Zwyciężył znowu dziś
nową ucztę dziś zastawia
nowe gotuje zabawy
używać będziem razem z nim.
Zwycięstwo!
Hulanka!
Wesołość i śpiew!
Zwycięstwo, hulanka, wesołość,
wesołość, wesołość!
Król!
Monarcho!
Balthazar! Balthazar!
Monarcho!
Poddańczy lud u twoich stóp!
Zdobyty kraj
Opornym grób.
Zwycięstwo!
Zaginął już przekorny lud;
uwieńczył dziś Balthazar król
lat długich, wieków trud.
Położył koniec wolności
Poddańczy lud u twoich stóp.
Dostojni goście,
sąsiednich władcy państw,
patrzajcie na dzieło me:
oto ludu podbitego synowie;
rozsądek przywiódł ich
do tronu mego.
Wyrzekli się walk niepokoju,
pod moje ręce garną się —
poddańczy, wierny lud.
Poddańczy lud u twoich stóp.
— Dziś wielką ucztę zastawiam
dla ludów poddanych mi.
Niech związek nasz
utrwali się.
Wyrzućcie z myśli waszej
pamięć ojcowskich trosk;
wyrzućcie z myśli waszej
pamięć matczynych łez;
bądźcie mężami z własnej woli,
stójcie przy sile mej, —
będziecie silni we mnie żyć.
Twoja wola
Twoja mowa
Twój czyn
Czyn Balthazara
Uczta Balthazara
Balthazar, Balthazar!
Jaki los przypadł nam w udziale:
żelazne obroże; łańcuchy gnębią nas!
gnębią nas
W żelaznych klamrach ręce nasze, nogi nasze
gnębią nas.
Swobody widmo myśli plącze
Czy można być swobodnym?
Czy byłem kiedy swobodny?
Czyli mi źle pod jarzmem?
Dziesiątek lat kark się ugina.
Nawykłem z wiekiem.
Jarzmo ojca dziedzictwem dla syna;
kraty więzienia, wilgotny mur —
pałac nasz.
Kamień poduszką do snu.
Przez dzień
tyranowi stawiamy pałace złote.
Runą pałace złote,
runąć muszą.
Kamienie się rozsuną,
ciężarami poduszą
rozkosze.
Pałace runąć muszą,
kamienie się rozsuną,
ciężarami poduszą
rozkosze.
Z pod gruzów nędza wstanie
i pójdzie w świat
Nędza pójdzie w świat.
Źle mi patrzeć na piękne szaty
Nie dla nas piękne szaty
Źle mi patrzeć na łoże wygodne
Nie dla nas łoże wygodne
Po co kwiaty,
po co kwiaty, po co słońce?
Kwiaty mię odurzają,
słońce mię pali,
żelaza w słońcu palą...
Swoboda — widmo, bajka.
Kto mówi o swobodzie,
ukamienuję,
wyśmieję wolność; daj mi chleba
patrz, śmieję się. — Daj mi wina —
masz pełne konwie,
wystarczy dla wszystkich nas.
Starczy dla wszystkich was.
Wyśmieję wszystko, co mi wyśmiać każesz,
wyszydzę boga — jeśli wierzę w boga,
wyszydzę miłość — jeśli kocham jeszcze,
wyszydzę wolność — co mię jeszcze czeka
za grobem...
Daj mi jeść.
Daj mi jeść — przyszłość daleka.
Daj mi jeść — przyszłość daleka.
Co mi rodzina? Ojców wyszydzę.
Daj mi resztki jedzenia,
nasyć usta spragnione,
ręce mi drżą...
Duszę ci zaprzedaję —
daj mi jeść...
Daj jeść, daj pić
z twego stołu — z twoich puharów.
Precz!
Precz — dalej — precz — dalej
Nie! — — Oh!...
Runą pałace strojne, runą —
runąć muszą — ....
Kamienie się rozsuną,
ciężarami poduszą
rozkosze.
Z pod gruzów nędza wstanie
i pójdzie w świat —
pójdzie w świat... —
Patrzajcie:
dziś duma w prochu
litości zebrzeżebrze u mych stóp.
Patrzajcie... cha, cha, cha...
Niegodni — precz!
Nędza wstanie
i pójdzie w świat.
Cha, cha, cha...
To są synowie dumy,
wyrzekli się ojczyzny —
a gdzie honor? —
Honor każe umierać:
wy jeszcze żywi — chcecie jeść,
chcecie pić,
bez honoru żyć...
cha, cha...
Może on z nas też będzie drwić,
szydzić z nas.
Uczcie się godnie umierać —
przemarnowali całe swoje mienie,
ale ich pokolenie
rozumne
do mnie garnie się.
Rozsądne głosy — ku mnie głoszą się.
We mnie wasza przyszłość,
synowie więźniów,
wierni mi poddani.
Wasi ojcowie niegodnie
zaparli się was,
zaparli się własnych dusz,
zaprzedali kraj. —
Nasz los w twej dłoni,
od twego skinienia,
od twej woli
zależy.
Co to za siła,
co to za duma,
jeżeli ją złamie — więzienia trud?
Taki lud,
to lud sług —
Służcie mi wiernie,
nie będę szczędzić łask,
hojnie obdarzę was.
Hojnie obdarzy ich;
nam ujmie ze swych darów —
dla nas przypadnie mniej.
Hojnie obdarzy nas,
nie będzie szczędził darów
ze skarbów swych.
Obiecujem wiernie służyć,
władco, potężnej twojej koronie.
Przed twoją dłonią schylamy czoła,
pójdziem, gdzie głos twój zawoła.
Pójdziem, gdzie głos twój zawoła,
panie nasz panujący,
miłościwie rządzący
monarcho.
Monarcho!
Twe państwo sięga trzech mórz,
twe berło całe złote
trzech mórz fale poskramia
i nas wiernych zasłania
od burz.
Zasłania od burz.
Twe państwo sięga trzech mórz;
twój płaszcz cały z purpury
groźne chmury przegoni
i nas wiernych zasłoni
od burz.
Zasłoni od burz.
Chwała tobie, monarcho!
My trzej podajem dłonie,
my trzej silni przymierzem,
rozum za boga bierzem.
Zapowiadamy państwo,
gdzie spokojnie poddaństwo
życie przepędzi
przy pracy — przy robocie.
Ludu krocie — rąk krocie
zapomną marzyć,
zapomną śnić
fantazyi złudne obrazy —
precz poezyo!
Precz poezyo!
Słuchajcie wy — synowie więźniów
poezya łudziła za młodu
ojców waszych,
poezyą karmili was,
poezyą żyli.
Dziś trzeba zbudzić się,
zacząć żyć rozumem;
widzieliście nagość ich,
będziecie patrzeć na ich śmierć.
Dziś trzeba zbudzić się
u moich stóp,
a nie ze łzami w oczach
patrzeć na ojców grób.
Ojców żal — niech leci w dal,
a nie do waszych serc.
Poezyo, precz! — Wypędźcie poetów!
My trzej podajem dłonie,
my trzej silni przymierzem,
rozum za boga bierzem,
zapowiadamy państwo,
gdzie spokojnie poddaństwo
życie przepędzi.
Rzucamy ojczystą ziemię,
wygnani;
wygnani rzucamy kraj —
wygnani.
Śpiewałem wielkość ojczystego kraju,
śpiewałem dumę przodków mych,
śpiewałem chwałę rycerskich pokoleń...
...o skały rozbił się mój śpiew.
Śpiewałem czułość ojczystego sioła,
śpiewałem miłość rozkwitającą,
śpiewałem rzewność moich braci...
...o skały rozbił się mój śpiew.
Pieśni pobiegły polami,
przebrzmiały za polami,
nie wracają echami.
Nie wracały lata długie;
już zapomniałem pieśni,
jaka była.
Nieszczęście!
Nieszczęście!
Gdzie moja myśl zgubiona,
gdzie pieśń niegdyś rzucona?
Żegnaj mój kraju, rodzinna ziemio,
przyjmij me łzy, jedyny dar;
idę daleko — przyniesież echo,
jako wspomnienie do nas twój czar —
— Na obcej ziemi znajdę mą nutę,
na obcej ziemi znajdę mój śpiew,
moi wnukowie wrócą za niemi
do swojej ziemi. —
Żegnaj mi kraju rodzinny,
krwi twojej ja niewinny,
przyjmij me łzy.
Precz — precz!
Przyjmij me łzy — jedyny dar,
idę daleko...
idę daleko...
Unieście z sobą żale,
nie znamy was,
nie chcemy znać was wcale.
Precz, precz od nas —
Nie wart nasz kraj miłości,
śmierć nam podaje...
Ty nam podajesz życie,
więc nami rządź,
panem bądź!
Silna władza twoja i twój tron;
połącz nas z twoją siłą —
będziemy silni twoją siłą.
{
BALTHAZAR
Silna władza moja i mój tron,
złączę was z moją siłą,
będziecie silni moją siłą.
CHORCHÓR
Silna władza twoja i twój tron,
połącz nas z twoją siłą,
będziemy silni twoją siłą.
Uwierzę waszym słowom,
zaufam waszej przysiędze,
ale oddajcie mi świątyni skarb
gdzie przeszłość wasza
pamiątki swe ukrywa.
Bierz je, monarcho wszechpotężny,
na co mi pamiątki przeszłości,
gdy nowe życie rozpocząć mam.
Precz z przeszłością — zaprzeczam jej!
Nie miałem przeszłości,
nie miałem przeszłości...
Dla ciebie żyję,
dla ciebie życie moje dam,
w sile twej rozpocznę życie nowe.
Niemiałem przeszłości...
Jest tam puharów mnogo
w skarbach świątyni;
te puhary święte się zwą —
Jako wierni poddani
na znak hołdu
przynieście mi puhary.
Będziemy z tych puharów pić
na naszą cześć.
Te puhary święte się zwą,
do boskiej oddane usługi;
nikt nie śmie tknąć,
nikt nie śmie wziąć.
Wierzycie w czary,
wierzycie w sny,
wyzbądźcie się złej wiary.
Szydzą z was
moi dworzanie —
patrzajcie...
cały mój dwór śmieje się.
Hej, śmiejcie się!
Jeżeli masz odwagę wziąć,
bierz puhary...
Będziemy dzwonić w święte puhary,
nim wstaną wasze groźne czary.
Wasz bóg bezsilny
nie wart pamięci;
wasz kraj płaczący
nie wart pamięci.
Będziemy dzwonić w święte puhary,
nie wstaną święte mary —
przynieście święte puhary!
Świętokradztwo!
Bezczelność!
Przyjdzie kara!
Patrzajcie, idą, niosą,
złoto połyska w słońcu,
kryształy mienią się w słońcu!
Co będzie — patrzajcie!
Ramiona nasze mężne
puhary dzierżą w górę —
gdzie siły przepotężne?
gdzie władze nadprzyrodzone
wyśnione, wymarzone?
Przybądźcie — jeśli macie wolę
jak ja. —
Cha, cha... cha, cha...
Los silny jest,
alem ja silniejszy, niż losu siła,
silniejszy, niźli bóg,
jeżeli był kiedy bóg —
cha, cha, cha...
Szaleństwo go unosi.
Czemu nie szaleć?
Cha, cha... cha, cha...
Na cześć waszego umarłego kraju,
na cześć waszego umarłego boga
niech dzwonią święte puhary.
Tu przybądźcie, prorocze mary,
wydrzeć mi święte puhary. —
Uderzcie w trąby, uderzcie wojenne sygnały,
niech lud mój słyszy cały,
niech głuchnie przy odgłosie trąb,
niech zna,
że niema siły — tylko ja,
że niema woli — tylko ja.
Burza się zbliża
To nie burza.
Co to znaczy — w jasny dzień
pioruny wkoło mnie?
Co znaczą, co stało się?
W jasny dzień
pioruny koło mnie —
co znaczą, co stało się?
Gdzie król — gdzie pan?
Podajcie mi ręce — wasze ręce.
Śmierć grozi — pałac zapada się.
Uciekajmy!
Stójcie, ciemności przejdą!
Ustąpcie miejsca. Tłum się zbija,
nie można wyjść,
rozstąpcie się.
Trwoga nas połączyła
w jedną masę nas zbiła,
zrównała,
w proch rzuciła.
Rozstąpcie się.
Gdzie król, gdzie król?
Kto król — ty król? czy ty król?
Gdzie król?
Gdzie król?
Trwoga nas połączyła,
zrównała,
w proch rzuciła.
Rozstąpcie się.
Jam król,
dajcie mi dłonie —
nikogo niema koło mnie.
Ty król? — ty nie król!
Gdzie korona?
Ty nie masz korony na czole, —
krople zimne potu.
Trwożę się — jam król,
ja byłem król.
Jeszcze drżę, podajcie mi ręce —
Weź rękę — patrzaj, łańcuch mój —
niech zbiorę myśli.
Rozstąpcie się!
Ha! światło!
Światło.
Uciekajcie czary!
Na ścianie ręka pisze
Odwróćcie się — nie patrzcie!
Co pisze?
Nie patrzcie się. Przekleństwo.
Co pisze? co pisze?
Co pisze?!
Kto się pyta?
To król.
Niech patrzy sam.
Niech patrzy sam, niech patrzy.
Nie chcę — puszczajcie mię!
Niech król patrzy —
lub śmierć mu,
śmierć mu!
W promieniach słońca —
po ścianie idzie ręka
i pisze.
Ręka pisze.
Nie mogę patrzeć — nie chcę!
Patrz i mów.
W promieniach słońca —
po ścianie idzie ręka
i pisze...
Co dalej? — mów — co dalej?
W promieniach słońca —
po ścianie ręka drżąca
idzie i pisze,
pisze bez końca...
Co pisze?
Nie rozumiem —
język niewolników.
Nasz bóg, nasi prorocy.
Ich bóg nas gromi
Niech czytają niewolnicy.
Gdzie są?
Gdzie są? — niech szukają
Gdzie który jest
gdzie jesteście?!
Niema ich.
Niema nas.
To ich mowa — chwytajcie,
uciekają — chwytajcie!
Niech czytają.
Uciekli!
Hola straży! (uderzając się w czoło)
Jedna chwila, jedna myśl —
Hola straży!
Jest w więzieniu, w jaskini lwów
człowiek, młodzieniec, więzień
co sny tłómaczy,
prorok.
Daniel!
Twój wróg.
Znam jego myśli i cenię jego myśli,
królewskie myśli w nim.
On mówi prawdę;
ja chcę prawdy — słyszycie!
On twój wróg.
Ha, dosyć już
służalstwa w koło mnie!
Ja prawdy chcę,
nie pochlebstw, ale prawdy chcę.
Niech wejdzie i niech powie —
co mówi jego bóg.
On twój wróg.
Niech wejdzie i niech mówi!
Chcę słyszeć — co mi powie
mój wróg.
To twój wróg, to nasz wróg.
Niech wejdzie i niech mówi
nasz wróg,
czego żąda jego bóg!
Czego żąda jego bóg!
O światło!...
O światło! —
Długo twych promieni złote struny
w mych źrenicach nie igrały,
Nocy cienie mię zakryły przed tobą
dobroczynne światło!
Odwykłem patrzeć
w twarz twą jasną, o słońce!
bogu potężny.
Jak winny
korzę się przed tobą,
jak dziecię
ufne wyciągam dłonie
ku tobie słońce!
Tyś ubierało w złote szaty czyny moje,
tyś je okrywało chwałą;
żyłem w promieniach twych pełen cnót,
czułem się wolny — chociaż w niewoli żył mój lud.
Proroczy głos.
Patrzajcie — postać jego
ku słońcu się podaje,
jak orzeł płynie ku światłości.
Myśl wolna
we mnie żyła,
świętym ogniem pierś płonęła
ku słońcu.
Co mówi? — czy rozumiecie go?
Mój wróg zazdrosny
otoczył mię ciemnością:
w jaskini lwów spędzałem moje dni
o słońce, o światło!
Ja wracam znów do twego blasku
zobaczyć wrogów moich zgon.
Co on mówi? kto go rozumie?
Jak goreją mu oczy —
dwa płomienie!
Jak nocny ptak
rozwinął ciemny płaszcz
nad nami.
Prorokuje.
Prorok nasz!
Grozo —
przestrach w sali!
Patrzajcie, tam na głazie
majaczą straszne wyrazy —
Mane
tekel
fares.
Już śmierci skrzydło ciche
przemknęło po złotych ścianach...
Już bladość zaraźliwa
wesołość z twarzy zrywa,
z rumieńców wije wianki
dla śmierci swej kochanki,
ha, ha, ha...
W tej trwodze dzieje wasze —
śmierci mróz ścina wam krew;
zamiast róż — żałobny śpiew.
Ha, ha, ha,
w tej trwodze dzieje wasze —
śmierci mróz ścina wam krew —
zamiast róż — żałobny śpiew.
O grozo!
Wyście okryli zniewagą
świętości cudzych ziem!
Z cudzych świątyń
wydarta ręką świętokradzką
czara ozdabia wasze stoły —
Na cudzej roli
wyście przyszli urągać prawom ludzkości!
Co ręką boga złączone,
wyście krajali zbójczym nożem —
Przekleństwo wam,
zabójcy matki mojej!
Już śmierci skrzydło ciche
przemknęło po złotych ścianach,
już bladość zaraźliwa
wesołość z twarzy zrywa,
z rumieńców wije wianki
dla śmierci swej kochanki —
w tej trwodze dzieje wasze,
śmierci mróz — ścina wam krew,
zamiast róż — żałobny śpiew.
Patrzyłem na konającą
oczy mi zaschły od łez.
We krwi niewinnej święciłem moją broń,
włożyłem suknie żałobne —
dzisiaj bezbronny — w niewoli.
Zdarliście ze mnie żałobne szaty,
chcieliście pieśni wydrzeć mi z ust —
Jam dla niej w głębi piersi miłość czuł,
ja strzegłem tej miłości,
bo ona świętym skarbem ludów —
wyście mi chcieli wydrzeć miłość matki mej,
bym w hańbie żył.
Potrójnie przeklęci:
przez trwogę,
przez zabójstwo,
przez podły czyn!
Trwożycie się,
w tej trwodze dzieje wasze,
śmierci mróz — ścina wam krew,
zamiast róż — żałobny śpiew.
Precz z nim!
Urąga nam,
to już nie prorok!
Do więzienia!
Na śmierć!
Sam sobie przepowiedział śmierć.
Precz z nim!
Minęła trwoga.
Winien śmierci!
Precz z nim.
Urąga nam,
precz!
Ja nie jestem jak tylko fantazyą,
ja nie jestem jak tylko poezyą,
ja nie jestem jak tylko duszą...
Ale za mną przyjdzie moc,
poczęta z moich słów,
moc co pokruszy pęta,
co państwo wskrzesi znów!
Precz!
Co mówi?
Słuchajcie!
O grozo!
Ja nie jestem jak synem
wyobraźni męczonej.
Zginę — rozwieję się
we mgle waszych snów;
lecz w braci mojej
ja się odrodzę czynem —
wieki żyć będę znów.
Wieki żyć będzie znów.
Twoje siły brutalne
nie przemogą mej głowy:
w jaskini ciemnej
lwy głodne wyciem hartowały
stałość mych cnót;
wróg mi nie zetrze z czoła,
co ręce nieśmiertelne dały.
Próżny trud:
ja prorok z woli Jehowy.
Twa przemoc, siła twoja
niczem wobec mej władzy:
W proch zgniotą cię me słowa;
nie oprzesz się losu potędze:
obaczysz dziś twój zgon.
Fortuny zwrotne koło
w inne ubiegło ręce;
zimna i głodu jędze
uczepią się twych rąk,
nie ujdziesz zemsty mąk.
To mówi wam Jehowa,
to znaczą straszne słowa.
Oto nasz prorok, nasz Król-duch,
jego myśl zostanie w nas!
Paris, Juillet 1893 rp. 24.