanie zada.

A to w ogród jak lawina

pana majstra banda wpada.

Poniedziałek na ich czele

po indyjsku jak nie świśnie,

jak nie huknie: — Na morele!

na brzoskwinie! hej, na wiśnie!

Za starszego brata śladem

już zgłodniałe basałyki

pędzą naprzód zwartem stadem,

zbrojne w kije i patyki.

W mig na grusze, na jabłonie

pnie się chciwych malców rzesza;

ten pień chwycił w obie dłonie,

ten się u gałęzi wiesza.

Sińce? Guzy? Bagatela,

Skoro owoc gradem leci

i kobiercem się rozściela

pod żarłocznym wzrokiem dzieci.

Toż to radość! To wesele!

Ten pod drzewem milczkiem kuca

w usta wielkie pcha morele

a pestkami w dzieci rzuca.

Tamci dwoje popod murem

winogrona szarpią wonne,

co się wiją długim sznurem

ciężkie, słodkie i bezbronne.

Czwartek pełen animuszu,

ten z łakomstwa zawsze słynie,

szuka ziarnek, niżej uszu

pogrążony w wielką dynię.

A najstarszy pan dobrodziej

taki rozmach w sobie czuje,

że, co tylko jest w ogrodzie,

zjada, łamie i tratuje.

Młodsi za nim drą się, piszczą,

choć wypchali już kieszenie,

jeszcze depcą, jeszcze niszczą,

jeszcze sieją spustoszenie.

W chwilkę później, nie do wiary,

co uczynił ich szał dziki;

jakby przeszły tu Tatary,

jakby przeszły rozbójniki.

Sad, co w skarbów swych ozdobie

stał pachnący, barwny, strojny,

teraz chylił się w żałobie,

jakby tknięty dłonią wojny.

Wszędzie szczerby, wszędzie rany:

tam prześwieca zdarta kora,

tu winograd podeptany,

tam się zwiesza gałąź chora.

W tem bezmyślnem spustoszeniu

tak się wszystko odmieniło,

że aż słońce w przerażeniu

chmurką sobie twarz zakryło.

A dzieciarnia objedzona,

ocierając czoła w pocie,

słodkim łupem objuczona,

myśli wreszcie o odwrocie.

Bo pan-brat im tak powiada:

— Gdy nas wróżka tu zastanie

to, choć sama się objada,

nam z pewnością sprawi lanie...

Uciec?... Hm, to sprawa łatwa,

droga przez mur przecież krótka,

lecz... tu na się spojrzy dziatwa —

gdzież podziała się Sobótka?!

Radzi zatem zespół cały,

aż tu... hukły gdzieś wystrzały.

(To dla Butki-bohaterki

zapalono fajerwerki.)

Wtorka lęk ogarnął srogi;

skoczył niby kamień z procy:

— Dzieci! prędko za pas nogi!

uciekajmy, co w nas mocy!

Lecz... czy naraz ich zaklęto?

coś ich chwyta w splot gałęzi,

coś ich siłą niepojętą

skuwa, szarpie, trzyma, więzi.

Przez sad w blasków aureoli

wróżka zbliża się powoli...

Idzie z twarzą oniemiałą,

łuna gniewu ją oblewa:

— Co się z moim sadem stało?

moje biedne, drogie drzewa!

Na te słowa nieszczęśliwy

sad rozjęczał się boleśnie:

płaczą grusze, płaczą śliwy

i jabłonki, i czereśnie.

Aż wisienka smukła, tkliwa,

umęczoną główkę kłoni

i cichutko się odzywa:

— To sprawili, wróżko, oni!

Zaczem piękna Cud-królewna

twarz obraca pałającą

i spostrzega groźna, gniewna,

winowajców bandę drżącą.

— Nigdyż dla mnie przez minutę

gwiazda szczęścia nie zaświeci?

Życie będzie zawsze strute

przez swawolę chciwych dzieci?

I znów sad mój ukochany

będzie chory i kaleki,

niezgojone zawsze rany

krwawić będą całe wieki!

Ach, zgrzeszyliście nad miarę,

lecz wam znaną jest nauka:

— Kto przewini, weźmie karę,

znajdzie guza, kto go szuka!

Tu z pierścieniem wzniosła rękę:

— Za nikczemny wasz uczynek,

za drzew biednych srogą mękę

zmieniam was w gromadę świnek!

Patrzą dzieci w osłupieniu,

strach ubielił im twarzyczki.

Już z ich nóżek w okamgnieniu

świńskie robią się raciczki.

Gdzie ich ręce? gdzie ich szyje?

próżno łkają z głębi duszy:

zamiast nosów mają ryje,

z boków brzydkie kłapią uszy.

A przez dziury hajdawerków

głupio, śmiesznie i szyderczo,

pozwijane w kształt świderków,

ogoneczki świńskie sterczą.

Wróżka ku nim ręką skinie:

— Gdy sumienie się w was wzbudzi,

to i kary czar przeminie...

Idźcie teraz precz — do ludzi!

Zrozpaczone strasznym losem,

chcą dziateczki dobyć krzyku

i wraz jękły świńskim głosem:

— Krum, krum, kwiku! kwiku! kwiku!

Ledwie rozległ się w przestrzeni

przeraźliwy kwik prosiątek,

ktoś z pomiędzy traw zieleni

w sadu wtacza się zakątek.

To prześlicznie ustrojona,

krągła, biała i tłuściutka,

rojem duszków otoczona,

co tchu pędzi — mała Butka.

Już przebiegła sad dziewczyna

i złoconą pędzi dróżką,

krzycząc: — Gdzieś tu kwicy świnka,

pokaz świnkę Butce, wlózko!

Usłyszawszy głos siostrzyczki,

już prosiątka całą zgrają

ryjki, uszy i raciczki

ku malutkiej wyciągają.

Butka wlepia w nie oczęta,

z rozdziawioną patrzy buźką —

aż zakrzyknie: — Te plosięta,

to siom nase dzieci, wlózko!

O, tu Cwaltek jest bęcwałek,

a tu Śloda jest milutka,

a tu duzy Poniedziałek!

Wsystkich, wsystkich ma Sobótka!

I przed wróżką przerażoną

już w ramionka świnki chwyta,

a prosiątek śmieszne grono

z kwikiem, piskiem Butkę wita.

Taka radość niepojęta

rozjaśniła malców twarze,

że już żadne nie pamięta

o przewinie i o karze.

A maleńka im szczebiota,

jak to była w ślicznej sali,

jak tam wszystko jest ze złota,

jak pierogów Butce dali...

— I jest taki tlon z kolalu,

i mak łysy był na gzędzie,

i ja byłam tam na balu,

i znów Butka tańczyć będzie!

I mnie wlózka tak chwaliła

psed wsystkiemi stlasydłami,

zem nic w sadzie nie lusyła! —

kończy, płaszcząc rączętami.

Ledwie słowa te wyrzekła,

lament wkoło się podnosi;

dzieciom struga łez pociekła,

i różowe pyszczki rosi.

(Tak łakomstwo swoje, zda się,

opłakują poniewczasie).

I tak wszystkie kwiczą rzewnie,

że to Butkę niepokoi —

więc się zwraca ku królewnie,

co milcząca przy niej stoi.

— Wlózko, powiedz mi w tej chwili,

cego oni wsystkie placą?

cego ryjki w łapki skryli

i na Butkę się nie patsą?

Na to wróżka smutna, blada,

na jej główce rękę kładzie

i ze smutkiem opowiada,

co robiły dzieci w sadzie.

— Kres położyć chcąc swawoli,

zamieniłam je w prosięta,

lecz jeżeli cię to boli,

to twa wola dla mnie święta.

Tyś, Sobótko, dziś królową,

pierścień w twoje ręce zdaję,

rzeknij tylko jedno słowo,

a co rzekniesz, niech się staje

Tu na pulchną Butki rączkę

nałożyła swą obrączkę.

Patrzą świnki w Butkę chciwie,

ich zbawienie jest w jej ręku,

więc krumkają niecierpliwie,

ryjkiem kręcąc, pełne lęku.

Z mowy wróżki Butka mała

tyle tylko zrozumiała,

że na każde jej żądanie,

co zapragnie, to się stanie.

Popatrzyła na świneczki —

ach, jak one kwiczą ślicznie,

jakie mają ogoneczki

i jak krzywią się komicznie!

I wraz cienkim głoskiem dzwoni,

z roześmianą krzycząc minką:

— Chciem być taka jak i oni,

Butka chcie być takze świnką!

Ledwie kończy tę myśl pustą,

już się zmienia w świnkę szóstą.

Próżno wróżka zrozpaczona

ręce wzniosła w jej obronie.

Butka w prosię zamieniona

z kwikiem skacze już koło niej.

Bladość wróżki twarz okryła,

bo uczuła z nagłem drżeniem,

że cudowna czarów siła

opuściła ją z pierścieniem.

Co to będzie?! Wielki Boże!

Wszak maleństwo to niewinne

tysiąc nieszczęść ściągnąć może

przez zachcenia swe dziecinne.

Cud-królewna płaczu bliska

na pierścionek z trwogą patrzy

i w ramionach Butkę ściska,

coś jej szepce, coś tłumaczy,

i namówić chce koniecznie,

by wracała z nią do sali,

bo tam będzie jej bezpiecznie

wśród marmurów i korali.

Wreszcie zbladłe chyląc lica,

o pierścionek szeptem prosi

ale mała swawolnica

tylko śmiechem się zanosi.

Obejrzała się ku bramie

i raciczką dzieci trąca:

— Butka chce to zanieść mamie.

Chodźcie, bo już Butka śpiąca.

— „Kwik!“ — zawrzasły wraz wisusy,

banda o nic się nie pyta,

w ogród żwawe daje susy

i do domu rwie z kopyta!

Zrozumiawszy, co się święci,

— „Kra! kra!“ — pisły dwa gawronki

i za Butką bez pamięci

gnają, wznosząc swe ogonki.

Nim się wróżka obejrzała,

nim pojęła, co się stało,

już z pierścionkiem Butka mała

znikła w bramie z bandą całą.

Sigue explorando

Por su autor
Zofia Rogoszówna · 236 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Dzieci pana majstra — Rozdział VIDzieci pana majstra — Rozdział X →

Expediente

Autor
Zofia Rogoszówna
Título
Dzieci pana majstra — Rozdział VII
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-dzieci-pana-majstra-rozdzia-vii--zofia-rogoszowna-930ea4
Cita recomendada
Zofia Rogoszówna, «Dzieci pana majstra — Rozdział VII», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-dzieci-pana-majstra-rozdzia-vii--zofia-rogoszowna-930ea4.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.