CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJózef Szujski

Józef Szujski · Modernismo

Życie snem (Calderón, tłum. Szujski, 1882) — Dzień trzeci

polaco

Za to, co wiem, siedzę w dziurze,

Gdzie na śmierć skazani siedzą:

Coż mi zrobią, gdy dowiedzą

Się, co nie wiem? W konjunkturze

Strasznej jestem, niesłychanej:

Człowiek z takim apetytem

Żywcem tutaj pogrzebany!

Będąc przytem klarynetem

Do głośnego spraw głoszenia,

Czyliż nie przerwę milczenia

Choćby tak godnym przedmiotem

Litości, jak sam nim jestem?

Ja, otoczony szelestem

Pająków, szczurów chrobotem,

Myszy, słowików ciemnicy

Kwikiem, czy nie mam z źrenicy

Łez ronić, żałować siebie?

Dopiero, kiedy na ciebie

Sny przyjdą, zmory, straszydła

W nocy, gdy przyjdą mamidła

Procesyj jakichś, strzeż Boże,

Gdzie ludzie się gniotą, jak w worze,

Krwawią, deptają po sobie!

A w dzień, kiedy studya robię

Nad wzniosłą poszczenia sztuką

Nad całą głodu nauką!

Otóż i skutek, żem wiedział,

Coś, czegom głośno nie gadał;

Sługa, co gębę przysiadał

Wart, aby za gębę siedział.

W wieży jest! Wyważcie wrota!

Nowa tam widzę zgryzota,

Mnie szukają oczywiście.

Prosto za mną, zamaszyście!

Jest?

Nie! nie ma!

Królu! panie!

Zostawili rozum w dzbanie.

Tyś nasz król, pan przyrodzony,

Ty masz prawo do korony,

A nie jakiś tam przywłoka:

Łaskawego nie szczędź oka.

Niech nam żyje, niech panuje!

Może to zwyczaj w tej stronie,

Że do turmy się pakuje

Tego, co chodzi w koronie?

Drugi tego przykład prawie...

No! do roli się zaprawię.

Pozwól nogi ucałować.

Nie pozwolę, wszakże książę

Może nóg swych potrzebować!

Prosto od starego dążę

Króla, który słyszał nasze

Oświadczenie.

Stawiał Wasze

Się królowi?

Wierność sama...

No! no! wierność.. Toć i tama

Moich gniewów!

Idź na czele!

Żyj Zygmuncie.

Niechaj żyje!

Nowy zwyczaj tu się kryje:

Każdy książę, choć ich wiele

Kiedy robią z niego księcia

Znać Zygmuntem się mianuje.

Kto Zygmunta wywołuje?

Władztwo moje się skończyło,

Piękne miałem przedsięwzięcia.

Ktoż tu Zygmunt?

Dwóch nie było.

Ja Zygmuntem!

I ty błaźnie

Stroisz księcia! Łaźnię! łaźnię!

Jeźli błaznów szukać trzeba,

Bujnym wy jesteście gruntem:

Jestem Klaryn z łaski nieba:

Zrobiliście mnie Zygmuntem.

Wzniosły książę! Te sztandary,

Co się w wiatrach niebios chwieją,

Twoje są, poddańczej wiary

Znak, u stóp twych głowy kładą.

Ojciec twój nieszczęsną radą

Zbyt posłuszny gwiazd wieszczeniem,

Chciał, by wbrew starym kolejom

Kniaź Moskwy władał przestrzeniom

Polski. Lecz z dworem lud cały

Zgodnie na myśl tę powstały.

Nie chcemy obcego pana,

Skoro krew królów nam dana.

Więc w tej nieszczęsnej otchłani

Gdzie wola ojca cię trzyma

Idziem tęsknemi oczyma

Szukać cię dla Polski, pani

Ludu, na ojca i króla.

Tłum mnogi się tam rozczula

Pragnie cię widzieć, powitać,

Pragnie z swym księciem na czele,

Losów o przyszłość zapytać.

Żyj nam Zygmuncie lat wiele!

Raz drugi, wielkie niebiosy!

Mam śnić wielkości, ja właśnie,

Com, jak są marne, doświadczył?

Drugi-ż raz będę się patrzył,

Jak ten majestat, te głosy

Wielkość wieszczące znikomą

Rozpłyną podobne fantomom

Jak wszystko, co błyszczy, zagaśnie?

Nie będzie tego, nie będzie!

Z prawem żywota ja w zgodzie:

Gdy snem ten żywot się przędzie

Gińcie sny, gińcie marzenia

Kłamcy, co duszy ku szkodzie,

Postacie z nocy i cienia

Ubieracie w głos i ciało,

Gdy ciała i głosu nie stało!

Nie chcę wielkości kłamanej,

Nie chcę świetności fałszywej,

Która, jak drzewo magnolii

W wiosenne kwiaty przybranej

Na zimy powiew zbyt żywy

We wszystkich się kwiatach rozboli

I rozchorzała, wśród doby

Jednej, pozbywa ozdoby.

Odwet niech spotka odemnie

Sny, coście szydziły ze mnie,

Wiem, że snem życie nareszcie,

Wy wiedzcie, że snami jesteście.

Jeżeli mniemasz, że złuda,

Patrz na te pagórków szczyty,

Patrz, ile zbrojnego luda

Wzniosło za tobą dziryty.

Jużem to widział raz przecie

W równej, jak dzisiaj, jasności,

Lecz jeźli ten dzień wielkości

Snem się, jak tamten dzień, plecie?

Takie już świata jest prawo,

Że sny nam wróżą, co będzie:

Pierwszy raz byliście w obłędzie

Dziś spotykacie się z jawą.

Niechże tak będzie, niech będzie

Przeczuciem, wieszczbą, przestrogą!

Skoro tak krótkiem to życie

Raz drugi śnijmy o duszo!

Ale hamować się muszą

Sny tem, że zbudzić nas mogą,

Że marzeń przyjdzie rozbicie,

Na które gotów być trzeba,

Że jest feudalny Pan nieba,

Co kiedy zechce, rozrywa

Sen władzy, choć najświetniejszej,

Wtedy snów naszych ogniwa

Niebezpieczeństwo się zmniejszy.

Dzięk wam za wierność, wassale,

Pójdę i państwo ocalę

Od obcej, co grozi, niewoli,

Ojca do stóp mych ukorzę...

(n. s.) Pocóż to wyrzekłem Boże

Poco przyszłość zapowiadać,

Chybić i w czci własnej upadać?

Jakież tu widzę rokosze?

Klotald!

Pierwszemu ofiarą

Paść mi tutaj.

Głową starą

Rzuci, jak jabłkiem ze skały.

Kładę się gotów i proszę

Śmierci.

Powstań osiwiały

Starcze, wodzu mój, sterniku,

Dobr’am ci winien bez liku

Chodź w me ramiona!

Co słyszę?

Snami to — znów się kołyszę,

Lecz pragnę, nawet w marzeniu

Dobremi świecić czynami,

I we śnie być dobrym wypada.

Więc w takiem postanowieniu

Z takiemi na herbie godłami,

Zrozumiesz, co serce mi gada:

Ojcu wydajesz ty wojnę,

Nie mogę być tobie pomocą,

Więc kładę te kości spokojne,

Niech gniewy je twoje druzgocą.

(n. s.) Zdrajco! niewdzięczny! O nieba

Gdy śnię, śnić dobrze mi trzeba.

(g.) Klotaldo, cenię twą cnotę

Weź miecz twój i służ królowi,

W polu się przyjaźń odnowi.

Zagrajcie na bojów ochotę. (trąby)

Wdzięcznie całuję twe stopy. (odch.)

Pod tronu idziemy stropy

Jeżeli śniący, to we śnie,

Co się nie przerwie zawcześnie.

Jeźli na jawie, to wolny,

Od snu, co ująć nas zdolny,

Czyniący dobrze, wytrwały

Na burze rzeczywistości,

Na senne marzeń kryształy,

A ludzkiej pomny miłości.

(odch. wszyscy.)

Książę Astolfie, któż wstrzyma

Rumaka, co cugli nie ma?

Kto wstrzyma wartki prąd rzeki,

Rwiący, gdzie bezmiar daleki

Morza, kto górze zakaże

Walić się, gdy runą jej skały?

Skuteczne postawi kto straże,

Gdy zburzy się strasznie — lud cały?

Patrz, jak się partyj zaciekłość

Z głębiny tłumów dobywa,

Jak jeden zapał i wściekłość

Tutaj Astolfa opływa,

A tam — za Zygmuntem staje:

Tron stary drży w podwalinach,

W krwawych utarczkach i czynach

Miasta się szarpią i kraje.

Zawieśmy festyny świetne,

Któremi serce szlachetne

Następcę we mnie czcić chciało.

Polsce to będzie za mało:

Dzielność mą pokazać muszę:

Zyskam ich, kiedy ich skruszę.

Nie! nie uniknie nikt losów

Ani ich wiedzą nie wstrzyma,

Kto grom chce zgasić niebiosów?

Ratunku przed gromem nie ma.

Czem chciałem zakląć nieszczęście

To na mnie, na państwo moje

Powraca, podnosząc pięście...

Tym pięściom ja nie dostoję.

Jeźli obecność twa, panie,

Burzy uśmierzyć nie zdoła,

Stracone państwo! Dokoła

Gwar, ścisk, krzyk i zamieszanie,

Walą się ludu bałwany

Krwawej pragnące kąpieli,

Domów druzgoczą się ściany,

Ruiną miasto się ścieli,

Grobem się stanie rycerzy

Wściekłość, co w ludzie się szerzy,

Podając żagwie i noże.

Ratuj się królu! O Boże!

Żyw ledwo staję przed tronem.

Gdzie Zygmunt?

Z czołem wzniesionem

Dumny, jak zawsze nadchodzi:

Lud wpadł do wieży ustronnej

Oddać mu blaski korony.

Wolny — na Polski tron godzi.

Dajcie mi konia, niech zmierzy

Się ojciec z syna żelazem,

Gdzie wiedza chodziła płazem,

Waleczność bunty uśmierzy.

Z tobą, za słońcem, Estrella

Niech innym przykład udziela,

Niech biegnie z szablą wzniesioną,

Minerwą będzie, Belloną!

(odch. z królem i Astolfem)

Chociaż animusz dostojny

Na nowe pędzi cię boje,

Ja na twojej drodze stoję,

Do mej wzywając cię wojny.

Znasz moje losy, z twej rady

Astolfa chronię się oka,

Ujrzał mnie i pełen zdrady

Dążąc, gdzie blaski z wysoka

Świecą, dzisiaj o wieczorze

Z Estrellą szuka spotkania,

Ramię, co cześć mą ochrania

Tej hańby przenieść nie może.

Oto jest klucz od ogrodu:

Wstyd mój niech będzie pomszczony,

Kto hańbi blask twego rodu

Niech w krwi dziś padnie czerwonej!

Tak! jestem dla cię wylany,

Wszystko’m był zrobić gotowy

Dla twej czci i mojej głowy.

Dobyć miecz nawet, kowany

W niechybnej śmierci czeluści,

Kiedy na kogo się spuści.

Lecz zmiana zaszła nie mała,

Astolf, gdy Zygmunt rozkował

Ostatnich względów ogniwa,

Z własnego życia pogardą

Od śmierci mnie uratował,

Tak, że dziś z duszą mą hardą,

Jak często na świecie bywa,

Wśród dwu obowiązków stoję:

Ta mnie do zemsty wyzywa,

Która odemnie ma życie,

Gdy życie własne, raz drugi

Z jegom zatrzymał wysługi.

Walkę więc ciężką widzicie,

Gdzie dwa obowiązki święte:

Gdzie życie dane, gdzie wzięte.

Dałeś mi życie? A przecie

Mówisz, że komu się wplecie

W żywot czci świętej utrata,

Ten już umarły dla świata.

Więc ja umarła tu staję,

Prosząc o życie z powrotem:

Daj naprzód, co ojciec daje,

Wdzięcznym, jak zechcesz, bądź potem.

Tak! Rozpoczynam od dania:

Twojemi majątki moje:

Tymczasem szukaj mieszkania

W klasztorze, gdzie duszę twoję

Od złego zachowasz w cale.

Niezgoda kraj ten rozdziera:

Szlachcic, jej mnożyć nie mogę,

Ciebie traktując wspaniale,

Łącząc miecz, co bunty ściera

Z mieczem lennodawcy, pana,

Czynię, com winien, choć drogę

Na tron Astolfowi ścielę:

Stać wiernie, gdzie stałem lat wiele,

Moc większa ojcu nie dana.

Nie mam więc ojca i sama

Muszę cześć mą uratować.

Czego chcesz?

Chcę zamordować.

Coż cię prze?

Cześć obrażona.

Rozważ! Astolf..

Nic nie ważę.

Mąż Estrelli...

Niech wprzód skona

Mania!

Wiem.

Stłum!

Nie dokażę.

Stracisz...

Może...

Cześć i życie.

Mniejsza o to.

Więc na szczycie

Śmierć!

I owszem.

Rozpacz czysta!

Honór!

Obłęd!

Oczywista!

Wściekłość!

Zemsta, opętanie.

Nic cię wstrzymać nie jest w stanie?

Nic!

Pomocą kto ci będzie?

Ja!

I środków nie masz innych?

Nie!

Znalazłby się dzielniejszy.

Zguby mojej nie umniejszy. (odch.)

A więc chodźmy umrzeć razem!

Chodź! Już poszła... Jam nie głazem...

Widząc mnie w takiej odzieży,

Jakżeby się Roma cieszyła

Pomnąc, jak z wilczej obieży

Początek wzięła, jak wzbiła

Głowę nad ludy i nieba!

Takiego by jej potrzeba.

Lecz my — powściągniem poloty

Chwały, wojennej ochoty,

Famie nałożym wędzidło:

Wszakże by wszystko obrzydło,

Gdyby się snem znów wydało;

Aby ze snu nie wstało straszydło,

Nie trzeba marzyć zbyt śmiało.

Na koniu (Przebacz, że muszę

Konia tego odmalować:

Świat w sobie zdaje się chowacchować,

Ciało ma z ziemi, lecz duszę

Z ognia, z powietrza ma tchnienie,

Z wody ma pianę u pyska)

Z ziemi, powietrza i wody,

Z ognia, co życiem w nim tryska,

Rumak cudownej urody

Niesie tu w pędzie, co lotem

Zwać się powinien, kobietę

Znanego dobrze nazwiska.

O serce moje — przeszyte!

Rozaura swe niesie losy!

Wracacie mi ją, niebiosy!

Wspaniałomyślny Zygmuncie,

Majestat twojej potęgi

Na ciemnym powstaje gruncie

Jak słońce w zmierzchach Aurory

W świetlane tryskając kręgi

Na drzewa, na morza, na bory,

Na kwiaty, na niebios błękity!

Rożowawiąc zrazu szczyty

Niebios i wzgórzy i borów

Aż pełnem je światłem obleje.

W tobie, wśród tysiąca stworów

Położyła swą nadzieję

Kobieta i nieszczęśliwa,

Dwie nazwy, a każda z osobna

Mężczyznę na pomoc przyzywa.

Trzykroć już moją żałobną

Twarz oglądałeś, raz w puszczy

W męzkiem zbłąkaną odzieniu,

Gdzie widok twego nieszczęścia

W mem stał się ulgą cierpieniu;

W blasku królewskim raz drugi

Widziałeś mnie w szacie sługi

Dworu Estrelli, raz trzeci

Dzisiaj, niewiastę po szatach

Męża — rycerza po zbroi.

Lecz skoro wołam już twojej

Pomocy, niechże rozświeci

Powieść o bolach i stratach

Moich — pomocy żądanie.

Matką moją, szczytny panie

Dama jest wielkiego rodu,

Której zgubą, jak to bywa

Piękność stała się za młodu.

Zdrajca, jej wdziękiem zwabiony

Niepomny przysiąg tysiąca

Puścił ją, że nieszczęśliwa

Po miłości, uświęconej

Małżeństwa obietnicami

Została dotąd płonąca

Wstydem, a z dawnych pamiątek

Szpada jej tylko została,

Szpada, którą mnie oddała.

Nie idąc w wdzięków jej ślady,

Których się zaledwie szczątek

Zachował w mej twarzy bladej:

Poszłam jej nieszczęścia śladem,

Poszłam jej losów przykładem.

Astolf (ach na to nazwisko

Gniew mną i boleść porusza)

Astolf wiarołomna dusza,

Poszedł, zwabion drogą śliską.

Tronu i szczęścia (jeżeli

Szczęściem, co dla mnie jest zgonem)

Szukać w małżeństwie Estrelli.

Piekło wstrząsnęło mem łonem

Na tę wiadomość, zniemiała

Słowa’m dla matki nie miała..

Lecz ona zwolna, łagodnie

Z zbolałej duszy otchłani

Wysnuła Astolfa zbrodnię,

Współczując, co cierpię dla niej.

Sędzia, co popadł sam w winy

Jakiejż on dobroci bywa,

Tak i moja nieszczęśliwa

Matka, z tej samej przyczyny,

Srodze doznawszy zawodu,

Łagodną dla swego płodu

Była sędziną, trafnemi

Rady kierując mojemi

Kroki. Do Polski mi każe

Iść zaraz, szpadę tę w darze

Daje, obudza nadzieję

Że możny jakiś nad możnych,

Poznawszy ostrze tej stali,

Swą mnie opieką odzieje

I cześć zachwianą ocali.

Pominę nasze spotkanie,

Z Klotaldem związki pominę:

Powiem, jak teraz w godzinę

Ostatnią, gdym go błagała

Zemsty, obrony, powiedział,

Że dziś inaczej rzecz cała

Stanęła, że związku nie może

Targać Alfonsa z Estrellą,

Że dobrze, jeżeli przedział

Wieczny, mym związkom nałożę...

Nie! od zemsty mojej prawej

Tak mnie łatwo nie oddzielą!

Przyszłam dzielić twoje sprawy

Przyszłam w walce twej się wspierać,

Dyanę łącząc z Minerwą

Zwyciężyć albo umierać.

Koronę zdobyć dla ciebie

Mężczyzna we mnie wyrusza:

Pomoc w czci zyskać potrzebie:

Niewieścia błaga cię dusza.

Zbrojna’m i pomna’m w mem łonie

Twoich zapędów. Więc stoję

Mężczyzną w czci mej obronie,

O którą, niewiasta, się boję.

Słabości, krzywdzie niewieściej

Nie dasz ty marnie przeminąć,

Bo mąż w kobiecie się mieści

Gotów cześć odzyskać lub zginąć.

Jeźli prawdę śnię, o nieba!

Zapomnienia mi potrzeba,

Boskiej mi trzeba pomocy

W tym zamęcie i niemocy.

Wszak, co ona opowiada

Z tem, co przebyłem, się składa,

Wszak mnie widziała, gdym władał.

Czyliż-by przymiot władania

Taką ułudność posiadł,

Że z snu się władza wyłania

A sen znów władzę pochłania?

Czyliżby blask i potęga

Tak były snu bliskie niezmiernie,

Że nie wie się, gdzie prawda dosięga

Gdzie złuda wpada misternie?

Czy mają się do się wzajemnie

Jak kopia z oryginałem,

Gdzie kopii szukać daremnie

Bo pierwowzorem jest całym?

Więc gdy marnem jest złudzeniem

Wszystka chwała i potęga,

To się zgodźmy z przeznaczeniem,

Czasu chwyćmy lotne chwile,

Co nas w snach wabiło mile

Po to ręka niechaj sięga.

Palą mnie Rozaury wdzięki

W dłoni mam ją, czas się zdarza —

Opiekuńczej wzywa ręki

Cześć podaje w dłoń mocarza,

Mocarz, żądzy czując spiekę,

Niech cześć zdepcze i opiekę!

Sen to tylko — niech dogodzi!

Ale potem złe przychodzi,

Obudzenia przyjdzie chwila,

(Na sprzeczności się wysila

Rozum mój). Dla snu, co minie,

Snu rozkoszy albo chwały,

Któż da czas zbudzenia cały,

Wieczność, co bez końca płynie?

Kto ma ognie za bezpieczne,

Co popiołem go zapruszą?

Więc szukajmy to, co wieczne

Nieśmiertelną naszą duszą,

Chwały, co nie ginie marnie,

Szczęścia, co czci nie zagarnie

Z blasku królewskiej korony.

Książę jest złego mścicielem,

Rozbójnikiem być nie może,

Więc dopomóż wielki Boże,

By jej klejnot był pomszczony.

Za wysokim dążąc celem

Unikajmy pokus marnych.

Grzmijcie trąby! Nim się w czarnych

Cieniach światło dnia ponurzy

Walki chcę ja! walki! burzy!

Tak mnie opuszczasz bez słowa,

Pociechy, wiary, otuchy:

Twarz odwróconą surowa,

Na skargę moją tyś głuchy!

Czci twojej sprawa, powagi

Wymaga tego. Miecz nagi,

W dłoni, co czynów spragniona

Powie ci w krótce, co z łona

Wyjść jako słowo nie zdoła.

Na bok uchyliłem czoła

Gdzie twej piękności słodycze,

Cześć twoja tego wymaga,

Odzyskać, nie zgubić ją życzę. (odch.)

Jaka ponura powaga,

Jakie słowa tajemnicze!

Wolno mi stanąć przed wami?

Gdzież to pędziłeś światami?

Gdzie świat zapędził mnie raczej?

W jamę, gdzie pełen rozpaczy

Czekałem ciągle przybycia

Śmierci prawdziwej lub życia.

Gdziem nie żył wzięty w opały

Lecz szczęściem nie umarł cały.

Za co?

Ha za co? (słychać bębny) lecz oto

Jakieś tam hufce.

Ha! co to?

Załoga zamku się wali

Krzycząc, że pardonu nie ma:

Że wszystko mieczem obali,

Co z księciem Zygmuntem trzyma.

A ja — nie u jego boku?

Leniwego rycerz kroku.

Chodźmy czas zwrócić stracony

Aż świat poblednie zdziwiony. (odch.)

Żyj Bazyli!

Zygmunt górą!

Bazyl, Zygmunt! w imię Boże,

Każdy niech żyje, jak może

Bez kolizyi z moją skórą.

Neron bywał bez litości

Naśladować mi Nerona:

Albo raczej żar miłości

Zwrócić na godnego — siebie!

Między skały się pogrzebię,

Gdzie ta ustroń zaciszona,

Z życiem mojem zrobię ligę,

By pokazać śmierci — figę.

(chowa się za skały.)

Byłże król tak nieszczęśliwy

Ojciec byłże tak sterany?

Kłąb twych hufców skołatany

W okoliczne pierzcha niwy.

Zdrajca górą!

Podczas wojny

Zdrajcą zawsze zwyciężony,

A zwycięzca — człek dostojny.

W górne spieszmy gdzieś regiony!

Boże ratuj!

Rycerz jaki

Krwią nam górskie broczy szlaki?

Oto wszystko już przepadło....

Uciekałem i dopadło

Mnie śmiercisko. Uciekając

Gdzieś stanąłem jej na drodze:

Wróćcie się, błądzicie srodze,

Jeźli nogi w tył zwracając

Mniemacie, że ją miniecie:

Wszędzie tam ona na świecie,

Gdzie los jej pobyt przeznaczył.

Wszak z walki wracacie zdrowi,

Ja zaufałem krzakowi

I krzak mnie dla śmierci zahaczył.

(umiera.)

O jak dobrze trup ten blady

Opatrzności znaczy ślady,

O jak mówią czerwonemi

Usty rany jego ciała,

Że się mądrość na nic zdała

Przeciw tej, co rządzi ziemi.

Patrzcie, wszystkom skrzętnie robił,

Aby państwo me ratować

Lecz tę dłoń, co mnie ma kować

Ktoż na zgubę usposobił?

Tak! zna los najmniejsze ślady

Któremi gonić nas może,

Lecz aby nie było rady

To mylne zda się bezdroże

Z pobożną myślą w niezgodzie:

Jeżeli los ci dokuczy,

Ratuj się człecze po szkodzie,

Szukaj do nieszczęść swych kluczy.

Klotald rozumnie ci radzi,

Ja młody, środek podaję:

W odwodzie z rycerstwem staję,

Na leśnej znajdziesz tam łące

Rumaka, co cię przesadzi

Przez gór i przeszkód tysiące.

Nie! Gdy tak niebo już dało,

Gdy śmierć tu moja się zbliża:

Dostać jej wzroku przystało

Na ojca, króla, rycerza.

Przetrząść każde drzewo lasu

Każdy pień i każdą skałę:

Tu swe włosy posiwiałe

Król Bazyli skrył do czasu.

Chroń się!

Na co?

Co poczynasz?

To co jedno pozostało.

Szukasz mnie i dopominasz

Się osoby mojej książę,

K’tobie na kolanach dążę,

Na siwych włosów dywanie

Stawaj w zwycięzkim rydwanie,

Podepcz koronę twą nogą,

Jeńcy się bronić nie mogą.

Los niech wypełni twe śluby

Niebo — dokona mej zguby.

Dworze ojczysty, dostojny,

Świadku tych niezgód i wojny,

Świadku tej losów przemiany

Usłysz, co w tej niesłychanej

Chwili, twój książe wypowie.

Wyroki nieb’ niewzruszone

Tam — litera przy literze

Na modrym niebios eterze

Palcem Wszechmocy skreślone

Nie mylą nigdy, nie miną!

Mylą się tylko, co badać

Nieszczęsną je chodzą godziną.

Tą drogą, trzebaż powiadać

Ojciec mój, aby się bronić

Przed zwierzęcem przedsięwzięciem

Mojem, zrobił mnie — zwierzęciem!

A choć z natury mnie kłonić

Mogła krwi mojej szlachetność,

Rodu mego mogła świetność,

Darów przyrody obfitość,

Abym znał łagodność i litość:

To wychowania okropność

Wszelką mi miękkość odjęła,

Gniewem i żółcią przejęła,

Zabrała nawet — roztropność.

Szalony, kto mordu ludzi

Bojąc się, tygrysa budzi,

Szalony, kto się od stali

Bojąc zginąć, pochwę spali

Klingami igrając ostremi,

I ten szalony, co słyszy,

Że zginie w morza zaciszy,

A opuszczając brzeg ziemi

W spiętrzone wpada kryształy.

Jeźli od dziecka, ja cały

Byłem tygrysem w snu głębi,

Mieczem, co w pochwie śmierć chowa,

Morzem, co w ciszy się kłębi:

Czyż krzywdą potrzeba było

Budzić, co w wnętrzu się snowa?

Czy raczej rozum nie stara

Się użyć tego, co miara

Co tu roztropność podaje?

O przykładem niech się staje

Tutaj widok, pełny grozy,

Obraz, godny podziwienia:

U stóp moich — moc ramienia

Które walczyło z niebiosy,

Aż je Pan niebios poimał!

Boski to dekret panowie

Spełnion nad tym, co go trzymał

Lecz nie wstrzymał! Mojejż głowie

Wiekiem młodszej, słabszej duchem

Czyż przypiszę, że łańcuchem

Twardej woli niebo spęta?

Nie! Wstań ojcze, niebios święta

Wola chciała cię wyleczyć.

Wyleczonyś. Jeźli syna

Zemstą swoją chcesz zniweczyć

Oto jest, kolana zgina, (klęka)

Włosy ściele na posłanie

Do twych stóp, ojcze i panie!

Synu! raz drugi mi dany!

Zwycięzca wracasz, kochany.

Zwycięzca własny, korona

Twoja czynami poczczona.

Niech żyje Zygmunt!

Tak! trzeba

Mi zwycięztw jeszcze. Dziś! nieba

Najtrudniejszego niech starczy.

Astolfie! blask twojej tarczy

Cześć winien Rozaurze wrócić

Tę weźmiesz, którąś chciał rzucić.

Chętnie czci zadość uczynię,

Lecz niech wiem, w jakiej rodzinie

Żonę wybieram dla swojej.

Niech o to książę się nie boi

Ród mój — godny rodu księcia

Ja — ojcem tego dziecięcia.

Z radością spełniam, com winien.

A na czem los wasz, Estrello,

Wcale cierpieć nie powinien

Podaj mi rękę, te ręce

Niech władzą się razem podzielą.

Niemieję w kornej podzięce.

Klotalda uścisk mój czeka:

Godny nagrody wszelakiej,

Co w szczęściu i klęskach jednaki

Wzorem rycerza, człowieka!

Jeźli czcisz tego zasługi,

Co ojcu służył wiek długi,

Jakże mnie uczcisz dość hojnie

Com buntom przewodził, wojnie,

Com z strasznej wyrwał cię wieży?

Na wieki się tobie należy

Wieża ta, aby na wieki

Nikt ci nie zabrał zdobyczy.

Nie brak ci będzie opieki;

Nagrodę — tam zdrajca niech liczy!

Rozum twój wprawia mnie w dziwy.

Jakiejż odmianie szczęśliwej...

Przypisać wasze zdziwienie?

Mistrzem mi — senne marzenie.

Trwoga, by w marzeń przemianach

W czarnych nie ujrzeć się ścianach,

Czucie, zdobyte boleśnie

Że szczęście mija, jak we śnie,

Wnętrzna potrzeba, by w wieczną

Drogę, gdzie niebios wyżyny

Sen dał nam prawdę stateczną,

Ku trwałej życia nauce:

By darowano nam winy,

Jak błędy przebaczą w tej sztuce.

Sigue explorando

Por su autor
Józef Szujski · 9 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← W krwawej chwili

Expediente

Autor
Józef Szujski
Título
Życie snem (Calderón, tłum. Szujski, 1882) — Dzień trzeci
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-zycie-snem-calderon-tum-szujski-1882-dzien-trzec--jozef-szujski-e51a18
Cita recomendada
Józef Szujski, «Życie snem (Calderón, tłum. Szujski, 1882) — Dzień trzeci», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-zycie-snem-calderon-tum-szujski-1882-dzien-trzec--jozef-szujski-e51a18.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.