CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Z przyjściem jesieni

polaco

IV.

Z PRZYJŚCIEM JESIENI.

I.

Zbliża się jesień. Ten duch, co nad bytem

Nikłych wszechstworzeń niezłomnemi prawy

Od samych włada początków, błękitem

Budząc w nich życie słonecznym, śród wrzawy

Wichrów szumiących i śród deszczów łzawéj

Wysłał ją pieśni: niech na lice świata,

Choć jeszcze ogniem się pali, swój mgławy

Zarzuci welon i potem niech splata

W śmiertelny uścisk rękę — twardą rękę kata...

II.

Zbliża się jesień i na pustej roli —

Bez fal pszenicznych, które wiatr wiosenny

Z taką kołysał pieszczotą, powoli

Ślad swoich kroków wyciska brzemienny:

I oto gaśnie ostatni, promienny

Jaskier, co farb swych pożyczał od słońca:

Ostatnia róża w pochmurny, strumienny

Wpatrzona kryształ roni łzę i, drżąca

Na widok własnych kształtów, oczekuje końca.

III.

O prędzej, prędzej, ty zniszczeń aniele!

Niechaj od razu te kwiaty w boleści

Zimnej zastygną! Na ich wątłem ciele,

Które wiatr jutro rozproszy bez wieści,

Niech się ironią pierś twoja nie pieści!

Nie pragnij konań powolnych widokiem,

Gdy w każdem tchnieniu tysiąc skarg się mieści,

Zamrażać w sercu człowieka głębokiem

Zdrój życia, który raźnym płynąć ma potokiem.

IV.

O prędzej! prędzej! Przyspiesz takt symfonii

Posępnych skonów: niech głuche rozjęki

Wierzby bez liści i trawy bez woni,

Jezior bez blasków i róży bez miękkiéj

Sukni czerwonej, nie hamują ręki

Młodej zbyt wcześnie — o niechaj nie kłócą

Swymi akordy wesołej piosenki,

Którą wybrańcy dni wiosennych nucą,

Nim dłonie twe swym chłodem w zwątpienie ich rzucąrzucą.

V.

Zbliża się jesień... Ach! nie znam przyczyny,

Dlaczego wówczas dopiero w swą własną

Zaglądam duszę, gdy horyzont siny

I gdy się chmury zwieszają nad jasną

Powierzchnią wody, kiedy gwiazdy gasną

Z okiem przymglonem i gdy liść opada;

Dlaczego witam tę chwilę, jak przaśną

Uciech godzinę? Czemu na to »biada«,

Brzmiące dokoła, pierś ma hymemhymnem odpowiada?

VI.

Czyż obraz śmierci, co dzisiaj zawisnął

Zblakłemi usty na sennej postaci

Tej smutnej ziemi i tak ją przycisnął

Kościstą dłonią, że aż oddech traci,

We mnie się jeszcze w swą grozę bogaci

I tak, jak siebie, obojętnym czyni

Na koniec istnień mej rodzonej braci?

Czyż moje serce w swej ciemnej świątyni

Ofiarną tylko składa cześć zniszczeń bogini?

VII.

Czyż miliony tych powiędłych liści,

Któremi dzisiaj śród piaszczystej drogi

Wiatr w rozpasanej pomiata zawiści —

Czyliż te czarne, bezkłose rozłogi

I strop ten, w blaski złocone ubogi,

Nie wyrwą z duszy przeciwko naturze,

Ostremi dzisiaj raniącej nas głogi,

Posępnych przekleństw, podobnych tej chmurze,

Co skrą błyskawic gromy zwiastuje i burze?

VIII.

Nie!... ja w rokoszu dziecinnym nie stanę

Przeciwko tobie, o matko, promieniem

Susząca ciepłym oczy, w łzach skąpane —

Wielka porodem i wielka zniszczeniem!

Nie! choć mnie dzisiaj razem z wszechstworzeniem,

Którego częścią jestem i atomem,

Napełniasz smutkiem i otaczasz cieniem —

Nawet nad własnych, drogich kolumn złomem,

Nie rzucę w pierś ci płonnym złorzeczenia gromem.

IX.

Ale się zawsze ukorzę przed tobą,

O słońce, życia początku wspaniały!

Wszak ty rozgrzewasz serce martwym globom

I tych przystrajasz w płaszcz niezmarłej chwały,

Co, wiosennymi porwani zapały,

W twe walczą imię, ty zbawienia gońcu!

Przed tobą, nocy, ukorzę się cały,

Życia spoczynku i wrzekomy końcu,

Co świeży tor gotujesz jutrzejszemu słońcu.

X.

Przed tobą, wiosno, gdy, nad srebrnym zdrojem

Schylona, patrzysz błękitnemi oczy

I nad swych dzieci kwiecistym rozwojem

Płaczesz z radości — tą łzą, co się toczy

Po drzew listeczkach i w jezior przezroczy

Zlewa się z resztą swych siostrzyc, z jasnemi

Fali perłami. Przed tobą, ochoczy,

Klęknę, o zimo, ramiony śnieżnemi

Strzegąca pól, gdzie spoczął przyszły owoc ziemi.

XI.

Przed tobą, życie, i przed tobą schylę

Skroń swą, o śmierci, przed słabych tęsknicą,

Błogosławiących z rozkoszą tę chwilę,

Gdy ty, stalową okryta zbroicą,

Stajesz przed zblakłą i błędną źrenicą

I z tych rumieńców, co nikną im z twarzy,

I z owych blasków, co już martwo świécą,

Tworzysz zawiązki serc nowych, ołtarzy,

Gdzie skra, składana życiu, płomienniej się jarzy.

XII.

Przed tobą, walko! Przed tobą, pokoju!

Zwycięstwo! klęsko! zwątpienie i wiaro!

Radości! smutku! nagrodo i znoju!

Błogosławieństwo! straszna przekleństw karo!

Rzeczywistości i ty, złudna maro!

Harmonio dźwięków! dysonansów zgrzycie!

Bezdenna próżni! przepełniona czaro!

Przed tobą w niemym upadnę zachwycie,

Bo wiem, że ty się składasz w wieczne Jedno — w Życie!...

XIII.

Wiem, że za mglistą pozorów zasłoną

Kryje się wielki posąg granitowy

Z okiem błękitnem, z złocistą koroną

Owijającą się naokół głowy,

Jak zórz porannych wieniec purpurowy

Wokoło słońca, kiedy światów senność

Idzie rozpraszać i spokój grobowy;

Wiem, że tam władnie ta życia płomienność

Swem hasłem: wieczność treści, chociaż form odmienność.

XIV.

Wiem, że, co ginie, nie ginie daremnie;

Że te promyki, co się dzisiaj stliły,

Jutro rozjaśnią i rozgrzeją ciemnie

Światłem i ciepłem młodocianej siły —

Że te odarte dziś z kwiatów mogiły

Jutro przybytkiem będą zmartwychwstania

I będą szatą weselną świeciły,

Wiem, i od zwątpień ta myśl mnie ochrania,

Że z ziarn, co dzisiaj padły, znów się źdźbło wyłania.

XV.

Więc obojętność swojej ręki chłodnéj

Na mojem sercu bijącem nie złoży,

Ażebym dzisiaj, nowych blasków głodny,

Spragniony wielkiej, czystej myśli bożej,

Która nam złoty, wiosenny raj stworzy,

Popadł w grób smutnych przeświadczeń, złamany!

W imię nicości, którą świat się trwoży,

W zmroku i we mgle jesiennej chowany,

Nie pragnę się zatopić w obłoku Nirwany.

XVI.

Nie stracę wiary w poranek odrodzeń,

Choć mgieł się ciemnych tyle dziś pokładło

Na senną ludzkość, że z jej skarg, zawodzeń,

Krających w bruzdy tę jej skroń pobladłą,

Jużby noc wieczną mi wróżyć wypadło;

Nie stracę wiary — o nigdy nie stracę,

Choć nad zagadnień treścią nieodgadłą

Tyle dusz silnych marnuje swą pracę,

A żaden głos im nie brzmi: »wszak ja wam zapłacę!«

XVII.

Gdyby ta matka i ta siostra moja,

Której wraz jestem i synem i bratem —

Gdyby ta ludzkość napiła się z zdroja

Cudownych ocknień i, wielka rozbratem

Z nocą, podniosła pierś ponad swym katem

I rzekła: niebo! zwróć mi moje słońce!

A niebo znówby błyskawicznym batem

Pierś jej przecięło: tak, jabym gorące

Łzy ronił, lecz nie straci wiary serce wrzące.

XVIII.

A gdybym nawet — o przyszłości, blasków

Lecz i krwi pełna! — gdybym na głos dzwonów

I surm pogrzebnych, śród błysków i trzasków,

Śród klątw i jęków mrących milionów,

Sam pod zwalonych gruzem panteonów

Kończąc z pragnienia, nic więcej nie zoczył —

Nic, nic, prócz dymu, zgliszczy i prócz skonów,

W gróbbym bez bluźnierstw z tą wiarą się stoczył,

Że świat do życia zawsze przez śmierć będzie kroczył...

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Z poematu „Marchołt gruby a sprośny, jego narodzin, życia i śmierci misterjum tragikomiczne“Z więzienia →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Z przyjściem jesieni
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-z-przyjsciem-jesieni--jan-kasprowicz-730081
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Z przyjściem jesieni», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-z-przyjsciem-jesieni--jan-kasprowicz-730081.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.