CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaWiktor Gomulicki

Wiktor Gomulicki · Modernismo

Z dziejów dnia — I

polaco

Kiedy się na wsi dzień słoneczny budzi,

Wita go wrzawa i ptaków i ludzi;

Zmieszane echa płyną kwietną błonią,

W stajniach rżą konie, w kuźniach młoty dzwonią

I młyn klekocze na wartkim strumieniu...

Miasto pozdrawia jutrzenkę w milczeniu.

Nad las kominów i wieżyc gromadę,

Słońce wypływa zaspane i blade;

Do mrocznych ulic zagląda z ukosa,

I zanim złotem zaleje niebiosa,

A w chłodnych murach zbudzi ciepłe dreszcze,

Do chmur poduszki tuli się raz jeszcze...

Zwolna się Wisły roziskrzają fale,

W oknach migoczą szyby jak opale,

A miejskie ptaki, które z wolą bożą

W „kamiennym lesie“ rodzą się i mnożą,

Ze szczelin murów wychylają głowy. —

Na bruk, od zorzy porannej różowy,

Spadają srebrne i szare gołębie;

Jaskółka siada na komina zrębie,

A tłusty wróbel, śpioch i sybaryta,

Gnuśnem ćwierkaniem dzień wschodzący wita.

Miasto się budzi — i w płuca olbrzymie,

Co długo więdły w kurzawie i dymie,

Wciąga z rozkoszą świeży powiew ranku.

Rozkwita powój pnący się po ganku,

Na skwerach zgięte prostują się kwiaty,

A gąszcz ogrodów, schowana za kraty,

Wonią i chłodem napełnia powietrze.

Chwieją się szyldy na porannym wietrze,

I lekko skrzypią, jakby się skarżyły;

Z zarzecznych borów płynie zapach miły,

I do zadusznych uliczek się wciska;

W bladym półmroku, jak złote ogniska,

Palą się szyby, w skrach i błyskawicach —

I głucho w sadach, na placach, w ulicach.

U „Panny Marji“ zcicha zadzwoniono...

Kilku staruszków, z twarzą pomarszczoną,

Dąży na jutrznię, stukając laskami;

A słońce złotem i purpurą plami

Ściany kościoła, i na zimne głazy

Rzuca tęczowe, powietrzne obrazy,

Jasność swą cedząc przez gotyckie okno.

Turkoczą wozy, a na wozach mokną

W perłowej rosie kwiaty i warzywa;

Gdacze drób’ w kojcach, a w powietrzu pływa

Zmieszany zapach kopru i cebuli.

Z ciemnych zaułków, wśród których się tuli

Pod skrzydła nocy, zbrodnia i rozpusta,

Pełzną pijacy, i blade ich usta

Wszeteczną piosnką budzą echa senne.

Spojrzało na nich oko dnia promienne,

Więc się cofają i milkną, zmieszani...

Za doniczkami kwitnącej geranji,

W oknie poddasza, jasnego od blasku,

Stoi staruszek, — i ptasiego wrzasku

Głuszony chórem, dymek cmokcząc siny,

Skaczącym wróblom sypie okruszyny.

Muzyka dzwonów coraz bardziej wzrasta,

Wstrząsając mury. Idą środkiem miasta

Z ponurą twarzą robotników rzesze,

Milcząc. Gdy staną, jeden ogień krzesze

Do fajki, drugi chleb rozgryza suchy;

Ten pije wodę, tamten dla otuchy

Gorzałkę: kilku o mur wspartych drzemie.

Żaden nie patrzy na niebo, lecz w ziemię,

Żaden skrzydlatych nie zna ducha lotów...

Tymczasem miasto od słonecznych grotów

Drgające, błyska jak wąż złotołuski;

Dudnią strażackie, pełne śmiecia wózki,

Pod kruchtę baba podąża kulawa,

Z pod mioteł stróżów wznosi się kurzawa,

A człowiek chory wstaje i boleśnie

Na ruch uliczny patrzy. Jednocześnie

Gruby parobek odmyka z hałasem

Cuchnącą norę, kędy za szynkwasem

Stoi żyd rudy, jak szatan kusiciel;

I gdy w kościołach króluje Zbawiciel,

Z natchnioną twarzą, łagodnemi usty,

Tu wstrętne widmo szału i rozpusty

Głodnych nędzarzów ciągnie przez płomienie

Na wieczną hańbę i na zatracenie...

W oknie, nakrytem płócienną oponą,

Zaskrzypiał lufcik — i na bruk rzucono

Bukiet uwiędły. Poczerniałe kwiecie

Upadło ciężko w kurzawę i śmiecie,

Poczem, do ścieku popchnął je przechodzień.

W mieście, rzecz taką można widzieć co dzień;

Tu kwiat — nierzadko — co błyszczał w salonie,

Na brudny śmietnik wędruje po zgonie,

Gdzie go człek każdy potrąca ze wzgardą...

Czemuż więc głowę podnoszą tak hardo

Stołeczne, sztucznie malowane róże?

Cóż ztąd, że przyszły na ten świat w purpurze,

Z łonem kryjącem zmysłowe ponęty!

I że za niemi w rozkoszy odmęty

Idzie niejeden jako w morskie tonie? —

Ogród je zrodził, ale ściek pochłonie.

................

Stolico! hydro wieczyście łaknąca!

Kameleonie, co od barw tysiąca

Nieokreślonej nabrałaś postaci!

Czemu się duch twój powolniej bogaci,

Niż ciało? czemu w twych mrokach się lęże

Grzech, pełzający ukradkiem jak węże?

Czemu, szpetniejsza w głębi, niż po wierzchu,

Pozwalasz sowom wyfruwać o zmierzchu,

O kawał chleba bijesz się zażarcie,

W Baala wierzysz i schlebiasz Astarcie?

Zbudź się, stolico! Niech blask słońca złoty

Oczy twe z grzesznej uzdrowi ślepoty;

Skąpana w czystym lazurze obłoków

Spłosz nocne ptastwo, wylęgłe wśród mroków;

I niech dla ciebie wschód dziennej jasności

Stanie się wschodem Prawdy i Miłości!

Sigue explorando

Por su autor
Wiktor Gomulicki · 196 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Z barłogu HiobowegoZ dziejów dnia — II →

Expediente

Autor
Wiktor Gomulicki
Título
Z dziejów dnia — I
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-z-dziejow-dnia-i--wiktor-gomulicki-5578e2
Cita recomendada
Wiktor Gomulicki, «Z dziejów dnia — I», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-z-dziejow-dnia-i--wiktor-gomulicki-5578e2.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.