CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Wojtek Skiba (Fragmenty) — Pieśń III

polaco

PIEŚŃ III.

I.

Hej zaszumiały topole nad drogą!

Hej zaszumiały w żalu i zgryzocie:

Świeżem się liściem poszczycić nie mogą,

Skąpanem w słońca wiosennego złocie.

Wiatr je pozrywał i tysiączne krocie

Rozwiał po martwych zagonach, by pierze!..

Śmierć, co się wije, jak mówią po płocie,

Wkrada się w świata promieniste dźwierze

I wszystką krasę rzuca swej zemście w ofierze.

II.

Więc naprzód zbladło ono słońce żywe,

Co się tak śmiało, jak oko dziewczyny —

Oko, spełnioną miłością szczęśliwe.

Potem się zjawił tej smutnej godziny

W górze niebieskiej szmat obłoków siny

I ponad ziemią zaciężył ołowiem...

A potem zwiędły po rowach darniny,

A potem stał się cały świat pustkowiem,

Aż człeka jego nagość przechodziła mrowiem.

III.

Chłopski dobytek dawno znikł z zagonu,

Dawno w dziurawej spoczął już stodole...

Niejeden nędzarz zbył się swego plonu

I znów się znalazł w tem zaklętem kole,

Co próżną wiarą śmierzy głodu bole,

Że będzie lepiej z przyszłych sprzętów czasem,

Że szparki posiew, porzucony w rolę,

Zaszumi znowu ciężkich kłosów lasem

I serca rozraduje sypkich ziarn zapasem.

IV.

Tak! pusto dzisiaj i smutno na ziemi!

Wiatr, jak to zwykle bywa w listopadzie,

Dmie od zachodu i tchy wilgotnemi

Bez miłosierdzia, niby wąż, się kładzie

Na nagie drzewa w marnym, chłopskim sadzie,

Syczy we wiśniach, na dół zgina grusze,

Rwie się z jabłonią w uporczywej zwadzie,

Na krzewy głogu sypie dżdżów swych prósze,

Że w mętnych lśnią kropelkach, jak skalane dusze.

V.

Nie wiem, jakiemi odmalować słowy

Zagrodę Skiby, co w tej mglistej porze

Do dziwnych tonów nastraja duchowy

Bardon pieśniarza... Ach! serce otworzę,

I jeśli znajdę w niem — nie uczuć morze,

Lecz jedną kroplę o prawdziwej treści,

Wnet ją przeleję do tych słów i złożę

Te proste zwrotki w taki hymn boleści,

Że w nim się wszystek zawód, wszystek trud pomieści.

VI.

Że łzy wycisnę ze źrenic słuchaczy,

Jeśli łez źródła nie wyschły w ich łonie,

Jeżeli nędza, co swe ślady znaczy

Wczesną starością, co fałduje skronie

I w posiekane, chropowate dłonie

Brudem się wgryza, może znaleźć jeszcze

Oddźwięk w ich sercach... Ach! w smutku utonie

Ze mną ich wnętrze! Ach! uczują dreszcze

Na obraz ten posępny, na słowa złowieszcze!

VII.

Jedno mi tylko zostało uczucie,

W które się robak nie wgryzł u korzeni;

Nie ma do niego przystępu zepsucie,

Co tak się w grobie mojej duszy pleni;

Ze wszystkich potęg, co dziś znikły w cieni

Płonych pożądań, jedna postać żywa

Jeszcze się dla mnie, jak ów dzień, promieni,

Jeszcze mi źródło żywota odkrywa

I szczęściem mnie obdarza, sama nieszczęśliwa.

VIII.

Kształt to przesmutny, o pobladłej twarzy,

Z dziwną boleścią w pogłębionem oku,

Co się tak ogniem tajemniczym żarzy,

Niby głąb ciemna górskiego potoku,

Gdy nad nim bluszcze zwieszają się z boku

Skał prostopadłych, a szczeliną z góry

Przecina tkankę żałobnego mroku

Ostry blask słońca, ten złocistopióry

Posłaniec rozkochanej w światłościach Natury...

IX.

Nie potrzebuję wyciągać swych ramion

Za uchodzącem widmem tej postaci;

Nie potrzebuję, drżący i bez znamion

Męskiego hartu, co się w złudach traci,

Płakać, choć nikt mi łzy tu nie zapłaci

Próżno wylanej; o! prośbą daremną

Nie potrzebuję jęczeć: »Wy, bogaci

W promień duchowie, pozostańcie ze mną,

Sieroctwa mego chmurę rozerwijcie ciemną!«

X.

Ona jest przy mnie! Ona, Litość wielka,

W ucieleśnionych objęciach mnie trzyma;

Jak chemicznego rozczynu kropelka,

Wżera się w serce swojemi oczyma.

Piecze ta rana i pierś się rozdyma

Od tłumom sytym nieznanej boleści;

Lice blednieje, jak trawa, gdy zima

Swe przyjście pierwszą śnieżycą obwieści,

Jak kwiat ostatni, kraśnej pozbawiony treści...

XI.

A przecież, patrzcie! Choć mi szarpie łono

Słowo, co z ust jej wsiąka mi do ucha;

Choć mi się zdaje, że cierni koroną

Skroń mi obwija, gdy, niema i głucha

Na rozkosz ludzką (podobna do ducha,

Co, jak mgła wstawszy z łez i ze krwi świata,

Dla jego ciszy jest ciosem obucha),

Wokół mej głowy swe ręce oplata,

W szczęśliwość moja dusza, w szczęśliwość bogata.

XII.

I rozmiłowan w dziewicy bolesnej,

Jak ów kochanek, gdy go złamią zmysły

U stóp wybranej — jak ów powój wczesny,

Kiedy się czepia gałęzi, obwisłéj

Nad jego kwiatem, z którego wytrysły

Zdroje zapachów, zwracam się w jej stronę,

Chwytam się rąk tych, co mi czoło ścisły,

Otwieram usta i oddech jej chłonę,

Choć jeszcze bardziej pali piersi rozpalone.

XIII.

Padam na ziemię i znów się podnoszę,

W pas obejmuję i, patrząc w te oczy,

Gdzie tak siekące skrzą mi się rozkosze,

Całuję usta, gładzę splot warkoczy,

Co się po szyi, by wąż jaki, toczy;

Zginam ku sobie i do serca tulę,

Choć od ran strasznych we krwi własnej broczy;

Na krągłych piersiach rozrywam koszulę

I poję się nagością, jak pogańscy króle.

XIV.

I z warg mi bladych płyną słowa pieśni,

Nie wyśpiewanej dziś jeszcze do końca,

Rozczerwienionej, jak kolor czereśni

Kiedy dojrzeje pod działaniem słońca:

Dziś mnie w swojego przemieniłaś gońca,

O ty jedyna! o kochanko moja! —

Przez ciebie stał się ludzkich łez obrońca

Ze mnie, słabego! Gdzie miecz mój i zbroja?

Do walki staję chętny, dłoń mnie wiedzie twoja!...

XV.

Z wszystkich gwiazd uczuć, co na duszy niebie

Zgasły przedwcześnie, jak meteoryty,

Mam jeszcze, gwiazdo najjaśniejsza, ciebie!

Blask twój, z krwi, z jęków i z głodu uwity,

Pierś uszlachetnia, przemienia w błękity

Głębię ponurą, w której zatopiłem

Zadanie życia mojego, przeżyty,

Chory, złamany, przesycony zgniłem

Powietrzem naokoło... Zgrzeszyłem! zgrzeszyłem!

XVI.

Zgrzeszyłem brakiem płomienistej wiary,

Ty mnie oczyszczasz z śmiertelnego grzechu!

Niech mnie odbiegną wszystkich pragnień mary!

Niech ulatują w szalonym pośpiechu!

Ty w ducha mego dojrzałym orzechu

Pozostań jądrem nietkniętem! Potęga

Łzą zroszonego, jak cyprys, uśmiechu,

Co z ócz twych tryska, niech mi w serce sięga

I spaja jego karby, gdy je świat rozprzęga...

XVII.

O zostań przy mnie, dopóki duch boży

Z niebios zamglonych nie spłynie na ziemię

W dnia jutrzejszego promieniącej zorzy,

Duch, co żebraków naodziewa plemię,

Co karmi głodnych, z barów zrzuca brzemię

Nadmiernej pracy, koi łzy dokoła

Ach! i zamyka źródła krwi; co ciemię

Szermierza, piewcy, myśli apostoła

Uwalnia z ostrych cierni, wieńcząc w kwiat ich czoła...

XVIII.

I dziś od świata nie pragnę nic więcéj,

Choć mnie dotychczas samym poił jadem,

Jak ciągle poi tysiące tysięcy,

Tylko, gdy, zbrojna w zniszczenia dyadem,

Śmierć złoży dłoń swą na mem licu bladem

I co znikome we mnie zamknie w grobie,

Niech dobry człowiek, idąc mogił śladem,

Nad moją w szczerej wyszepnie żałobie:

»Tu leży, co wziął Litość za kochankę sobie...«

XIX.

Nie mogę patrzeć, jak się łamią w boju

Dążeń podniosłych najwybrańsze szyki;

Jak myśl, trawiona żarem niepokoju,

Kończy w rozpaczy, by wichura, dzikiéj;

Nie mogę patrzeć, jak gasną promyki

W serc zawiedzionych spochmurniałej głębi;

Jak tłumią dumnych zwycięzców okrzyki

Jęk zwyciężonych, jak stada jastrzębi

Swe szpony zatapiają w kark słabych gołębi.

XX.

Pali mię surdut niezdarty na ciele,

Gdy ujrzę łachman na plecach nędzarzy;

Widok głodnego gasi mi wesele,

Jeśli się kiedy w mem oku zajarzy;

Chleb staje w gardle, jak ogień mię parzy,

Dławi, jak stryczek, gdy pomyślę o tem,

Że czyjeś życie bez chleba się waży;

Ciepła izdebka zimnym zlewa potem,

Gdy wspomnę, że ktoś kończy na mrozie pod płotem.

XXI.

I z całej duszy złorzeczę porządkom

Świata, że ziaren przepełne ma spichrze

Dla jednych tylko, złorzeczę zaczątkom

Bytu, że nie znikł w chaosu prawichrze,

A tylko zrodził pokolenie, lichsze

Od nędznych płazów — bez serca; złorzeczę

Samemu sobie, że me skargi, cichsze

Od jęków świerszcza, nie dotrą, jak miecze,

Gdzie topią się we własnem sadle żądze człecze.

XXII.

Że nie mam siły, by wstrząsnąć słupami

Tego przybytku, gdzie kadzidła palą

W cześć samolubstwa, gdzie Moloch rękami

Pozłocistemi broni wstępu żalom

Wydziedziczonych; gdzie rozpusta, falą

Zbytku owiana, pieje sobie hymny,

Co w urąganie dla łez się krysztalą;

Gdzie przekosztownej ambry obłok dymny

Otacza jej nagości kształt — na nędzę zimny.

XXIII.

Że sam nie umiem podnieść się do czynu,

Coby kłos zrodził, jak ta płodna gleba,

I wydał napój dla tych, którym płynu

Siłodajnego i strawy potrzeba;

Że tylko rzucam ku sklepiskom nieba

Słowa mej pieśni, jak niesforne dziécię,

O sufit kulki ulepione z chleba...

Tak! pieśń ma tylko została w przekwicie

Tej woli, która w wielki czyn przemienia życie!

XXIV.

Tak! z pieśnią tylko idę w wasze chaty

I opowiadam o wielkiej boleści,

Która zmroziła szałwijowe kwiaty

W ogródku chłopskim... Słońce ich nie pieści,

Mgłą przysłonięte; wicher im szeleści

Dumę pogrzebną, gdy, zwarzone szronem,

Złamane, senne, bez ożywczej treści,

Giną pod płotem; gdy z sercem zmęczonem

Padają, aby umrzeć pod gruszą lub klonem...

XXV.

A cóż się dzieje w tej nędznej izdebce,

Że lud do wnętrza wchodzi i wychodzi

I powiędłemi wargi pacierz szepce,

Lub macha ręką i cicho wywodzi,

Że tak musiało przyjść, że śmierć, jak złodziéj,

Wszędzie się wciska, a już tam najbardziéj,

Gdzie dla niej zdobycz z kłopotów się rodzi,

Z trosk, których ludzie nie uniosą twardzi,

Że śmierć plemieniem chłopskiem przenigdy nie gardzi.

XXVI.

O ścianę, z wapna białego odartą,

Bijącą w oczy poczerniałej gliny

Plamy wielkiemi, chorągwie oparto,

Naokół drzewców zwinięte, o sinéj,

Żałobnej barwie: snać dawnej godziny,

Przed laty, Bóg wie, jakimi, zapewne

Były jak heban; dziś zblakły z przyczyny

Deszczów, co, niby rozżalone, rzewne,

Padały przy pogrzebach, ludzkim łzom pokrewne.

XXVII.

Za chwilę drzewce ujmą dłonie silne

I na wiatr puszczą te kawały płótna,

Na których znaki widnieją mogilne:

Śmierć z kosą w ręku, trupia głowa, smutna,

Przerażająca, pustką ócz okrutna,

Pod nią w znak krzyża złożone piszczele —

Ach! na ich widok dusza, ni dąb butna,

Wzdyć mimowoli zatraca wesele

I staje się, jak burzą połamane ziele.

XXVIII.

Otwórzcie pochód, wy starsi z gromady,

Psalm zanuciwszy, jak nam każe wiara!

Czas już wyruszyć! Nie ma na to rady,

Płynie ostatnia godzina z zegara!

Przy chłopskim wózku chudych koni para

Trzęsie się z zimna, nic im nie pomoże

Wełniana derka, wystrzępiona, stara,

Co je okrywa! Dżdżysty wiatr na dworze,

Jak gdyby łzy drobnemi zlewał śmierci łoże.

XXIX.

Chwileczkę jeszcze!... Modlitwę ostatnią

Nad trumną zmarłej bezzębnemi usty

Odmawia jedna z sąsiadek, co bratnią

Spełnia przysługę z nawyku: »Rozpusty

Nie znała żadnej; nie tonęła w tłustéj

Okrasie życia, więc, o Jezu Chryste,

Co na nas patrzysz z Weroniki chusty,

Przyjm ją do Siebie, przez twe łzy kropliste

Królestwa twego bramy otwórz jej wieczyste!

XXX.

Święty Jakóbie! Pietrze! Wszyscy święci!

Módlcie się za nią!... I my, chrześcijany,

Jak tu jesteśmy, za świętej pamięci

Duszę Rozalii, z zgiętemi kolany

Zmówmy Ojcze nasz... Ty, Panie nad pany!

Ty, Ojcze — Boże, co z wielkiej litości

Z Łazarza zdjąłeś podarte łachmany

I między swoich posadziłeś gości,

Weź duszę tę do siebie, niech się piekło złości!...«

XXXI.

I potem zżółkłe umoczy kropidło

W wodzie święconej i pokropi zwłoki,

Ażeby szatan, z tą twarzą obrzydłą

Baczący pilnie na duszyczek kroki,

Uszedł od zmarłej w piekła dół głęboki:

»Idź precz, zły duchu! Odejdź! nie dla ciebie

Postanowiona! Za tych łez potoki,

Choć ciało zimna mogiła pogrzebie,

Jej duch między owieczki pójdzie spocząć w niebie!«

XXXII.

I »w imię Ojca i Syna i Ducha,

Świętego. Amen« — po trzykroć powtórzy,

Po trzykroć w wodzie, nim się trumna głucha

Zamknie na zawsze, kropidło zanurzy:

Niech poświęcona kropla zmarłej służy

Na ukojenie grzesznych ran, boć przecie

Najsprawiedliwszy w tej ziemskiej podróży

Po siedemdziesiąt siedm razy na świecie

Utyka w jednej chwili... Tak się to już plecie.

XXXIII.

A cóż dopiero, gdy człeka za szyję

Obejmie nędza, pokus rodzicielka,

I krew mu z serca, jak ów upiór, pije;

Gdy mu na piersiach zacięży, jak belka

I tak je gniecie, że odporność wszelka

Nim się, jak z jajka owy ptak wykluje,

Ginie na zawsze?... Lecz twej krwi kropelka,

Chryste, nędzarzy zbrodnie okupuje

I światłość wiekuistą najgorszym gotuje.

XXXIV.

A ona, wdowa po Bartoszu Skibie,

Choć była zawsze, ni święty Antoni,

Kuszony w puszczy przez licho, co dybie

Na przenajczystszych, pod naciskiem dłoni

Ponurej biedy, przecież się uchroni,

Bywało, zawsze od grzechów śmiertelnych,

Z cierniowym wieńcem na zoranej skroni

Szła zawsze śladem bohaterów dzielnych

A cichych, w bój odważny z hufcem sił piekielnych.

XXXV.

Dziś, wyczerpawszy siły do ostatka,

Padła, jak owa skruszona kolumna,

Nieszczęsna żona i nieszczęsna matka!

Oto już nad nią zamknęła się trumna

Niedługo pośród powszechnego gumna,

Co chowa w sobie ziarna naszych bytów —

Śród świętej ziemi wypocznie... I tłumna

Porośnie trawa na grobie w błękitów

Wiosennych blasku, lśniących u niebieskich szczytów.

XXXVI.

Oto patrzajcie! stary Jan, w sukmanie,

Co juścić dawne, jak to mówią, Greki

Zapamiętała, w środku izby stanie

I wszystkie kąty żegna już na wieki

Imieniem zmarłej: »Juścić w kraj daleki

tak nieznany Rozalia odchodzi,

Prędzej od morza cofną się te rzeki,

Prędzej się żyto z kamienia urodzi,

Niż ona wróci do nas« — tak z łzami wywodzi.

XXXVII.

»Żegnajcie, ściany, które ręką własną

Nieraz bieliła! Żegnajcie, obrazy,

Z których ścierała owy kurz, by jasną

Twarzyczkę Matki Najświętszej, bez zmazy

Z Ducha poczętej, oczyścić ze skazy,

Którą nanosił dym lub owad marny!

Juścić te ręce zimne są, jak głazy;

Juścić te oczy, niby obłok czarny,

Na wieki poprzysłaniał ten nasz los bezkarny.

XXXVIII.

Żegnaj, kominku, na którym tę trochę

Codziennej strawy w garnuszku warzyła!

Ty, święty progu, coś widział i płoche

Chwile wesołej młodości, gdy była,

Jako wiewiórka śród boru, i siła

Ciężkich kłopotów, gdy później ta dola

Na te jej słabe plecy się zwaliła:

Żegnaj! o żegnaj! Taka boża wola,

Że już cię nie przestąpi ta nasza kumola.

XXXIX.

Opowiadają i w księgach tak pisze,

A i niejeden z nas, żyjących ludzi,

Sam się przekonał, że wkróś nocną ciszę

Nieraz się zmarły z swej mogiły budzi

I dom nawiedza, gdzie się jeszcze trudzi

Człek mu pokrewny: mąż, żona lub dziécię,

Lecz to się serce nadaremnie łudzi:

W grobie, Rozalio, swą północ prześpicie,

Wszak tu już obcy będą narzekać na życie!...

XL.

Bo któż tu z twoich pozostał w chałupie?

On, z którym wiernie dzieliłaś swe losy,

Mąż twój »poćciwy«, nie żyje! Te trupie

Oczy już dawno wyżarły mu rosy,

A syn?... Nie słuchał, kiedyś słała głosy,

Niby ptak chory, by do gniazda wrócił!

Ha! niech mu wszystko przebaczą niebiosy,

Że cię zakrwawił, że cię tak zasmucił,

Że prawie sam do dołu ciemnego się rzucił

XLI.

A teraz do was, kochani ludkowie,

Zwracam to słowo ze serca jedyne:

Nie ważcie sobie tego w swojej głowie,

Jeśli w niej jaką widzieliście winę!

Przebaczcie wszystkie urazy w godzinę

Tę ostateczną! niech ma spokój w grobie —

Choć nikt nie słyszał, by na kogo ślinę

Jakiej zawiści w swego życia dobie

Rzuciła!... Tę jej dobroć rozpomnijcie sobie!...

XLII.

Żegnamy ciebie, ty nasza sąsiadko

I przyjaciółko, po raz ostateczny!

Po drodze ziemskiej, którą tobie gładko

Przebyć nie dano, idź już w kraj ten wieczny,

Gdzie człek cnotliwy nazawsze bezpieczny!...

Czas już wyruszyć« — tak wyrzecze daléj

Głosem, co niby drży, jak blask słoneczny,

Kiedy się kąpie w pomarszczonej fali —

Do ludzi tak wyrzecze, którzy we łzach stali.

XLIII.

I wzięli trumnę i na wóz złożyli,

Na owe snopki dżdżem zroszonej słomy...

I w tego smutku żałobliwej chwili,

Który, bezmiaru łez ludzkich łakomy,

Stał się na wszystkich obliczach widomy.

»Kto się w opiekę« zajękło w przestworze!...

I szli z tą pieśnią silniej, niźli gromy,

Przenikającą ludzką pierś: ukorzę

Skroń przed nią — znać oddechy stworzyły ją boże.

XLIV.

O niechaj idą! Niech w ten grób głęboki

Dłoń ich na trumnę grudki ziemi ciska,

My w inną stronę zwróćmy swoje kroki!

Spieszmy w stolicę! Do tego ogniska,

Z którego promień nauki wytryska,

Do tego kojca, gdzie cienie ponure

Śród cuchnącego gnieżdżą się łożyska,

Tam, gdzie się puszą zbytki pawiopióre,

Gdzie nędza trędowatą pokazuje skórę.

XLV.

Do tej izdebki wejdźmy, gdzieś pod dachem,

Małem okienkiem patrzącej w podwórze,

Na które oko spogląda ze strachem:

W turmę ją zmienia wązki mur przy murze,

Ciemną, zatęchłą; ten szmat niebios w górze,

Przymglony dymu i pary kłębami,

Podwórka tego nie skąpie w purpurze

Bożego światła; wilgoć mury plami,

Zbyt hojnie ściekająca zbrudzonemi łzami.

XLVI.

Cisza tu straszna... Wszak sabaudczyk kruczy

Z płomiennem okiem, z opaloną szyją,

Na katarynce nawet nie zahuczy

W tym wstrętnym kącie... Czasem się pobiją

Brudne kucharki, co tu statki myją,

Czasem tu handlarz starzyzny się zjawi,

Chwaląc swój towar szorstką litanią

Schrypłych wyrazów, albo piaskarz bawi

Dzieciaki, »pia! pia!« wrzeszcząc, aż się oko krwawi.

LXVII.

Tu Wojciech Skiba, śmieszny w swojej nędzy,

Znalazł w izdebce schron Chattertonowy,

Do lotu chciałby wznieść się stąd coprędzéj,

Chciałby tchów świeżych dla płonącej głowy:

Życie go w ciężkie zakuło okowy,

A on daremnie szuka w sobie mocy,

Aby je zerwać... Piekącemi słowy,

Jak skry, gdy pożar gdzieś wybuchnie w nocy,

Złorzeczy swoim losom, swej doli sierocéj.

XLVIII.

Dziś go nie wabią mistrze w spokój płodni,

Którzy z uśmiechem szli przez burze świata,

Bez nienawiści w płomiennej pochodni,

Bez uwitego z skorpionów bata...

Jak błyskawica jego pieśń skrzydlata

W Lucyferowe obleka się dźwięki,

Szarpie i pali — jak wicher, co zmiata

Czerwone kwiecie z wonnej róży miękkiéj,

Jak ogień, gdy weń rzucą suche drzewa pęki...

XLIX.

»W tym chłodzie życia« — pisał — »w tym więziennym

Mroku snać wszystkie straciłem zapały;

Snać dziś już jestem podobien jesiennym

Szronom, warzącym bławat, pozostały

Z dawnej korony jasnej i wspaniałéj

Serdecznych uczuć... Snać-ci już do końca

Będę, jak człowiek, wiecznie strupieszały,

Przeobojętny na złoty żar słońca —

Z tej winy nie oczyści żaden mnie obrońca.

L.

Tak! sam to widzę, że jestem ostatni

Z najostatniejszych, że straciłem skrzydła,

Co dawniej rwały mnie z poziomej matni

Ku empirejskim niebiosom... Wędzidła

Nakłada na mnie lada czerń obrzydła

I lada zawód hamuje me loty;

I tak mnie ziemskie okiełzały sidła,

Że nie odczuwam wyższej już tęsknoty,

Że łoże swoje ścielę zdaleka od cnoty!...

LI.

Wszak nawet miłość, ta twórcza potęga,

Czystych rumieńców na moje oblicze

Już nie wylewa... Wszak mi już nie sięga

Do głębi serca żadna Beatrycze...

Jeśli się we mnie rozpalą te znicze,

Wtedy o zgrozo! ściekami kałuży

Pragnę je zgasić... O! wtedy słodycze

Nie płyną dla mnie z lilii albo róży,

Mnie wtedy zapach zielska trującego durzy...

LII.

Jak więc widzicie! jestem bardzo szczery,

Niech to przynajmniej winę mą złagodzi,

Ale na Bacha! na brzemię Wenery,

Na ową Pallas, co się zbrojna rodzi

Z mózgu tyrańskich Jowiszów — nie szkodzi

Wpleść i Amora w bóstw litanię całą,

Co waszą Psyche rozlubieżniać schodzi,

Na wszystkie bogi wasze klnę się śmiało,

Żem nie jest tak ostatni, jakby wam się zdało.

LIII.

Nie wszystko jeszcze zmarło czucie we mnie,

Nie wszystkie jeszcze przygasły płomienie!

Mam ja w swem wnętrzu coś, co mi daremnie

Zwierzęce bodaj rozbudza pragnienie:

Oto ja chciałbym, aby straszne cienie

Nad kolumnami waszych świątnic legły

I, kiedy słodkie zdejmie was marzenie,

Aby się zewsząd dzikie hordy zbiegły

I w waszym Panteonie pożogę rozżegły.

LIV.

Gdy się kościołów waszych zwalą szczyty,

Gdy w rumowiska zmienią się ołtarze,

Posąg Jowiszów kopnąłbym rozbity

I w Apollina i Minerwy twarze

Rzuciłbym ślinę ze śmiechem... Tak! w parze

Z szalonym gniewem szedłby śmiech! Na dzieje

Waszego końca jabym w mściwym żarze

Nie łzę upuścił, jak duch, co boleje,

Lecz śmiałbym się, ach! śmiałbym, jak się szatan śmieje!!!«

LV.

I tyle było tej pieśni... W jej sercu

Zamknął poeta, niby w czaszy świętéj,

Krew swego serca: W wiosennym kobiercu,

Co z czarnej roli i z słońca poczęty,

Trującej woni zzieleniałe męty

Łączą się w jedno z woniami zdrowemi:

Tak i w tych zwrotkach... W ich labirynt kręty

Rozlał duch jego między promiennemi

Falami zdrój, co tryska z podeptanej ziemi...

LVI.

Oto w tej chwili do izdebki wrócił —

Zapewne z lekcyi... Zmęczony, wpółsenny,

Upadł na krzesło, książki na stół rzucił,

Odetchnął z głębi; snać trud całodzienny

Zaciężył nad nim, jako ów brzemienny

Obłok nad sercem czystego jeziora —

W czas, gdy się rodzi z mgłami duch jesienny,

Gdy się zniszczenia bezlitosna Pora

Na trawy, kwiaty, drzewa kładzie, niby zmora.

LVII.

Pomiędzy książki sięgnął i papiery,

Które na stole zalegały stosem,

I z ich pośrodka dobył kartek cztery,

Zbrukanych, żółtych; jął czytać półgłosem

Niewprawną ręką, grubo i ukosem

Stawiane słowa; matki to schorzałéj

List był ostatni; niby włos za włosem

Po raz już setny rozbierał ten cały

Różaniec łez, choć serce kraje się w kawały.

LVIII.

A w onym liście było napisane,

Że matkę straszna ogarnia tęsknota

Za jedynakiem i że w sercu ranę

Uczuwa krwawą; że żadna robota

Już jej nie idzie; że jest, jak u płota

Samotne zielsko, odkąd mąż jej stary

Poszedł na wieki; czemu nie dziwota,

Bo juścić zawsze lepiej jest do pary

Tę taczkę pchać na świecie, śród trudów bez miary.

LIX.

I potem dalej w liście opowiada,

Jak niby ojciec umarł ze zmartwienia,

Że na nic poszła wszystka dobra rada;

Że, jak pamięta, to od pokolenia

Nie było w rodzie hańby ani cienia,

Dopiero własny syn na plecy jego

Ściągnął wstyd straszny: juści-ć świat się zmienia,

Że się najlepsi grzechu nie ustrzegą;

Tak wielką dziś na świecie jest potęga złego...

LX.

Nie chciał Wszechmocny udzielić pociechy,

Aby w ornacie stanął przed »narodem«;

Przeto niech wraca do rodzinnej strzechy,

Gdzie niby ona i z chłodem i głodem

Walczyć wciąż musi... Pomoże, swem młodem

Osłodzi życiem starości godzinę...

Wszystko sprzedane; chałupę z ogrodem,

Te po chorobie ostatki jedyne,

Zdołały ledwie ręce utrzymać matczyne...

LXI.

I dalej pisze, jako niby w duszy

Do tego dzisiaj doszła przekonania,

Że kiedy chłop się ze zagonu ruszy,

Książek spragniony, jako deszczu kania,

Tak się wszystkiego zbędzie miłowania

I w grzech popadnie; a gdy robi w ziemi,

To ona ziemia grzeszyć mu zabrania,

Bo przecież każdy powie słowy swemi,

Że ziemię to już można porównać z świętemi...

LXII.

I w końcu mówi, że winy przebaczy,

Niech tylko wróci, bo snać wola boża

Była we wszystkiem, kiedy już inaczéj

Stać się nie mogło, gdy już taka dola

Zawisła nad nią, że jest już ta rola,

Na której żadnej uciechy nie wzrośnie

Kłosek złocisty, ino chwast kąkola,

Tak go znękana, uprasza miłośnie,

By wrócił, nim w jej wnętrzu wszystka siła pośnie...

LXIII.

Lecz on nie wracał... Dlaczego, sam nie wie...

Nie wie, dlaczego nie rzucał stolicy,

Aby przy matce ugasić zarzewie,

Co mu niezdrowo gorzało w źrenicy;

Aby się chwycić pługa i kozicy

I przeorywać te czarne zagony

Pod ciężki zasiew mączytej pszenicy

I, jak Bóg kazał, obfitymi plony

Swej pracy, potem zlanej, karmić miliony...

LXIV.

Widać, zasady tej pańskiej mądrości,

Która na surdut zmienić nie pozwala

Chłopskiej sukmany, nie umiały w gości

Zawitać k'niemu... Heliogabala

Rozkosz, co wnętrze swym ogniem rozpala,

Widać, płynęła mu z wiedzy, że dla niéj

Poświęcał nawet ból matki, co zdala,

Szczęścia ostatniej szukając przystani,

Padała nakształt rannej w samo serce łani.

LXV.

W list się wczytywał i wtedy przed oczy

Tułaczych losów stawały upiory...

I wnet się przed nim wspomnienie roztoczy

Zła, co go pchnęło na dzisiejsze tory,

Wygnawszy z chaty rodzinnej — za bory

I hen! za lasy, jak mówią; za rzeki

I za te góry, tu, gdzie wiądł, jak z kory

Odarte drzewo schnie od słońca spieki,

Ratunku oczekując — ratunek daleki!

— — — — — — — — — — — — — — — — — —

— — — — — — — — — — — — — — — — — —

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Wojtek Skiba (Fragmenty) — Pieśń IWożą gnój →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Wojtek Skiba (Fragmenty) — Pieśń III
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-wojtek-skiba-fragmenty-piesn-iii--jan-kasprowicz-226d9e
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Wojtek Skiba (Fragmenty) — Pieśń III», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-wojtek-skiba-fragmenty-piesn-iii--jan-kasprowicz-226d9e.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.