CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaZofia Rogoszówna

Zofia Rogoszówna · Vanguardias / s. XX

Dzieci pana majstra — Rozdział VI

polaco

Dookoła zamku wróżki

fantastyczne rosną drzewa,

po komnatach błądzą duszki,

ten przeciąga się, ten ziewa.

Przez makaty i zasłony

nie przenika nigdy słońce,

w mroku pałac pogrążony...

Siedzą duszki zziębłe, drżące.

Co im dziwy, co im cuda,

skoro ciemność pierś im tłoczy,

z wszystkich ścian wyziera nuda,

śpiączką wciąż zachodzą oczy!

Co im złoto i klejnoty,

co im skarby i dostatki,

kiedy serce mrze z tęsknoty

za pieszczotą ojca, matki!

Ach, bo wszystkie te ludziki,

ptaki, żaby, muchy, świerszcze,

to są małe pokutniki,

z których czar nie opadł jeszcze.

I czekają tak od wieka,

aż się dziwny cud przydarzy,

że zobaczą twarz człowieka,

co swobodą je obdarzy.

............

Wtem... szmer jakiś słychać zdala.

Co się dzieje? co się dzieje?

Pogrążona w cieniu sala

dziwnem światłem promienieje.

Zorzą płoną wszystkie ściany,

lśnią marmury i kryształy,

pałac jak odczarowany

brylantami skrzy się cały.

Czarodziejski blask przenika

w najciemniejszą głąb komnaty,

jakaś słodka gra muzyka;

szemrzą drzewa, pachną kwiaty.

Zapatrzone, zasłuchane

w tęczę światła, w czar muzyki —

noski cisną we drzwi szklane

małe duszki — pokutniki.

Rozwierają się podwoje,

i cudowne, gorejące

przez krużganki i pokoje

promieniste wpada słońce.

W słońcu, mniejsza od mikroba,

krągła, biała i tłuściutka,

jakaś toczy się osoba...

Patrzą duszki — to Sobótka!

Głośno tupią jej nóżęta,

w buzi gruby tkwi paluszek,

i tak idzie uśmiechnięta,

wypinając krągły brzuszek.

Za Sobótką w środek sali

para wronek śmiało wali.

Dalej, w cudne strojna szaty,

jasna, cicha i powiewna,

woniejąca niby kwiaty

płynie wróżka, Cud-królewna.

A za niemi w słońca łunie

dwór królewski wróżki sunie.

Idą ptaki, idą żaby,

krety, raki, myszy, kraby.

Postękując z głębi brzucha,

wolno toczy się ropucha.

Ślimak cienkie stawia nogi,

śliną znacząc srebrne drogi.

Strojny w szatę swą godową

mak potrząsa łysą głową.

Popod łapkę z sową zmierza

kot o skrzydłach nietoperza.

Sunie także jeż kolczaty,

idą zioła, grzyby, kwiaty,

dziwadełka i karliki

podskakują w takt muzyki.

Sunie, sunie orszak wróżki:

krasnoludki, widma, duszki.

Idzie śmieszny, barwny, żywy

świat jak z bajki — a prawdziwy.

W krąg komnaty siadłszy w cieniu,

patrzą duszki w środek sali,

kędy stoi na wzniesieniu

tron z pian morskich i korali.

I z uciechy klaszczą w dłonie,

bo rozśmiana, okrąglutka

na złocistym siada tronie

rozczochrana, mała Butka.

Ale raptem milkną dziwa,

cichną szepty i chichotki,

bo głos wróżki się odzywa,

głos poważny, dźwięczny, słodki:

— Pokutników ludku mały,

karły, gady i poczwary,

spójrzcie na ten blask wspaniały!

On wam wieści koniec kary.

To maleńkie ludzkie bobo

blask słoneczny wniosło z sobą.

W moim szklanym pałacyku

było smutno, było ciemno;

łez wylaliście bez liku —

lecz płakaliście daremno!

Bo z was każdy w mym ogrodzie

był schwytany z piętnem: „Złodziej!“

A ksiąg świętych mówią prawa,

że kto cudzą własność ruszy,

tego dola będzie łzawa,

aż żal tryśnie z głębi duszy.

Lecz za sprawą tej dzieciny

odpuszczone wasze winy.

Choć kusiły ją owoce,

choć jej drogę zaszły tłumem,

pokonała wszystkie moce

silną wolą i rozumem.

Jeszcze w fałdach swej kieszonki

ocaliła dwa gawronki.

Bohaterska ta dziecina

zasłużyła na nagrodę.

Szczęścia bije wam godzina!

Ona zwróci wam swobodę.

Lecz dla słodkiej mej dziewuszki

będzie pierwej bal u wróżki!

Tyś, Sobótko, tu królową!

Co najśmielsza myśl wyprzędzie,

każdy rozkaz, każde słowo

wypełnione dzisiaj będzie.

Więc mów, czego ci potrzeba,

czego pragniesz najgoręcej?

Choćbyś gwiazdki chciała z nieba,

to ją złożę w twoje ręce.

Mów, najsłodsze me serduszko,

mów, dziecino złotowłosa...

A Sobótka, bębniąc nóżką:

— Tseba Butce utseć nosa!

Na ten rozkaz niespodziany

takim pałac gruchnął śmiechem,

że zadźwiękły wszystkie ściany

rozdzwonionem, długiem echem.

W mig utarła wróżka nosek

chustką złotem haftowaną,

poczem zabrzmiał cienki głosek:

— Chciem pielogów ze śmietaną!

W ręku wróżki pierścień błyska,

i ze szparki pod przypieckiem

wyskakuje wielka miska,

i ustawia się przed dzieckiem.

Co za micha! Wielkie bogi!

Zlękła się powiewna wróżka,

ale Butka je pierogi,

aż się trzęsą małe uszka.

Dwa gawronki w rogach stołu

pałaszują z nią pospołu.

Gdy skończyła miskę całą,

wyskrobała łyżką do dna,

rzekła: — Butce to za mało,

Butka jeszcze baldzo glodna!

Wlot skoczyły wszystkie duszki,

straszydełka, kłapouszki

i kraśnięta, i chochliki,

dziwoludki i karliki.

Ten maleńkiej bohaterce

z marcepanu niesie serce,

tam dziwaczne, wielkie kraby

cukrowane toczą baby.

Jadą placki, makowniki,

przekładańce i serniki.

Ten z owoców koszem bieży,

ten pomadki sypie z dzieży.

Ci znów niosą konfiturki,

lody, torty i mazurki.

By nie mówić już obszerniej,

pałac zmienił się w cukiernię!

O czem jeno myśl zamarzy,

wszystkiem wróżka Butkę darzy.

A że nasza panna mała

uraczyła się obficie,

że wszystkiego skosztowała,

o tem chyba nie wątpicie.

Skaczą duszki wkoło Butki,

jak dogodzić jej, nie wiedzą.

I znów zabrzmiał rozkaz krótki

— Teraz niech juz stlachy jedzą!

Toż zaczęła się biesiada!

Pędzą duszki i karliki,

i już każdy garścią zjada

przewyborne smakołyki.

Tętni cały pałac szklany

od wykrzyków i radości,

a nasz bobuś rozczochrany

wszystkich raczy, wszystkich gości.

Lecz malutka ta osoba

raptem wzdycha z głębi brzuszka.

— Czy ci się co nie podoba? —

niespokojnie pyta wróżka.

Ach, bo pragnie duszą całą,

by dzieciątko z nią zostało.

I spogląda w zachwyceniu

na tłuściutką, małą Butkę,

co przycupła sobie w cieniu,

na rączynach wsparłszy bródkę.

A Sobótka tak jej prawi:

— Butce się juz tloskę nudzi,

bo tu z Butką nikt nie bawi,

niema dzieci, niema ludzi...

I z swawolnym śmieszkiem doda:

— Jak tu psyjdą nasze dzieci:

Wtolek, Czwaltek, Piątek, Śloda,

to twój pałac się lozleci.

U nas lepsa jest stodoła,

tam się można chować w sianie,

i mamusia wszystkich woła

na obiadek, na śniadanie.

W oknach pełno pelalgonji,

losnom fuksje i milciki,

i tak ślicnie na halmonji

glajom nase celadniki!

Bo mój tatuś jest pan majstel,

a ja jestem jego cólka.

I tak wsędzie pachnie klajstel,

i tlociny siom, i wiólka!

Uśmiech zniknął z jej twarzyczki —

snać do mamy i do tata

całą siłą swej duszyczki

z kryształowych sal ulata.

I pojęła dobra wróżka

dziecięcego moc serduszka.

Przygarnęła ją do łona:

— Jeszcze tylko chwilkę krótką

zostań ze mną, ty spieszczona,

wdzięczna moja niezabudko.

Prędko przejdzie czar godziny,

i porzucisz mnie, maleństwo,

i powrócisz do rodziny,

ujrzysz mamę i rodzeństwo.

Tu w przejrzyste klasła dłonie:

— Niech muzyka spłynie w salę,

niechaj tysiąc gwiazd zapłonie!

Bal zaczyna się nad bale!

Bije w zamku dzwon wesela,

dworska zbiega się kapela.

Niosą bębny i klarnety,

trąby, skrzypce, basy, flety.

W środku sali duszki-kwiaty

stroją Butkę w świetne szaty.

Przezroczysta z mgieł tkanina

drobną postać jej opina.

Do jej plecków dziwadełka

przyklejają dwa skrzydełka.

A na nóżki miast trzewików

ciżmy kładą z brylancików.

Krążek złoty na czub głowy —

i strój Butki już gotowy.

Wystąpiła na przód sali

i ozwała się w te słowa:

— Telaz niech mnie kazdy chwali,

Telaz Butka jest klólowa!

I zdumiała się nielada,

gdy maczysko łyse, stare,

niski pokłon przed nią składa,

prosząc, by z nim poszła w parę.

Mak, co niby rósł na grzędzie

a plotkował o niej wszędzie!

Tem zuchwalstwem urażona,

Butka rzekła dumnie, sucho:

— Idź plec, pałko wygolona!

Będzies tańcyć dziś z lopuchą.

I pan mak skonfundowany

iść z ropuchą musi w tany.

A Sobótka pląs zaczyna

z duszkiem krągłym niby gałka,

co troszeczkę przypomina

jej braciszka — Poniedziałka.

Raptem salę czar przenika,

to oberka rżnie muzyka.

Wszystkie duszki, wszystkie dziwa

czarodziejski ton przyzywa.

Tańczy ślimak z złotą muszką,

a pomidor tańczy z gruszką,

zgrabne żabki z świerszczykami

obejmują się łapkami.

Tańczą ptaki i zwierzęta,

skaczą śmiesznie gawronięta,

którym błyszczą się jaskrawie

śliczne dwa ogonki pawie.

Strój ten piękny, okazały

na dzisiejszy bal przybrały.

Tańczy z duszkiem mała Butka

roześmiana, różowiutka,

ciżemkami chlupie, tupce,

a jej tancerz tnie hołubce!

Aż Sobótka zawrót czuje,

tak tłuścioszek z nią wiruje.

Tańczy wdzięcznie ryba z rakiem,

a pietruszka z pasternakiem.

Tańczy dudek z panią sową,

i mak skacze z łysą głową.

A ropucha tak z nim pląsa,

aż mu ze łba mak wytrząsa!

Krąg zatacza brać zaklęta,

tańczą duszki i kraśnięta,

kwiaty, grzyby, widma, dziwa,

skacze nawet miotła krzywa!

Pałac mieni się jak w bańce,

płyną tony, płyną tańce,

lekkie szaty wiatr rozwiewa,

wszystko pachnie, wszystko śpiewa,

ściany krwawią się rubinem,

to fioletem, to bursztynem.

Grają skrzypce i piszczałki,

bębny, flety i cymbałki.

Tańczy, tańczy w krąg komnaty

rój stubarwny, rój skrzydlaty,

pląs zawodzi w świateł tęczy,

a muzyka gra i dźwięczy.

............

Nad ogrodem, hen, na dworze

zachodzące płoną zorze.

Sigue explorando

Por su autor
Zofia Rogoszówna · 236 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Dzieci pana majstra — Rozdział VDzieci pana majstra — Rozdział VII →

Expediente

Autor
Zofia Rogoszówna
Título
Dzieci pana majstra — Rozdział VI
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-dzieci-pana-majstra-rozdzia-vi--zofia-rogoszowna-72bd2b
Cita recomendada
Zofia Rogoszówna, «Dzieci pana majstra — Rozdział VI», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-dzieci-pana-majstra-rozdzia-vi--zofia-rogoszowna-72bd2b.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.