Cóż to? Czuwasz tej nocy?
Krwi moja rodzona.
Jestem twój krewny, — w tem cześć moja cała.
Po za tem jestem niczem. — Ciebie to nie boli,
że ja w tłum szary wszedłem, że zginąłem w tłumie.
Myślisz, że jestem niczem i że nic nie umię?
Wielki człowieku, pozwól przespać się w namiocie
gdzie w kącie, — ?
Lub gdy nieśpisz, na twojem posłaniu — ?
Spać muszę, bowiem mam się zbudzić na zaraniu.
Myśl, myśl, mój wielki bracie. Nie zdarza się codzień,
żebyś myślał. U ciebie myśl rzadki przychodzień.
Teraz czuję, gdy patrzę na twą dziwną postać,
żeś ty może mój krewny i możesz mi sprostać.
Gdyby nie to, żem śpiący, mógłbym długo prawić;
smutek twój bym rozprószył i zdołał zabawić.
Lecz jestem wyczerpany z sił w służbie narodu.
Jeźli masz jaki udziec, daj, bo łaknę z głodu.
Pozwól, sam sięgnę ręką. — Rozkoszuj się ciszą. —
W każdym namiocie wiem, gdzie połcie wiszą.
Myśl, myśl. Myśl krztałci ducha, rozwija, uzbraja.
Myśl, jak wino, — opęta ducha i upaja.
Masz tu wino?
Wór pusty. — Spił się niestatecznie.
Kiedyż ku temu wzrośnie duch, by żył społecznie.
Jest drugi wór. Wysączę i tem go przygnębię,
że w samolubstwie służył własnej gębie,
że mu przez myśl nie przejdą ci biedacy, ludzie,
co przy jego namiocie tu pracują w trudzie.
Dzięki żeś mnie oświecił Zewsie dobrodzieju,
żeś mi nie dał zapomnieć ktom jest.....
Pij złodzieju!
Przez sen gada.
Morderco! Patrz, krwi rzeka płynie!
Wino go trochę mroczy. — Czuję się wzmocniony.
Zasnę z workiem, jak ojciec Zews obok Latony.
Kto wie, czy nie pochodzę od Zewsa? Być może.
Zews tak często do gustu zmieniał twórcze łoże.
Trupie! Oderwać rąk....!! Masz! — Upadła!
Podły.
Zepchnij ją na dno rzeki!
Cha, cha!
Noc się sili.
Już nie pamiętam nic. — Jutrzejsze rano:
dla mnie słoneczny dzień. — Trupy nie wstaną.
Moc się Boża przez moje objawiła czyny;
tyleż, co mojej, boskiej w nich jest winy.
Lećcie straszydła precz. — Minęła trwoga.
Niech mnie ogląda dzień rzezańcem Boga.