Wracam, — — lecz jeszcze nie skończone dzieło,
dzieło zniszczenia.
Cyt. — Mówię za wiele.
Trzeba, by żadne serce nie pojęło
tego, co moja pomyślała głowa.
Spełniłem w noc to dzieło, dziś reszta się stanie.
Ujrzysz mnie jeszcze w niejednej przemianie.
Przyjm wszystko, jako rzecz znaną.
Niechaj ofiara krwi będzie gotowa.
Spieszno mi odejść. — Ty uświęcisz zgodę,
zgodę rzekomą.
Kłamać?
Tak w tej mierze.
Mnie teraz kłamiesz; — — że potrafisz, wierzę.
Otoś jest wolny. — — Oto twoje szaty.
Straż moja schwytała złoczyńce.
Pospieszysz w miasto dziś wieścią bogaty.
Witać cię będą, jako dobroczyńcę.
Wieczysty sojusz zawieram z Iljonem
i żem śmiał z Bogiem mórz walczyć żelazem,
boć Iljon święte miasto Pozejdona,
więc siedmiu zbrojnych sojusz święcę zgonem;
straszliwą śmiercią siedmiu zbrojnych skona.
Pozejdonową dziś kąpią kobyłę
w fal morskich słonej topieli.
Oto Pozejdon swą objawia siłę:
i ci, co z sobą na bój stanąć mieli,
krzywdy i straty głoszą za niebyłe,
by w zapomnieniu mir wieczysty wzięli.
Ustrój się godnie. W niezadługim czasie
powiedziesz Boga Centaura do grodu.
Tam oczekuje was Święto narodu.
Skąd wracasz — ?
Za nią ty odpowiesz.
Myślę, że była u kochanka.
Utopić.
Wracam od Pelidy.
Byłam go przestrzedz, — i zostałam.
Kto cię posełał?
Jego branka.
Więc w zamian wzięłaś jej kochanka.
Ogniami temi jeszcze pałam,
które mi dał w uścisku.
I przed czem byłaś go przestrzegać?
By się nie ważył dziś wybiegać
ni wozem, ani pieszo z bronią,
bo śmierć królować ma w igrzysku
i z tym orędziem sługi twoje
przez cały obóz gonią.
A żem została, chłostaj biczem,
Eros tu winę moją zmniejszy, — —
młodszy od ciebie i ładniejszy.
To nie on!
Wszystko mi to jedno.
Jeszcze ramiona jego czuję
i słowa, co mi szeptał.
Myślisz, by Achill miłość moją
na pierwszym dniu rozstania deptał?
A jednak cię trucizna truje
zazdrości; — nie dbam o złość twoją.
Jeźli to Achill był ten miły
co cię dziś gościł nocą
i jeźli twoich słów posłucha, —
powiodą cię doń sługowie.
O co rozumu przewagą
darmo się silą królowie:
żeś ty zdeptała jego ducha
powabem twego ciała.
Jeźli to Achill był ten miły,
co cię dziś pieścił nocą
i tulił do piersi nagą, —
to patrzeć ino, jak wybieży
we złotej swoich zbrój odzieży
i tegom ino chciała!
Czego?
By szedł przeciw twej woli.
Zginie!
A czyliż mu to zginąć pozwoli
tylu zbrojnych królów i mężów!?
Zginie, — bo dziś żaden z pomocą
nie wybieży i nie sięgnie orężów.
Niewolników to masz na smyczy?!
Skąd ten wrzask?
Gawiedź krzyczy.
Byłaś u niego?
Nie wiem u kogo.
Czy zastałaś samego?
Samego.
Czy był smutny?
Wielce zadumany.
Czy me imię wymówił?
Powtarzał.
Przez pierś gdy się obnażał,
wyryte miał w promieniach słońce.
Hektor walczy!!
Patrz, tam śmiertelni gońce!
Hektor pędzi złotego rycerza!!
W słońcu zbroje się świecą.
Trupy z wozu się walą!
Achilles!! Zbroja jego!
Gdzie lecisz?
Tam! Do niego!
Radość z tych oczu bije.
Niedoczekanie, byś mnie miał kochanicą.
Konie jakieś pędzą rzucone.
Ksantus! — Lecą w stronę namiotu!
Jak mnie wóz ten zabije
niech mnie z tym trupem spalą!!