Nie wiem prawdziwie mospanie hetmanie,
Co się na tamtym świecie zemną stanie.
Ksiądz Łuskina powiada i wierzyć mu trzeba,
Ze ja pójdę do piekła, on prosto do nieba.
Cóż robić! kiedy w księgach mego przeznaczenia,
Tak stoi: wyrok losu ciężko się odmienia.
Żal mi jednak, że mnie tam zła prowadzi droga,
Bom ciekawy i radbym widzieć Pana Boga;
Jak poważnie na tronie z dyamentów siada,
Jak zręcznie bez ministrów tą machiną włada.
Bo jak moim rozumem słabym mogę sądzić,
Trudno kawałkiem ziemi, trudniéj światem rządzić.
Ale gdy pilnie sobie zważam z drugiéj strony,
Żem wcale do śpiewania nieprzyzwyczajony;
I choćbym był największém nabożeństwem zdjęty,
Nie w taktbym pewnie śpiewał: Święty, święty, święty!
Cefas, który jest na czele
Całéj niebieskiéj kapele,
Mówią, że jest zapalczywy;
Uciął ucho Malchusowi.
Jak mu się dawna cholera odnowi,
Mogę być w niebie z ręki jego nieszczęśliwy.
A potém, jeśli prawdę mam powiedzieć,
Nie mógłbym tam długo siedzieć,
Gdzieby mi w wieczór, w południe i rano,
Codzień to samo śpiewano.
Koncertem takim stęskniony,
Powiedziałbym aniołom: Skrzydlate stworzenia,
Czemu się wasz hymn nudny nigdy nie odmienia?
Czemu innemi Pana nie wielbicie tony?
On wam tak ładne główki i skrzydła porobił,
I w rozmaite pokształcił odmiany,
A żaden się przez wdzięczność na to nie sposobił,
Żeby był nowym hymnem powitany.
Jeśli pomiędzy wami geniusza niéma,
Niech się który na moment spuści do Słonima.
Grzeczniéj niż w Lota domu pewnie tam przyjęty,
Wstydziłby się, że śpiewał: święty, święty, święty;
A muzykę śmiertelną z swym równając chorem,
Nie wiem czyby nie został nieba dezertorem.
Ogiński nim cię przyjdzie ten anioł nawiedzić,
Ja go muszę z pilnością koniecznie uprzedzić.
Muszę też w życiu mojém choć raz być szczęśliwy,
Widzieć ciebie w Słonimie; i te wszystkie dziwy,
W których smakować będą anieli i święci,
Podać pięknemi rymy do wiecznéj pamięci.