Piąty już lustr Bieliński zacząłem, a przecie
Nic dotąd nie użyłem dobrego na świecie.
Liczniejsze miał od moich wielki Cezar lata,
Kiedy płakał, że jeszcze nie był panem świata.
Mnie pewnie tym podobne nie frasują troski,
Nie świata chcę być panem, ale dobréj wioski.
Szczęśliwy, komu dziady za sadło i krupy,
Skąpo żyjąc, grosz na grosz zbijali do kupy,
Woli on, że się tego trzymali rzemiesła,
Niż gdyby byli wnieśli buławy i krzesła;
Bo może za pieniądze honorów być syty,
A nikt nie da szeląga na dawne zaszczyty.
Co do mnie, gdyby teraz, pókim jeszcze młody,
Liczne się po rodzicach dostały dochody,
Kontent z dobrego mienia sprawiedliwych względów
Nigdybym się nie kwapił do żadnych urzędów.
Piękna jest rzecz marszałek, gdy laskę podniesie
I głosem ministrowskim woła: Uciszcie się!
Ale dotkliwe serce na tę myśl truchleje,
że czasem mimo woli krew niewinną leje.
Toż przyjemno, kiedy kto do kanclerstwa dożył;
Sprawiedliwy Zamojski pieczęć jednak złożył.
Miło jest w domu swoim mieć zaszczyt buławy,
Lecz czyż można w pokoju wielkiéj nabyć sławy?
Pomyśl no kiedy skarbem kto bogatym władnie,
Lecz imię nieskażone utrzymać nie snadnie.
Wielkim by to zaiste było mi honorem,
Być albo urzędnikiem, albo senatorem;
Ale do krzesła młoda ma jeszcze osoba,
Próżniactwo zaś urzędów mi się nie podoba,
Gdy ich po większéj części obowiązek wszelki
Częstować z nabożeństwem dziadów w Czwartek Wielki.
Przykładny to uczynek, lecz ten trochę stracił
Kto tę drogę do Nieba bogato opłacił.
Mnie dobre wychowanie i względna natura
Kazała naśladować ściśle Epikura;
Sądzić wszystkich równymi, dawać wiary mało
Temu, co kiedy będzie i co się już stało;
Dostatków i rozkoszy używać, lecz skromnie;
Nie dbać że chciwy dziedzic nic nie weźmie po mnie;
Utrzymać jednostajnie spokojność méj duszy,
Choć mnie starość siwemi włosami przyprószy;
Pogardzać, że mnie jady swemi potwarz chłosta,
Iść przed się, gdzie mnie wiedzie droga tylko prosta;
A kiedy dopełniając przyrodzone prawa,
Krew już w żyłach zwolnieje i życie ustawa,
Nie dbając jaki wyrok może wypaść z góry,
Oddać ciało nikczemne na łono natury,
Jak gdybym z méj kochanki zezwoleniem wspólném,
Po spełnionéj rozkoszy snem zasypiał wolnym
Tak nauczał Epikur będąc jeszcze młody,
Mając wszystkie potrzebne do życia wygody:
Cięższa jest w niedostatku tych reguł praktyka,
I łatwiéj naśladować owego Cynika,
Który w beczce zamknięty pędząc nudne lata,
Dziwem i obrzydzeniem stał się razem świata.
Mędrców takich gromady na każdéj ulicy
Więcéj niżeli kędy w téj mamy stolicy.
Mnie gdyby ten co może zmienić ludzkie stany,
Chciał policzyć przypadkiem jakim między pany,
Umiałbym z tą odmianą pewnie być szczęśliwy.
Najpierwéj twe Paryżu szedłbym widzieć dziwy,
I z źródła różnych zabaw czerpając po trosze,
Chwilebym na nauki dzielił i rozkosze,
Pókiby krew gorąca i potrzebne siły
Takiego mi sposobu życia pozwoliły.
Ale jakbym się tylko zbliżał do starości,
Gdzie mniéj trzeba uciechy, a więcéj wolności,
Tamby najpierwsze osiąść było me staranie,
Kędy ojczyzna Russa, Woltera mieszkanie;
Tam, wespół z pracownemi obcując Szwajcary,
Paliłbym tym dwom mężom niezgasłe ofiary,
I od brzegów Genewy rzekłbym sobie z cicha:
Darmo Polak do dawnéj szczęśliwości wzdycha!
Ale gdzie mnie uwodzisz obłędliwa myśli?
Próżno sobie mój umysł obraz szczęścia kréśli.
Trzeba zostać w ojczyźnie, w liczbie nieszczęśliwych,
Codzień się lękać zemsty ukrytéj złośliwych,
Chwalić wartych nagany, przed podłymi klękać,
Pod jarzmem najgrubszego uprzedzenia stękać;
Widzieć codzień nieuków mędrcami nazwanych,
I bzdurzących o cnocie, za cnotliwych mianych.
Bitnych Sarmatów ze wszech miar nieszczęsne plemię,
Niepewni posiadacze zostawionéj ziemie!
Nie sądźcie, że jesteście blizcy oświecenia:
Ledwie się z barbarzyństwa dobywacie cienia.
Jeszcze wam dotąd prawdy nikt nie chce objawić,
Życzę z serca, żeby to lepszy los mógł sprawić.