CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaStanisław Wyspiański

Stanisław Wyspiański · Modernismo

Sędziowie

polaco

Twarz się ojcowa łagodzi

a rysa, ta skaza u czoła

zanika w jasnej pogodzie;

ręką podeprze oblicza,

myśli z gonitew odwodzi,

tu wszystkie do czoła skupi;

włos kłębny muska na brodzie

i słucha. —

Patrzę ja w oczy rodzica,

serce się we mnie zaświca

i gram.

Jak ty jeszcze głupi.

On swoje zyski przelicza.

Bracie, mnie jasność przejmywa

i widzę wtedy wskróś serca

i czytam wtedy pisane

myśli na czole ojcowém

i wiem, że są sprawiedliwe.

A gdy się, o brońże Jehowa,

myśl jakaś wkradnie mętliwa,

to zaraz mię serce zaboli.

Muzyka się moja urywa

i ojciec z miejsca podbiega,

bierze mię w swoje ramiona

i pyta: —

Co ci jest? Joas!!? — Skończona

moja gra, ...już skrzypka milczy.

Myślisz ty, że Bóg tobie gada?

Że Bóg przezemnie ostrzega

przed karą, co późna spada.

To ty masz Boga w arendzie?

Ty lichy?

On zrywa się wszędzie;

próżno byś ty nie pozywał

Jego, co sądzić cię będzie.

Ty sędzia?! Ty się pogniewał

na brata? — Brat by cię pouczył

jak to po świecie jest.

Przecie ja widzę.

Wilcza nora tu. Tam ogromne obszary.

Może, bracie, nor wilczych mrowisko?

Wielki świat!

Piękny jest?

Miasta olbrzymy!

Jako Jeruzalem święta,

w ofiarnych dymach owiana.

Wielkie wody, kamiennymi mosty

ujęte.

Lasy całe chwiejące w korabiach.

Sterty domostw, dworów, napiętrzone

a nad wszystkiem snujące się dymy,

co się tobie ofiarne wydają

z fabryk, co świszczą i huczą.

Szum, młotów kucie, warczenie;

ci grajkowie nieustannie grają.

Bogactwo, nędza i — wolność i niewolne pęta.

Więc Sprawiedliwość zwycięża

Złe. Więc Bóg o swoich pamięta.

Każdy dla siebie żyje. Sam się broni.

Słabszy pada.

Więc Bóg mocniejszym oręża

sam dobiera, jako Dawidowi.

Dawid? Bracie? Są prorocy nowi,

którzy więksi niż Dawid.

Są święci?!

Wytrącili harfę Dawidowi.

To są bracie prorocy przeklęci!

Daj Ty Boże zdrowie, dziecko, —

ty mi otwierasz?

Czyście może szli ze śpiewką?

Cóż tak dom mijacie nasz?

Szedłem pod ten dom ze śpiewką;

łzą i krwią zbryzgałem twarz.

Z waszych oczu krew pocieka

i na włosach krew?

Mnie za progiem trumna czeka

a was Boży gniew.

Odejdź! —

Czegóż ty włóczęgo

na mnie srożysz brew?

Patrzę, jak się gady lęgą.

Ty mnie znasz!...

Znam i nie znam. Kto pamięta?

Dawna rzecz.

Pamięć dręczy mnie przeklęta

Dwadzieścia lat wstecz.

Tyś to gazda?

...Dola święta!

Mnie tyś wygnał precz.

Odejdźcie, — wyście napici.

Ja bólem, goryczą pijany.

I złość wilcza, co z oczu wam świci.

Ty strachem napiętnowany.

Żeście sami mienie mi sprzedali.

Żeś mię gnębił biedaka, — lichwiarzu.

Żeście własną sprzedali rodzinę.

Żeś mi dziecko pohańbił w niewoli.

Żem przygarnął sierotę dziewczynę.

Że ssiesz wszystką jej pracę i siłę,

jakeś ze mnie wyssał własność moję.

To ją zabierz i idź przedajniku.

Musisz zwrócić jej wszystko zgrabione.

Więc niech z ciebie zedrze, coś przetrwonił,

coś pod płotem gnił.

A Bóg mię chronił.

Bóg mię chowa i mścić się pozwoli.

Chcesz pomsty?

Ja cię mam w sieci.

Kajdan na ręce? —

Chcę tobie kajdany.

Jak mię ty sięgnąć chcesz?

I ty masz dzieci!

Dzieci!? Słuchajno, ty szczwany;

bo się język do mowy nie kleci.

Ja już gotów największe ofiary

dla dzieci...

A ja chcę kary! —

Co ty wiesz?! Czego żądasz!?

Zapłaty!!

Dam ją, jakem nad cię bogaty.

Bierz...

Przyjmę tylko w równości. —

Czasy przyszły, że jako przed laty,

my ze sobą gadamy w szczérości.

Tyś mnie zgrabił! —

Tyś na mnie nastawał!

Chciałem zabić.

Więc miałeś więzienie.

A w więzieniu znalazłem sumienie:

jakto tyś mą duszę zaprzedawał,

jak ja tobie oddałem chudobę

i rodzinę i dziecko i mienie.

Mam papiery.

Krzywdy dokumenta.

Dałeś rękę.

A ot niech przeklęta!

Ty, — no — choćby to i słuszność twoja,

to, co z tego? — Ty się tak nasrożył,

jak kot dziki, — a ty kot chowany.

Tyś mnie wspomniał karę i kajdany

i mówisz, nie chcesz na rękę pieniędzy?

Nie chcę.

A tyś je zawsze brał.

To ja się podlił.

A teraz ty co?

Ja się wymodlił;

tak mocno w piersi bił, serce rozkroił

i czytał w nim, jak z ukazu:

coś ty człowieku jest, — coś jest,

i ja się uzbroił

na ciebie. —

Widzisz tu, medalik święty

u różańca, aż z Bohorodczanów,

na odpuście.

Blaszka.

A ten wzięty

z Rohatyna.

Cóż to wszystko?

Wszystko poświęcane

na czarty, złe duchy, złoczyńce,

kiedy zejdzie śmiertelna godzina.

Ty sam jak stary czort.

Ja czort święcony. —

Doczekasz ty, — jaką ja niedolę

na cię zwlokę, — za moją sromotę

i za córkę, za dwór, łąki, role;

że ty pójdziesz, tułacz, kij tułaczy

w rękę. — Ty... poznasz, co znaczy

nieszczęście, — bo nieszczęście to ja.

Ja tu w domu. —

Czy skończyłeś te twoje konszachty?

Z Jewdochą?

Nie z Jewdochą.

Popisałem już wczora kontrakty.

Żebyś ino nie odszedł z darmochą.

Jakto?

Że się wadzisz z tą płochą.

No już ona nie zda.

Zdadzą inni.

Stary?

Myśmy powinni

się strzedz.

No, tego pijaka.

...Ojca!

Ojciec?! To jego trza kupić.

Nie można. A ty się ogłupić

dziewce nie daj.

To jedno potrzeba:

żeby oni oboje nie mówili

ze sobą.

Trza tejże chwili

jechać. —

No a — co z nią? — —

Z nią się zgodzić.

Jak się zgodzim...

To nie będzie szkodzić.

No to zmilknie. Potem ja wyjadę.

Może stary wróci do więzienia

znowu? — —

Ino, że jak tu tę zdradę

przygotować...?

Trzeba myśleć... —

Obmyśleć.

Wykonać.

Ja...?!

Ty! — !

A rzecz przysądzić...?

...Innemu.

Komu!?...!

Juści niewinnemu.

To nic. — Macie ojciec kogo?

Tybyś więc, —?! — ?

Juści, — no a czemu?

Ty się nie ulękniesz w czynie?

Nie. — —

A Bóg...?

To chwilę — a potem strach minie.

...Jéwdocha!?

A no juści Jéwdocha.

A wiesz ty z czém ja przychodzę?

Coś się ze starym swarzycie?

Ja cię chcę kupić.

Zaś wam ta znowu po dziwce?

A wiesz ty, że oni są chciwce,

choćby cię z duszy ołupić?

Ano są moje panowie.

A wiesz gdzie twoi ojcowie — ?

Cóż wam to o ojców się pytać

przyszło? — ...Pomarli matusia.

A ojciec...?

Matuś poklęli.

Ojca!?

Na czarciej służbie.

Niemów, — psie!

Wy co, stary sęku?

Do mnie — — — ?

...Jak ja na ręku niańczył dońkę...

A — ...co? — Wyście znali

ojców, — żeście ojcowali?

A ty była zamożna, bogaczka.

A co, — — gdzie? —

Tu, na tym dworze.

A dzisiaj ja posługaczka

licha.

Gaździonka!!

...A może. —

I tobie się nie cnie?

Bom nie znała

a choć co wspomnę niekiedy,

to się widzę tu u proga mała,

wylękła, — co ktoś mnie goni,

ot tak z ręką na mnie zamierzoną;

chce tłuc i z taką czerwoną

twarzą, co ogniami pała, —

— ktoś mój,...

tobym rękę dzisiaj całowała,

co mnie biła,... bo swoja...

Dziecko!!!

To wy!! — ?

...Ty poznała!

Ja nic nie wiem i cóż mi poznanie?

Co mi dawne, co mi spominanie?

Człowiek ślęczy i próżne łzy roni,

co się stało, już się nie odstanie.

Można się mścić.

Komu wola.

Ty możesz.

A ja nie mściwa.

Choćby o tę krzywdę twoję.

O moją, to ja wiem, — to prawo moje.

A ty, ty, — ty się sprzedała!!

Nie!!!

Ty podła, ty...

— — — Ja kochała. —

A ty wiesz okrutna przeklętnico,

coś wyrzekła? — Kogo ty kochała?

Że ty nie warta żyć?

Widać nie warta.

Bo to moje życie jedna nędza.

Ino mi choć miłość co dała,

kochająca, — żem dziś pokutnicą.

— A tam to mi droga otwarta.

Z kościoła cię wyżenie ksiądz,

bo ja ciebie oskarżę do księdza.

Skarżcie.

Aż ty na kościelnym progu,

wypchnięta będziesz się wić, —

niewstająca, aż kiedy się Bogu

spodoba.

Ja niechcę żyć! —

Ty bluźniercza, ty się chcesz uchylać

od życia, imać noża, powroza?

A chcę.

Jakim ty czołem?

Spokojna.

Potępiona, o zgroza!

Nie groźcie wy mnie księdzem, kościołem,

bo jakbyście grozili nad trupem,

nad grobową przykopą i dołem.

Już nie długo mnie.

Dyablim łupem

chcesz być, chcesz iść w zatracenie?

W niepamięć, — to i wszystko się skończy,

żebym jako wszystko zapomniała,

żebym zbyła i dusze i ciała, —

bo choć ciała zbędę, żywiąc duszę,

ból zostanie i wszystkie katusze.

Opętana!

Ja we snach się widzę,

na czyścowe czeluście zepchnięta

a w koło od jęku duszek

zawierucha wyje strachem zdjęta;

przelatują języki ogniste

i sieką dusze nieczyste.

A na samym dnie, na głębi,

w powrozy zakuty z płomieni

ktoś, jak wy, za mnie wtrącony.

Może wy? — Mój ojciec?

...Palony!!

Ja!!? Co ty straszna widziała — ?!

ty w jakieś piekielne łony

zaszła? — I byłaś u księdza?

Nie.

Złe nie dało, nie śmiałaś.

Teraz niechcę.

Ty się chronisz od bożego stoła

od księdza, od kościoła?

Kościół, ojcze, nie jedyny

Boży dom.

Znaszże ty inny?

Śmierć.

To śmierć cię woła!

Cięży tobie twój grzech.

Nie mam winy

ani mi cięży grzech, — źle mi na świecie!

Oto wszystko, — co się odemnie dowiecie.

A że mi to jest źle, że serce strute,

że mam ręce, jak w więzach, zakute

a na czole znamię wypalone

wstydu, — i że kocham i że nienawidzę

i że płaczę, że jęków się wstydzę,

że wstręt targa mną i w nim żyć muszę,

żem w bezdroża te zagnała duszę,

że mi się próżną zda ulga z kościoła,

to może prawda już, że śmierć mnie woła.

No — ? Cóżeś tak upadła?

Nie rusz mnie.

Pobił cię? — Wstańże! — Co — ?

Nie rusz mnie.

Cicho!

Bom jest we złości rozjadła.

Co, — ??!

Skończ ty ze mną raz!

Na co — — ? Ty chcesz?

Gdzie ty jedziesz!?

Ty przecie wiesz.

Ty się żenisz!

A kto ci powiadał?

Ja wiem. — A, a jak się mienisz. — —

No to i cóż tobie — ?

Ja to zły?

Cóż mi ta...

No to co ty chcesz — ?

By się wszystko raz ze mną skończyło.

No... czekaj...

Nie chcę!

Gadać nie dasz.

Nie trza! Po próżnicy.

No to?

Stój ty!

Cicho! — — Czego?

Śmierci!! —

Cicho! Cicho!

Zabij mnie ty.

Co ty gadasz? Cóżeś ty słyszała?

Kto to mówił?

Co ty się boisz? — Czego?

Co ty powiedziała? — Co to?!

Skąd? Jak?

Ot z podszeptu złego.

Zabij mnie ty!!

Co to? Kto szeptał? Ty nas słuchała?

Kogo? — Ty tchórz, — ty, ty — podły! —

Niechby ręka tobie w strachu drżała,

ty musisz.

Cicho!

Zdam, powiem, rozkrzyczę,

co wy oba z ojcem za przekupnie,

jak wy ludzi w światy wywozicie

na przedaj.

Cicho!

Jak ty twoje dziciędziecię

kazał mnie dusić. —

Cicho!!

Zabijać!

Ciebie zamkną!

Z tobą, z tobą zwiążą.

— Głupia ty! —

Jak ty mnie truć się dał, gdym zaszła w ciążą.

Ty... ty... kłamiesz! kłamiesz!!

Co? — — Teraz ty się łamiesz

w sobie z tą myślą zbójecką. —

Zabij! Zabij! — Ja tego chcę, —

zabiłam dziecko! —

To jego płacz słyszę okropny,

tak okrutliwie żałosny,

że gdzie spojrzę, to widzę te oczy,

jak się one ku mnie patrzają,

jak płacze, jak łka, jak te ręce...

Te mnie mściwe oczęta ścigają

i tak żyję w tej morderczej męce

wciągle myślą przy dziecku, przy zbrodni.

Okrutnica, — jędza, ja zabiła!

Cicho! — Cicho! — Ty szalona! —

Posłyszą...

Ja kryć nie chcę, nie umię,

ja uszy mam pełne płakania,

tego dziecięcego krzyku.

Wszędy je widzę, jak kona,

oczka zawraca ku mnie.

Szalona ja. — Zbójczyni szalona!

A ty łotr!...

Cicho!

Ty, — to już — co ty chcesz — jak chcesz...

...cicho...

Jak ty moją zatraciłeś duszę.

Zabij — —

Chcesz...?

Chcę. — — Musisz.

...Muszę...

A potem ty się żeń z tą ręką krwiącą.

Okropna ty, — okropna — —

Będzie mi Spokój Bóg, jak w dół mię wtrącą.

Jedzie Jaś, jedzie Jaś

jużem go poznała.

Wywija chusteczką,

com ci mu ją dała.

Wywija chusteczką

od samego złota,

com ci mu ją dała,

uboga sierota.

Joas! Joas!! — —

Ojciec, wy co?

Zamilknij, dziecię kras.

Niepatrzaj ty, nie słuchaj.

Co tam — ?

Niezrywaj się, nie ruchaj.

Przytul się do mnie, skłoń tu głowę.

Ojcze, jak oczy twe surowe?

Jakie w twych okach iskry gorą?

Co oni — — ?!

Szczęść twego ojca to wydzierce;

na męki moją duszę biorą.

Ojcze tam brat był.

Tam morderce!

Może się krwawią zemstą skorą?

Ach ojcze, twoje bije serce,

jako kowadła zegarowe. —

Ty uciekaj, uciekaj.

On uciekł.

On nie ucieknie. Ty uciekaj.

A gdzie?

Do miasta, do miasta.

On winien. Mówi Pan:

piorun was spali.

Za wasze zło, któreście tu posiali!

Mówi Pan: gradem wybiję,

wszystko plemię, co żyje;

w godzinę zwalę.

Mówi Pan:

on jest zbrodzień.

On winien!!!

Ach!!!

Ojciec!!!

Gdzie on jest?

Niby tego, omdlał.

Ta co?

Tu go niema.

Cicho! —

Cicho.

Tu go niema.

Tu go nie ma.

Te oczy patrzące we mnie.

Ty nie umieraj. Tyś jest Mozart,

tyś jest Rubinstein, tyś jest Joachim,

ty nieumierajnie umieraj, tyś jest tysiące tysięcy,

ty skarb, ty mój skarb, ty pałace, ty raj,

ty Eden, — ty żyj.

Słyszycie? — Gra skrzypka, gra, — jego skrzypka gra.

Umarł — umarł.

Pozwólcie wy mnie?

Ty graj, ty grajku mój — ty graj.

Puśćcie go wolno.

No ja winien tej śmierci

a Bóg mnie winien

tę śmierć — Bóg mnie to winien!

Niewinien ja, wy sędzie moi

a winien dziewięćkroć, tej zbrodni;

synowie gnębią mię wyrodni;

przed wami nędzarz stoi.

Oto mię dziecię — syn piętnuje

przed Bogiem w słowach grzechu.

Oto mię drugi, pierworodny

hańbi trwogą...

Sędziowie! Mojej duszy dzieło,

z tych moich myśli się poczęło,

przeciwko mnie powstaje!

Prorok się wskrzesnął w dziecka duszy,

niepowstrzymaną dłonią kruszy

nieprawość. — Sąd wydaje.

O sądzie. Sędzio, godzisz we mnie.

Mnież paść pod gromem ciosu

a niezbłaganą wolą Losu

ty sam padasz nikczemnie.

Ojcać winnego padło podać.

Już wstawasz Dawidowy;

wspiech cię dosięże grot Saulowy;

w ojcowych rękach tobie ginąć...

Nieprawość była to.

W moichże rękach życie gaśnie,

lampa w dłoniach rozpryska

a ogniów strasznych łuną krwawą

w sumieniu światłem łyska.

Lęku i trwogi mej zjawiska

stały się żywą jawą.

O Absalonie mój! —

Jahweh, Jahweh!

Mnieś zabrał dziecko moje.

Jahweh! Jahweh!

Mój skarb, u moich stóp. —

Przysięgi Twoje: kłam.

Przeczżeś przysięgał nam,

że ziemi władztwo dasz?

Ty Bóg! — Ty był nasz!

A oto walisz twe proroki

i bijesz syny?

Ty Bóg, coś zwalał Filistyny,

dla nas prawując wyroki;

coś się zatulał w obłoki

na Horeb, na Synai

płomienną szat kolumną,

jak wódz; coś wały morskie kroił.

Przed Tobąże padał na twarz

mąż, co zdrojem ze skał

w spiekotę pustynną poił.

Jahweh! Jahweh!

Za ciężki mój grzech

upadam w proch, na kolana,

i głową uderzam o próg.

Jahweh! Ty Bóg.

Wszechmocność posiadasz Pana.

Ty, coś Twego sługę Abrahama

powołał przed stos ofiarny

i żądał ubroczyć pierwaka,

spłodzonego z Sary Izaaka,

wejrzyj na dom mój cmentarny,

gdzie wybiła śmiertelna godzina

i wyrzec Słowo

nad ojca głową:

że chciałeś zabrać mi syna.

Miejsca! —

Pokój temu domowi.

Na wieki wieków.

Pochwalony Jezus Chrystus.

Na wieki wieków.

Niby tego. Amen.

Sigue explorando

Por su autor
Stanisław Wyspiański · 91 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Samuel Zborowski (Wyspiański, 1910)Serdecznie Ci dziękuję za list (do Stanisława Eliasza Radzikowskiego) →

Expediente

Autor
Stanisław Wyspiański
Título
Sędziowie
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-sedziowie--stanisaw-wyspianski-0b7178
Cita recomendada
Stanisław Wyspiański, «Sędziowie», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-sedziowie--stanisaw-wyspianski-0b7178.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.