Zbliża się pewnie miesiąc Nep unaNeptuna ponury,
Bo przykre śniegi skrzypią i tłoczą się chmury.
Po skromnym objadku lecz po dobrém winie,
Spoczynku używam,
I godnéj pieszczoty najmilszéj dziewczynie,
Na lutni przygrywam.
My nasze skronie uwieńczmy w opichy,
I na cześć Bacha spełniajmy kielichy.
Lała sługa wino w puchar wielkiéj miary,
Ledwom ręką objął, miał trzy zwykłe czary.
Jak jelonek jeszcze ssący,
Którego matka niechcący,
Pośród boru zostawiła,
Tak ty drżysz dziewczyno miła.
Już czuję wszystkie miłości roskosze,
I na jéj skrzydłach do nieba się wznoszę.
Raz do mnie Amor z toporem skoczył,
I tak ugodził, że aż omroczył.
Z tobą chętnie ja przestaję,
Bo masz miłe obyczaje.
Chociaż, jestem już stary,
Kochają mnie mlodzianiemłodzianie,
Bo opiewam kochanie,
I palę mu ofiary.
Ci méj wzgardy są przedmiotem,
Którzy nie chcą wiedziéć o tém,
Że najmilszą pieszczotą.
Jest niewinność z prostotą.
Częstokroć wawrzyn szczęśliwy,
Łamie gałązkę oliwy.
Ze śmiechem,
Z kielichem,
Dzień minie
W godzinie.
Ah! Patrz się na mnie, bo na nikogo
Tylko na ciebie patrzéć mi błogo.
Daj wody, daj wina, młodzieńcze,
I kwiatów; niech skronie uwieńczę,
Miłości płonę zapałem,
Miłości więźniem zostałemzostałem.
Jak chętnie byłbym lirą, bobyś mnie pieściła,
Albo złotém naczyniem, bobyś ze mnie piła.