CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Z poematu „Marchołt gruby a sprośny, jego narodzin, życia i śmierci misterjum tragikomiczne“

polaco

RADCA. Majestacie!

Wielki królu miłościwy,

w nieskalanej lśniący szacie —

Nieskalanych niema szat —,

Czy nie rzekłeś, że ten świat,

że te nasze ziemskie niwy

to szulernia,

gdzie brat brata w ferbla kładzie?

MARCHOŁT. Tak!

RADCA. Że ten świat nasz to kawiarnia

pospolita, aż ogarnia

człeka strach.

MARCHOŁT. Tak!

RADCA. O, tak!

I me słowa są te same!...

Słuchaj, oto,

co Ci powiem: Królu!... Ach!...

szedłem zawsze pośród ciernia —

męczeństwa to mego znak —

chciałem, królu, wymieść błoto,

lecz na radzie — — —

dzisiaj zwrot nastąpił nowy!

Niema co już łamać głowy,

dziś mnie losy z tobą skuły — —

PIERWSZY OBYWATEL. I ja jestem strasznie czuły

na zło wszelkie, a że lubię

zgłębiać prawdę i, o zgubie

świata myśląc, na sposoby

rozmaite — —

DRUGI OBYWATEL. Prosta rzecz:

wszyscy pójdziem w swym orszaku,

wszyscy weźmiem palmy w ręce,

całe drzewa,

i w podzięce,

że nam pan nasz ulgę czyni,

że nas zbytnio na przetaku

nie przesiewa,

że choć wie on, co jest ziarno,

a co plewa,

to zbyt czarno

na nas ludzi — — —

więc też wkroczym razem z tobą

do świątyni,

która, słyszę, niema krat,

ani nawet żadnych bram,

a jeżeli, to otwarte

przez dzień cały i przez noc,

jest przestronna,

wielce wonna...

MARCHOŁT. Jeno że was dobrze znam,

jeno że mam na was bat,

wy pełzacze i pływacze,

pańskiej śliny zlizywacze,

gdy na waszą splunie kartę

jakiś możny, mocny pan,

na rachunki te powszednie,

na te cyfry, pospolicie

z ksiąg patrzące,

na te liczby, które we dnie,

które w nocy

pośród ciasnych mrocznych ścian

ustawiacie!

Zdaje wam się, że w pokorze

przyjmujący tę pogardę,

którą życie wasze darzą

twarde, harde

one duchy, ach! od gniewu

i nadziei w przyszłe dnie,

w zwycięstw czar,

płomienistą lśniące twarzą —

zdaje wam się, że snadź w sobie

sił nie mając, by ich zgnieść,

potraficie

na godzinę albo dwie

uchronić się od zalewu

ognistego, który tamci

wszcząćby mogli i na zawsze

przy tym waszym, pełnym żłobie

w te płomienie, w te najkrwawsze,

najognistsze.

strąci rzeki,

wszystkich was!

Znam-ci ja was; dobrze znam-ci,

wy rachmistrze,

tacy sprytni, tacy chytrzy,

a tak głupi:

nikt przyszłości nie przekupi,

chociaż w norze

jaknajskrytszej

każdy z was się ukryć może,

choć mijają wam tygodnie,

choć uchodzą wam miesiące,

całe lata, całe wieki!...

Iżby było wam wygodnie

spać i jeść,

co wam honor, co wam cześć?!...

Co wam znaczy

wielka duma?!

Pychę macie,

dąs prostaczy,

jeśli w szacie

postrzępionej

zobaczycie

swego kuma,

nędzne życie!

Ale gdy przed wami stanie

w swej postaci

żywot równie, jak wasz, marny,

albo może i marniejszy,

jeno odzian w tkań i haft,

w złotogłowia i robrony,

w materyję,

która plecy jego kryje

zdobniej, suciej i bogaciej,

niżli wasze,

wówczas sobie pluć dajecie

w lichą kaszę

i słodziutko, uniżenie

sami się chowacie w cienie!...

Chciałem sobie w czas dzisiejszy,

gdy się z jego kołowrota

nowa, złota

snuje nić,

tylko kpić z was, tylko drwić,

a wszelako gniew mną miota,

może nawet ból i żal,

że tak chełpić się lubicie,

iż umiecie patrzeć w dal,

a patrzycie w ciemną noc!

Wy, z rozumu swego proc

puszczający, o, nie kule,

jeno jakiś piasek mnogi,

który spada wam pod nogi!

Wy, tak czule

grzebiący się w własnym mule,

własnych celów omamiacze,

przerabiacze

na swój sposób wszelkich prawd,

jeśli prawd tych święta moc

do drzwi waszych zakołacze

i wy wpuścić ją musicie —

nie, że wiecie,

iż to wasze nędzne gnicie

jest jak śmiecie —

o, jak bagno, w którem grzęźnie

życia wóz

i na twarde świata drogi

wyjść nie może

w tym oporze

błota, trawska, trzcin i łóz,

tylko z lęku, tylko z trwogi,

iż daremny opór wasz

albo zbytnio wstrząśnie wami,

lub zawiedzie was pod straż

dni, iż idą i iść będą

bezlitośnie

pod koniecznych praw komendą,

z wichrami, piorunami,

i przemienią tych na więźnie,

którzy sami,

obłąkanie

czy zaprzańce,

opierają się ich wiośnie!...

RADCA. Panie! Królu! Każdy z nas

i naprawia i urabia,

jako umie,

ludzką rzecz — —

PIERWSZY OBYWATEL. Każdy, panie, w swym rozumie

przy ogólnym staje kotle

i tak warzy i tak smaży,

i tak smaży,

jak go tylko na to stanie — —

DRUGI OBYWATEL. Niema tęgich dziś kucharzy,

a tem sobie to tłomaczę,

królu, panie — — —

MARCHOŁT. Lecz jest tęgość w mojej miotle,

urabiacze,

naprawiacze

ludzkiej sprawy,

gdy profitu wam nie dawa

ludzka sprawa!

Puste garnki, a nie puste,

to nie mięso w nich się tłuste

na biesiadę świata warzy,

jeno jakiś chudy płyn

tak! wodnista jakaś ciecz,

wstrętna zgoła,

która zdoła

najgłodniejszych dziś nędzarzy

doprowadzić do wymiotów!

Świat ten spuchnie,

gdy uwierzy w waszą kuchnię,

a uwierzyć ponoć gotów,

bo mu los dopieka srogo,

bo mu zbawców dzisiaj trzeba,

a zaś zbawcą jest mu ten,

kto go kłamem wprawia w sen!

O, ty lęku, o ty trwogo,

jakżeż słodko, jakżeż błogo

usypia nas marny kłam!...

Was, podjadki wy bez czoła,

was przypuścić do kościoła — —

dla was mi budować tyn,

boży chram,

który sięgać ma do nieba?

Precz mi, precz!

KTOŚ. A dla kogo?

MARCHOŁT. A dla kogo? Dla — człowieka!..

KTOŚ. Ci nie ludzie?

MARCHOŁT. Ale jacy?

KTOŚ. Tacy, królu, i owacy:

Z jednakowej wyszli pracy,

na jednakim ich warsztacie —

w jednakowym wszystkich trudzie — —

MARCHOŁT. Tania mądrość, bardzo tania!

KTOŚ. Zawsze-ć mądrość...

MARCHOŁT. Nikt nie wzbrania,

abyś wasan z przekonania

czy z przekory naśladował

mądrość — radców...

KTOŚ. Mądrość świata!

MARCHOŁT. Dla mądrości takiej bata

dziś potrzeba — mam ją gdzieś!

Zrozumie to każdy Grześ,

nawet owce, nawet ciele!

KTOŚ. Mam ją gdzieś: Przepraszam wielce,

że śmiem, królu, wpaść w twój ton,

w niedomówień twoich nutę —

pragnę przecie

zauważyć, iż wyzute

są z szczerości

obchodzenia, omijania,

gdy się prostą chce iść drogą.

Zawsze-ć lepiej, godniej, szczerzej,

jeśli taki król uderzy

w pełny dzwon!...

Prawda, człek i tak pochwyci,

ale po co taka, królu,

delikatność w niciach twych.

MARCHOŁT. A więc dobrze: mam ją w rzyci

tę ich mądrość, a jeżeli

trzeba jeszcze nieco śmielej,

iżby mieli — —

byś miał złoto, a nie szych,

to mnie mogą -

to możecie,

ty i oni — — —

KTOŚ. Niech Bóg broni!

dosyć! dosyć!... Mam ją, królu,

mniejsza o to, gdzie — — — A czemu

na wspomnienie tej mądrości

skaczesz, królu pozłocony,

aż do pował?

Sfolguj złemu,

bo już całkiem pękniesz z bólu

gdy potrzaskasz sobie kości,

gdy rozbijesz sobie twarz — —

MARCHOŁT. Wasan jesteś, co? konował,

że tak o me kości dbasz?..

Skąd pan? na co?.. Z jakiej strony? — — —

KTOŚ. Jakiego tu masz — człowieka...

MARCHOŁT. Nie żądamy, nie wzywamy...

wścibskie, widać, są wasany,

chociaż na nich nikt nie czeka...

skąd?.. zdaleka?

KTOŚ. Czy zdaleka,

czy też zbliska, toć to chyba

rzeczą jedną!

A czym człowiek, pies, czy ryba,

czy też jakiś inny „ktoś“,

nie zmieni się świata oś,

gwiazdy na to nie pobledną,

słońce na to nie zagaśnie...

MARCHOŁT. Właśnie, właśnie,

ale przecie...

Powiedz waćpan w krótkiem słowie...

KTOŚ. Albo w długiem, toć to równie...

Rzecz wiadoma

na tym świecie:

ziarno, słoma,

kłos, czy źdźbło...

MARCHOŁT.

Wszystko w końskiem ujrzysz g.....!...

KTOŚ. O! o! o

Czy pan w szkole

zawsze byłeś tak pojętny?

Ale prawda: nie mów, wole,

ca się działo...

MARCHOŁT. Ktoś wykrętny —

Nie wykręcaj, nie zagaduj!

Chwyć za wymię

mądrość świata, mleka nadój,

lecz dla innych! Ja w tym dymie

skąpałem się już za młodu —

o, tam w lesie, tam na błoni,

na polanie...

pod szumiących drzew namiotem...

KTOŚ. Lub pod cichych — wiem coś o tem!

Nie uczynisz pan zawodu

tej mądrości...

MARCHOŁT. Owszem, może wręcz otwarcie

wrócę do niej,

gdy mię siły już opuszczą,

gdy połamię sobie kości,

gdy nie będę mógł już powiek

wznieść, mój Ktosiu... gdy na karcie

mego życia palec boski

już ostatnie będzie głoski

mazał, ścierał...

ale dzisiaj...

KTOŚ. Gdy z tą tłuszczą...

bo dla ciebie każdy człowiek,

może inny, niźli ty,

jest po trochu

lub też całkiem zgniły, zły,

niewart ani wiązki grochu,

zalicza się do motłochu...

MARCHOŁT. Kłamiesz wasan!...

KTOŚ. Krzyknij raczej

po swojemu: „Precz, sobaczy

Bierzpomordzie“... Bijesz w mordę

ludzką hordę

i wraz w pysk walisz bezlitośnie,

gdy ku twojej nie chce wiośnie!

KTOŚ. Daruję ci!

KTOŚ. Zbytnia łaska! zbytnia cześć

Trzeba znieść!...

Tak się dzisiaj oto święci:

dawniej, dawniej,

za ginącej już pamięci,

różni, sprośni Marchołtowie,

sprośni, panie, lecz zabawni,

przed królewskie szli się trony

swą mądrością w grubej głowie

popisywać, zawezwani,

a dziś Króle Salomony

nieproszeni...

MARCHOŁT. Jak to piecze,

jak to rani!

Ale jednak, mój ty — człecze,

czy nie człecze, wyznać muszę:

Król Salomon już jest w ciupie

swoją mądrość, panie, chrupie,

swą mądrością w piecu pali,

bo mu drewien...

KTOŚ. Dali, dali

albo dadzą!

Zresztą inni pozostali,

co się władzą

dzieląc z swymi

poddanymi,

jak przystało

na tych mędrców, którzy ciało...

MARCHOŁT. Ja na duszę ludzką dybię

i nie chybię...

KTOŚ. Chybisz wasan, bo w swym trybie,

w swem pędzeniu oszalałem

mądrość twoja nie pamięta,

że jest — ziemia obok nieba,

że na wieki jest sprzągnięta

dusza z ciałem

i że liczyć się potrzeba...

MARCHOŁT. Z ludzkiem łajnem!

KTOŚ. Rzecz zwyczajna...

MARCHOŁT. I z naturą tego łajna...

KTOŚ. Jeśli nie chcesz w nadzwyczajnem

ugrząść łajnie!...

MARCHOŁT. Nadzwyczajnie!

Deklinacja prawie moja!

KTOŚ. Jak ci się to raz zdarzyło...

MARCHOŁT. Nieraz, Ktosiu!

KTOŚ. Tem ci lepiej!

MARCHOŁT. Za to człowiek rad im wrzepi...

KTOŚ. Albo oni człowiekowi...

MARCHOŁT. No i będą wszyscy zdrowi!...

KTOŚ. Wszyscy, panie? Tak jest pewna

twa ostoja,

tron twój z drewna?

MARCHOŁT. Z drewna? z drewna? Może, panie

Królowanie...

KTOŚ. Tak! Nie z tego jest-ci świata

twe Królestwo, bo to, zda się,

mój grubasie,

chciałeś rzec...

Rzuć to w piec!

Puść do kata,

mój ty Królu malowany,

te nieludzkie twoje plany...

MARCHOŁT. Nie skusisz mnie

KTOŚ. Ja nie kuszę,

jeno mówię:

na prawdziwym siądziesz tronie,

wykowanym z srebra, złota,

nie złożonym z kołków, z płata,

czy też z desek, czy też z pali,

z których ongi wyciosali

i ciosają jeszcze dalej

szubienice albo krzyże...

MARCHOŁT. Na co złota, na co srebra?

Jeśli tylko moje żebra

nagą kością mi nie świecą —

czyż świecidła mnie oblecą?

K’temu dusza ma nie płonie,

nie rozpali się tem lice!...

A twe, panie, szubienice...

KTOŚ. Trza się, królu, ubezpieczyć,

bo gdy tylko człek przewącha,

że chciałbyś go odczłowieczyć...

A te skronie?..

O, ja prawdzie nie ubliżę,

jeśli powiem, że mizernie

wyglądają w tej koronie,

która raczej przypomina

głóg i ciernie...

MARCHOŁT. To, czy owo,

toć to przecie jednakowo

ciśnie zawsze,

a czy mniej lub więcej krwawsze...

KTOŚ. A to berło, wszak to trzcina,

którą ongi...

MARCHOŁT. Albo kij!

Bij mnie waćpan, dalej, bij!

KTOŚ. A ten płaszcz twój — o, mocarzu...

MARCHOŁT. Mów: nędzarzu,

jeślić to przyjemność sprawia

nie mam w sobie pychy pawia...

KTOŚ. Ktoś tam kiedyś wlókł się w górę

w taką samą skry t purpurę...

ja nie kuszę, jeno radzę —

nie! ja mówię: chcę rzetelną

posiąść władzę,

która ludzi uspokoi

i po ludzku ich napoi

i nakarmi i gotową

zawsze będzie szyć im nową

suknię, panie, na ich plecy,

albo starą im połata

na ich arcyludzkie ciało —

wybór kutej i bez świecy

znajdziesz łatwo: albo, albo —

albo spokój, albo bój,

papierowy królu mój!...

MARCHOŁT. Już się stało!

Już wybrałem... kroczę dalej,

choćby tron ten potrzaskali!

Mych zamiarów nic nie zmieni!

Jedna dla mnie, nie dwie bramy:

KTOŚ. Śmieszna chwalbo!

Idą twoi — uwiedzeni,

z których chciałeś mieć — olbrzymy!

Adieu, addio,

caro mio!

Dziś się jeszcze zobaczymy!...

MARCHOŁT. Caro mio?... Mniejsza a to!...

Chociaż nikt mnie nie podtrzyma,

otwartemi ja oczyma,

pewnym krokiem,

a nie chyłkiem, a nie bokiem...

MINISTROWIE. My cię, władco, podtrzymamy

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Z opłatkiem (Kasprowicz, 1912)Z przyjściem jesieni →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Z poematu „Marchołt gruby a sprośny, jego narodzin, życia i śmierci misterjum tragikomiczne“
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-z-poematu-marchot-gruby-a-sprosny-jego-narodzin--jan-kasprowicz-7bf857
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Z poematu „Marchołt gruby a sprośny, jego narodzin, życia i śmierci misterjum tragikomiczne“», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-z-poematu-marchot-gruby-a-sprosny-jego-narodzin--jan-kasprowicz-7bf857.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.