Spokoju mi nie daje Achilles.
Postawa jego
i to mówienie jego tak wyniosłe....
Co to myśl znaczy, — jeźli się uwiąże
na czyim karku w węzeł? O Pallado!
Czemużeś ani nie pojrzała ku mnie?
Mówił wyniośle tak, mówił tak dumnie,
że słowo każde było, jakby wzięte
z tych głębin, kędy duch mój zaszedł senny
i skąd chce powstać kiedyś w szał płomienny.
Ja, który dotąd biłem się, jak zbrodzień,
mieczem i włócznią torujący drogę
żądności czynu, — omdlewając codzień
w pochlebstwie łotrów, którzy ze mnie drwili,
chwalby przydając mej ręce. —
Jakżesz ku niemu się zbliżyć — ze wstydem?
Jaka spokojna noc.... Śpiew tu dolata.
Raz pierwszy słyszę śpiew i czyjeś granie.
Nie zasnę. — Ducha pocznę bojowanie. —
Zabiłem tylu i duch się nie skrzepił.
I naraz, jak ten półbóg oczy wlepił
w Atrydę, — naraz ja poczułem siebie,
że poły żyję na ziemi, pół w niebie.
Jakżeż mu sprostać, jak przeróść, jak zwalić?
Kogóż mam zwalczać a kogo ocalić?
Duch mój zbudzony, lecz myśl precz ucieka.
Niewiem, czym synem Boga, czy człowieka?
Kres zobaczyłem przed nim i tak blisko. —
On chyba w oczach miał jakie zjawisko?
Ku mnie nie przyszła, sam ostałem z nocą....
Mścicielem będziesz krzywd, które się staną.
Z obłędów nocy wyjdziesz.
Kiedy?
Rano.
Któż ty jesteś?
Sądzisz, żem ja powinien wiedzieć coś o tobie?
Śmieszek jesteś i mowca?
Szaleństwem rażony.
Szaleństwem? Nieszczęśliwy zatem?
Szczęśliw bardzo.
Niepamiętają o mnie ci, którzy mną gardzą
i nieżądają odemnie niczego,
więc ja się mogę zajmować spokojny
mojem szaleństwem.
Nigdym cię nie widział.
Koło namiotu twego grywam codzień.
Nigdym nie słyszał.
Boś nie słuchał nigdy.
Dlaczegóż dzisiaj?
Uszy masz otwarte.
Chcesz wina?
Owszem, jeźli łakniesz wina
i jeźli wino na myśl ci przychodzi
w rozmowie ze mną; — widocznieś to uczuł,
że to, co mówię do cię ma smak wina.
Wino jest w dzbanie.
Patrz, — noc się zaczyna.
Otwarte uszy masz, otwarte oczy.
Patrzaj i słuchaj, ile tu gra dźwięków.
Ile to czarów Słońce żarem tłumi
i jak bogaty ten, — kto słuchać umie.
Przychodź grać codzień u mego namiotu.
Widzisz mnie dzisiaj już po raz ostatni.
Dlaczego?
Boś mnie już posłyszał.
I teraz będziesz nadal duch mój bratni,
jak ja szalony i jak ja przeklęty,
wróg Apollina. — Bądź zdrów.
Dziwne cudo.
A skier tych dziwna chuć nienasycona,
która przez piersi twoje dziś przepływa,
jest klątwą Bogów i duszy ofiarą
i ogniem świętym wielkich się nazywa.
Zostań w tym ogniu. Żyj w szaleństwie duszy,
zbudzony mężu-rycerzu!
Znikł w głuszy.
Gdzieżeś się uchowała luba dziewczyno?
Córką jestem wyrobnika, rybaka, — a który też umacnia nadwątlone okręty wasze i łodzie.
Mieszkasz przy ojcu?
Chowam się przy ojcu. A ojciec mój chaty nie ma ani płócien takich, jak w tym oto szałasie; ale rodzeństwo moje śpi pokotem śród nadbrzeżnych traw i ziół.
A ja doglądam ubiorów waszych i w świętej morskiej wodzie szaty wasze płukam, — a potem suszy je słońce.
Niewidziałem cię nigdy.
Co noc przychodzę ku waszemu namiotowi i widzę was, jak znużeni pożywacie strawę wieczorną i potem kładziecie się na łożu.
Byłaś codzień kołomnie i byłaś tak lubą i miłą?
Mówicie, żem jest lubą i miłą?
Czemużeś nigdy nie przemówiła do mnie?
Stąpałam cicho a piasek brzeżny tłumił stąpanie moich drewniaków; przemykałam się cicha po ścielonych skórach twego schronienia.
I nie ciągnęło cię nic ku mnie? Nie zapragnęłażeś nigdy być ze mną?
Spałeś i to mnie cieszyło. Wiedziałam że taka chwila przyjdzie, gdy mnie spostrzeżesz, bo taka przyjść musi; ale wiedziałam że wtedy spokojność twoję utracisz.
Możesz pozostać przy mnie?
Pozostanę.