I opierając się na broni
i upadając z krwawych ran,
szli przez skoszony śmiercią łan —
a śmierć za nimi trop w trop goni...
Usta im pali krwi spiekota —
nad nimi słońca biały skwar...
Podobni cieniom błędnych mar
Szli — jak bezdomna w dal tęsknota...
Żegnali sine braci zwłoki —
Siedmiu ich jeno szczędził los;
Więc szli w oparach krwawych ros
powrotną drogą w świat szeroki...
I opierając się na broni,
krwią naznaczyli drogi szmat...
A śmierć za nimi — w sześćset koni —
wciąż woła: »nie ujdiosz ty brat!«
Już upadając z krwawych ran
wołali jękiem śmierci bladej,
aby dążyła rychlej w ślady
przez zaścielony braćmi fan...
Lecz śmierć — powolnym, trwożnym krokiem
wciąż chytrze skrada się jak tchórz —
i jeno skrycie ostrzy nóż,
nie śmiejąc w twarz im spojrzeć wzrokiem!
Aż opierając się na broni
na wstecz zwrócili hardy wzrok:
już śmierć za nimi — tuż o krok —
polami idzie w sześćset koni!...
Więc widząc, jak się ciżbą tłoczy,
podnieśli broń — i tłumiąc ból,
plunęli śmierci wzgardę w oczy
ostatnich śliną kul!...
Legionowo, w maju 1916 r.