Już dzień. — Więc to mi przyrzekasz,
że nie weźmiesz dziś na się zbroi?
To ci pewno przyrzeknę dziewczyno,
że jak wrócisz do mnie jeszcze kiedy,
to cię przyjmę na moje posłanie.
Czy jesteście Achilles, wy panie?
Czy jesteście ten drugi młodzieniec,
co z nim śpi — ?
Któregobyś wolała?
Ciebie, ale żebyś ty był ten, co go płacze Brizejka.
A więc płacze Brizeis w niewoli?
Płacze, póki się nie zaśmieje,
jak się śmieje, to zaś nie płacze.
A to ci tak wytłumaczę,
że się wezwyczai powoli.
Już dzień. —
Jużem uciekła.
Hej, zostań lepiej, bo tam weźmiesz chłostę,
jeźli cię złapią. — — Hej!
Wołasz na kogo?
Całyś w ogniu, krew bije ci na twarz płomieniem.
A ty czem zrumieniony — ?
Miałem tu dziewczynę.
Nie dziewczyna mi w myśli. — A! ten błazen z piekła
w szyderstwo głupstwa zawlókł myśli moje,
że zrumieniony gniewem wstydnym stoję.
Gawiedź, co głupią zebrał po obozie
i za pieniądze wyłudzone Troi
płynie przez morze, przez zielone fale,
głosząc, że woli dym z rodzimej strzechy,
niźli zdobyte zbrodnią wielkie czyny.
I że płynie ku wyspom, kędy ja Pelida
niebawem za nim pójdę — ?
To pewno Atryda
podmówił go, — by udał i ciebie ośmieszył.
I przed kim — ? Li przedemną chyba tylko samym?
Za cóż ja mam ich myśli, wagę i uznanie?
Wstyd mnie pali, że błazen taki mnie jest w stanie
z imieniem swojem złączyć i głośno powiadać,
że przychodził tu do mnie myśl moją wybadać
i że to wszystko wysnuł z mojego milczenia.
Że jestem jemu równy na wagę myślenia.
Gdzieżeś bywał tej nocy?
Przesiedziałem całą
żaląc się morskim wałom, a morze słuchało.
I czego-żeś się żalił?
A czy ja wiem czego — ?
Że chytrzy okradają zawsze szlachetnego.
Że, kto szlachetny, może poskarżyć się niebu;
że go głupiec wychwalać będzie w dzień pogrzebu. —
Myśli moje! — Hej w pościg za wami chyżemi?
Patrz, jak strzała obiegła. Wbiła się do ziemi.
Cóż to, próbujesz grotów — ?
Próbuję czy ostre.
Ostrzyłem.
— — Widziałeś ty Hektora siostrę?
Nie widziałem, lecz wtedy będę ją oglądać,
gdy, jako branki, łupem mogę jej zażądać.
Tak — — tyś odemnie młodszy i chciałbyś się wsławić.
Maszli-ty sławy dosyć?
Ludźmi chcę się bawić.
Łotrów karać, szlachetnym dłoń podawać śmiele,
choćby to mieli moi być nieprzyjaciele.
Co ty mówisz?
To mówię ku czemu myśl wzrosła.
Bo, mój bracie, powtarzasz zdanie tego osła.
Tersytesa! — On jak pies u nóg moich leżał
i bawił mnie szczekaniem.
Głosi, żeś się zwierzał.
Ja się temu durniowi zwierzałem? I z czego?
Ten robak śmiał powiedzieć, żem dzielił myśl jego.
Że, co się w mojej piersi obudziło duszą,
jest tem samem, co podłe policzki wykrztuszą.
Gniew mnie próżny porywa. Na kogóż się złoszczę?
Pies, co się czołgał tu za moją nogą
a dzisiaj jest ostoją tym, których ja chłoszczę
czynem, że mnie naprzeciw wszyscy nic nie mogą!
Obić jego powrósłem, rzemieniem, czy płazem — ?
Śmieć niegodzien, bym moim jego tknął żelazem.
Niegodzien, bym ja karcił go. — Śmieją się ze mnie!
Bo wszystko, com powiedział tam, rzekłem daremnie
Bo jeźli takie błazny mnie dziś posłuch dają,
czem są ognie co w piersi Achilla powstają — ?
Bo jeźli takie płazy, robactwo i brudy
garną się k’mojej myśli, — skalane me trudy.
Gdy Achilles w swej dumie żagle w lot rozwinął
wśród oklasków narodu Tersytes odpłynął!
Płaczesz...?
Bo teraz widzę, żem jeno do miecza.
Żem wtedy jeno panem, gdy miecz w rękę chwycę;
że gdy mówię, — me słowa obrócą na nice,
że słowa są ciężarem. — Wezmę młot i zwalę,
wpadnę w ich rojowisko i myśl mą ocalę!!
Co chcesz czynić?!
Rzecz wielką. Na wszystko się ważę.
W sojuszu będę żył z tym, co mnie godny.
Jestem równie, jak Hektor, na podłą krew głodny.
Pozostanę, — lecz łotrów pokryją cmentarze.
Na Zewsa, co chcesz czynić!?
Przez Zewsa się stanie.
Tej chwili Hektorowi poślę tarcz, wyzwanie.
I przed Hektorem duszę mą odsłonię całą.
Niech się dzieje, co dawno trza żeby się stało.
I niech jeno szlachetni władają nad światem,
powiem że przyjacielem chcę mu być i bratem!
Dziecko moje najmilsze, co tobie?
Nic bracie.
Lecz myślę, że jednego mnie tutaj kochacie,
że jednego mnie jeno lubicie. — Gdy wola,
pozwólcie, bym Achilla tarcz, ja wiódł do pola.
Bym ja wezwał Hektora.
Przysięgasz?
Twej sławie
Wiedz, że śmierć czeka tego, kto przysięgę łamie.
Sądzę, że jeden za cię ja godnie się sprawię.
Przysięgnę sojusz ludom, co dotąd walczyły.
Na hańbę złu szlachetne dziś połączę siły.
Już zdawna Poliksenę dają mi tam w Troi.
Niech poznają, kim jestem dziś, wrogowie moi!
Poliksenę dla ciebie przeznaczam mój synu.
Dla ciebie jestem gotów wyrzec sie wawrzynu:
nieśmiertelnej mej sławy w zabójstwie Hektora.
Teraz dziecko dla ciebie jest działania pora.
Jestem na to, bym tępił zło i siłę podłą.
Nie co inne, to jeno, płynąć mnie tu wiodło.
Dziś, gdy widzę, jak podłość mnie oplotła sidłem;
nie czas, bym ja oszustwa cudze skrywał skrzydłem.
Spiesz się, mój ty najmilszy, duszy mojej gończe,
Nieś mą tarcz, — niech ja wojnę narodów zakończę?zakończę!
Czy ty wierzysz, mój chłopcze, ażeby Bryzejka
tak kochała Atrydę, jak mnie — ?
Bracie, nie wiem.
Czy ty wierzysz, by ona z tem samem zarzewiem
w oczach patrzyła k’niemu, co patrzyła ku mnie?
I po cóż myśleć o niej.
Westchnąłeś.
Rozumnie
byłoby milczeć.
Szydzisz.
Żal mi może.
Lecz jeszcze nie wiem czego, czyli jej, czy ciebie?
Czyli tego, co było, gdy była tu z nami?
Czyli tego, że padnie razem z Atrydami,
jako słuszny łup śmierci, który wszystkich sięże
skoro się zaczniesz mścić.
Zostaw oręże.
Co się gniewasz? — Tę twoją polubiłem zbroję
i szczęk ten lubię dźwięczny twojego pancerza.
Przestań, — już mi mówiłeś, — o ciebie się boję.
Nie bierz-że mojej zbroi.
Nie chcesz bym rycerza
udał, gdy na się wezmę twój strój. Czyś zazdrośny?
Nie. Jedno wiem, że Hektor łuk dalekonośny
dzierży, jako nikt inny i oszczęp potężny.
I gdybyś ty na chwilę mą zbroją orężny
wybiegł, — toby na ciebie przypadli czeredą,
zanim byś jeszcze sprawił to poselstwo moje.
Jedno błagam, Pelido, — daj mi dziś twą zbroję.
Postraszę ich Pelidą.
A wóz komu wiedą?
Jechać chcę wzdłuż Skamandru. Opodal nad rzeką
zjadę ku źródłom; konie napoję i wrócę.
Będą myśleć, że jedzie Pelida. Zasmucę
wszystkich, gdy ujrzą, żem wozem zawrócił.
Wracaj. Tu ciebie czekam. Nie skręcaj daleko.
Wracaj.
Czy bardzo o mnie byś się smucił?
Pleciesz, dziecko, — pozwalam, — nadto-żeś mi miły.
A ty zawsze myślałeś, że nie mam dość siły,
by te płaty udźwignąć...
A stroją cię pięknie.
Zda mi się, żem Achilles, jak zbroja ta dźwięknie.