Jeszcze onegdaj, z wieczora,
Z miną Nemroda, pan Łowczy,
Wydał nam wyrok stanowczy;
Że ponieważ piękna pora;
Lecz trzeba, rzekł, nieodbicie
Być nam już w kniei o świcie.
Ledwo ranne błysło zorze,
Już rad nie rad byłem w borze.
Zagrały trąbki, okrzyki,
Harap klaska, pieski gonią,
Strzelce biegą na przesmyki,
Ja pod krzakiem drzémię z bronią.
Aż huczne obok wystrzały
Nagle słodki sen przerwały.
Trochęm się z razu zatrwożył;
Lecz przypomniałem, żem w kniei,
Żem tu nie przyszedł w nadziei,
Bym pod krzak spać się położył.
Myśl ma więc była o strzałach;
Jak ma paść pod moim grotem
Wykrętny zając; a potém:
Myśl o niebieskich migdałach!
W tém posuwistemi skoki
Sadzi szarak kosooki.
Nim chwyciłem broń do ręki,
Nim przyłożyłem do szczęki,
Nim się kurek odprowadził,
Zając już wiorstę odsadził.
Nie tak się zląkłem hałasu,
Jak tych słów naszéj drużyny:
Niéma już w kniei źwierzyny,
Idźmy do inszego lasu.
Ale zniknęły te troski,
Gdym postrzegł, że z bliskiéj wioski
Dziéwczęta cudnéj urody
Biorą w tym lesie jagody.
Daruj Elino! masz słowo,
Że już tak płochym nie będę.
Wdałem się z niemi w gawędę.
W tém Łowczy, kiwnąwszy głową,
Rzekł: bracia! nie traćmy czasu;
Któżby chciał ścigać źwierzęta,
Gdy w kniei takie dziéwczęta?
Idźmy do inszego lasu.
Którzy mi na pożegnanie
Ten dali wyrok niestety!
Że nigdy na polowanie
Brać nie należy poety.