Z krynicy ukrytéj w cieniach,
Niewidny z brzegów swych węzi,
Jęcząc po ostrych kamieniach,
Szemrząc przez sploty gałęzi,
Ponik, zdrój, strumyk się sączył.
I na piaszczystéj równinie
Umilkł. — Czy zawód swój skończył?
Wsiąkł, zginął w piasku? czy zginie?
Sądzili różnie — on płynął.
Aż jako sztandar w dzień sądu,
Aniół burz kir swój rozwinął.
I gromem wstrząsnął głąb’ lądu.
Wstrząsł się i strumyk: — i z boków,
I ze dna jego, i z góry,
Wezbrane fale potoków,
Gęste łzy deszczu, i chmury,
Wzmogły go — lecz i zaćmiły.
A gdy jął rosnąć w nurt rzeki,
Cień ponadbrzeżnéj mogiły
Wzdłuż nad nim zaległ na wieki. —
I odtąd w wód swych przezroczu,
Sam jak przepaska żałoby,
Odbija tylko dla oczu,
Pochmurne niebo i groby.
∗
∗ ∗
Ark tryumfu, portyk Nieba;
Rzeka — to jego poziomy
Próg — który przecież przejść trzeba.
U kresów tylko je zbliża
Źródło i cel przeznaczenia:
Jak się myśl grobu i krzyża
Łączy z nadzieją zbawienia.
∗
∗ ∗
Z jednych — choć z góry i z dołu,
Płynie rąk światło i woda.
Źródłu hołd nieście pospołu,
Ono wam wzajem sił doda.
I gdy się rzeka w swém morzu
Bez śladu zmiesza i zginie;
I gdy się w niebios przestworzu
Tęcza w mgłę kiedyś rozpłynie:
To wam u świata na wieki
Niech wspólną pamięć zaręczy:
Że kto się wpatrzył w głąb’ rzeki,
Ku Niebu wzniósł się po tęczy.
1855.