CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Salve Regina (Kasprowicz)

polaco

Zawitaj, Pani świata,

niebieska Królowa,

witaj, Panno nad Panny, gwiazdo porankowa.

Wieniec Twą skroń oplata,

zwity z promiennych liści:

o niech się w nich nadzieja biednych ludzi ziści!

Biała, jak śnieg, Twa szata,

a z białego-ć łona

lilia Twą czystością rośnie ubielona.

A wąż, który na ziemię przyniósł śmierć, przez Ciebie

został podeptan na wieki —

Salve Regina!

Milczcie!

Nie do was idzie wielkie objawienie

od skalnych brzegów

tajemniczego jeziora,

nad którem okrąg zachodniego słońca

w olbrzymią, wiekuistą rozlewa się falę.

Nie dla was płynie pieśń,

co się w płomiennym urodziła krzewie,

święta, jak ranek wiosenny,

albo jak wieczór jesieni,

zapadający nad ciszą ugorów,

nad zwiędłą czerwienią drzew

i ponad próchnem pochylonych krzyży!

Nie! nie! śpiewajcie ją wszyscy:

wasze to tchnienie i wasza to krew,

wasze to serce w tym śpiewie —

Salve Regina!

Bliżej! bliżej!

O nie uciekaj przede mną,

ty rozmodlony pogłosie!

Wypełniasz cały świat

swoją przedziwną melodyą,

a przed mą duszą ciemną

jak gdyby stanął nieprzebyty mur,

o który się rozbija twój rozlew potężny

i głuchnie...

Poco ten przestrach i poco ten lęk?

Ponad głębiami nocy,

nad skrajem uśpionej ziemi,

odblasków niewidzącej, które idą z Życia,

smug się rumieni ognistego złota

i w jednej chwili ogarnia przestworza.

A k’niemu idzie Tęsknota,

jak druchna boża,

w wianku z oliwnych gałązek

i z wielkim, czarnym krzyżem na wątłem ramieniu.

A w nim, w tym blasku, w tem ognistem złocie,

pali się milion dusz,

których tutaj dawno zgasła wieść.

A każdą wieniec oplata,

zwity z promiennych liści —

nadzieja biednych ludzi w jego skrach się iści.

Biała, jak śnieg, ich szata,

a z białego łona

lilia ich czystością rośnie ubielona.

I każda węża głowę

depce swą białą stopą

i z lutnią naciągniętą na tony wieczyste,

śpiewa przesłodki hymn,

zasłyszan ongi — tak dawno, tak dawno,

ażeby o nich wieść

zagasnąć miała czas —

hymn przenajświętszy:

Salve Regina!

Ziemio! ziemio!

Tęsknota chodzi po tobie

w wieńcu z gałązek oliwnych

i z wielkim, czarnym krzyżem na wątłem ramieniu.

I krople potu roni

i, dzierżąc kielich goryczy

w białej, zmęczonej dłoni,

klęka co kroku w swej drodze krzemiennej,

i modli się, i płacze, i wzdycha, i modli...

A jej modlitwy i łzy

i te westchnienia głębokie

co krok się w przędze zmieniają pajęcze,

jak one włókna jedwabne,

porozwieszane na rżyskach

w październikowe dni

i na kończynach więdniejących traw —

na całym tym ogromnym, rozległym obszarze

mrącego świata...

O, wy, modlitwy i łzy!

O, wy głębokie westchnienia

naszej samotnej Tęsknoty,

poklękującej na krzemiennej drodze,

z kielichem goryczy w dłoni

i z czarnym krzyżem na wątłem ramieniu!

Zmieniacie w mgły się pajęcze

i, otuliwszy jej postać

w swoje rozwiewne przędze,

czynicie z niej by obłok, wstający z poranku

na wielkich obszarach świata,

i rwiecie ją z sobą do góry!

O wieńcu z gałązek oliwnych!

W wieniec przemieniasz się złoty —

w promienny wieniec gwiazd —

na skroni naszej Tęsknoty

i nad głębiami nocy świecisz, niepojęty!

O ty kielichu goryczy,

z twardej wykowan miedzi!

W alabastrową przemieniasz się czarę,

na zapomnianym ustawioną grobie,

pełną słodkiego napoju wieczności,

i do bezmiarów rośniesz niepojętych,

i sam się w napój rozpływasz,

i swoją wonią przepełniasz

duszę biednego człowieka!

O krzyżu na wątłych ramionach

naszej serdecznej Tęsknoty,

wraz z tobą dźwigającej tajemnicę bólu!

W skrzydła się zmieniasz anielskie

i wnet ją niesiesz ku blaskom,

lśniącym nad nocy głębiami,

ku onym dusz milionom,

których tutaj dawno zgasła wieść.

Tam lśni jej biała szata,

a z białego łona

lilia jej czystością rośnie ubielona.

I depce węża głowę

swoją promienną stopą,

i z lutnią, naciągniętą na tony wieczyste,

śpiewa przesłodki hymn,

zasłyszan ongi, tak dawno, tak dawno,

że miała zgasnąć czas

owa szarpiąca wieść

o tajemnicy krzyżowego bólu —

śpiewa swój hymn przenajświętszy:

Salve Regina!

Milczcie!

Nie do was idzie wielkie objawienie

od skalnych, cichych brzegów

tajemniczego jeziora,

nad którem czarne cyprysy

cicho schylają swe głowy...

Milczcie!

Płaczem i jękiem,

urodzonemi z nicości,

nie zakłócajcie tej pieśni,

którą śród dusz miliona

z białą lilią u łona

wieczysta śpiewa Tęsknota.

Nie! nie! śpiewajcie ją wszyscy!

Wasze to życie i wasza to krew —

ta pieśń wstrząsająca,

która swym świętym pogłosem

nie o świątynne łamie się sklepienia,

ale przez pola idzie, wielkie pola,

i zmartwychwstanie zmarłym daje kościom,

i we wiosennym uśmiecha się blasku,

i śnieg na łąkach roztapia,

i zwiędłe trawy w świeżą stroi zieleń.

Dlaczego płaczesz?

Nędza jest wszędzie!

Nędza w miłości i nędza w cierpieniu!

Łam się!

Nie masz spokoju?

Rozpękające drzewa twojej ziemi

nie przywabiają cię woniami swemi?

Uciekasz przed się, aby szukać ciszy,

która twe serce usłyszy?

Nędza jest wszędzie!

w twem sercu jest nędza

w tychi w tych zwaliskach zagasłego świata,

na które patrzysz zadziwionem okiem

nic — tylko nędza!

Patrz! patrz bez końca!

Patrz na ten odblask ginącego słońca,

którego czerwień zalewa te łuki —

te poszarpane arkady,

te widma kolumn

i te dalekie kopuły!

Nie masz spokoju?

Wre w tobie echo pradawnego boju,

z którego wyszła zwyciężczynią Śmierć?

Jej-li to sztandar powiewa ogniami

nad tym rozległym, krwawym widnokręgiem —

tam, nad tym gajem cyprysów i pinij?

Łam się i patrzaj! folgi nie daj oku!

Z bezdennych głębin wieczystego mroku

jakiś wyłania się potwór!

Cicho, powoli

nietoperzowe rozpościera błony,

zakrywa zorzę ich ciemnią

i rośnie...

I kulistymi dwoma płomieniami

swych nieruchomych źrenic

patrzy ci w duszę i błony

nietoperzowe roztacza

i rośnie...

I grube wyciąga ramiona,

i kulistymi dwoma płomieniami

patrząc ci w duszę, w otchłań ludzkiej nędzy,

w to nieustannych gniazdo niepokojów,

podważa glob ciemniejący —

Salve Regina! —

do piersi go tuli kosmatej

i miażdży — — —

Czemu uciekasz?

Czemu w przestrzenie dążysz, jak ta plewa,

którą wichr porwał z wymłóconych kłosów

i pustą rzucił w pustkowie?

Boże!...

Czemu uciekasz, jak ten blask gasnący,

gdy się rozprasza w ciemnościach?...

Nikt cię nie kochał?

Nikt ci krwawego nie otworzył serca,

abyś w niem duszę zanurzył

i, wykąpany w jego krwi płomiennej,

mógł wszechwidzącą odczuwać źrenicą

drgania tęsknoty i bólu,

rozlanych w wielkiej, świętej duszy świata?

I sam tęsknotą i bólem

drżeć niby harfa eolska,

z słonecznych stworzona kryształów?

Drżeć niby świat ten ogromny,

przeczuwający

nieskończonego bytu promienistość,

przez ból idącą, przez wielkie cierpienie?...

Boże!...

Nikt cię nie kochał?

A ty, czyjąś duszę

tak umiłował, abyś mógł zapomnieć,

że jest granica między złem a dobrem?

W czyjeś ty serce spojrzał z taką wiarą,

aby jej siła mogła ci je rzucić

do twoich stóp nieskalanych?

Do stóp bożego wybrańca,

co serca podnosi

i twórczem swem tchnieniem,

nieskazitelnem i wiecznem przez miłość,

pył z nich otrząsa i zbawia?

Co je podnosi nad wzlot własnej duszy,

nad ból swój własny i nad swą tęsknotę,

i — niby święte tajemnicze słońca,

uwite z błysków przeczuć,

powstałych z Stwórcy i dążących k’Niemu,

pomiędzy gwiazdy je rzuca,

by niestrawionem promieniały, światłem?

Nigdyś nie kochał?

Łam się!

Pomiędzy sobą a morzem miłości,

huczącem pieśnią potężnych zapomnień,

i przepotężnych pożądań,

i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,

i uświadomień potężnego szczęścia,

sameś piekielną budował opokę.

Rozbite ciosy swej duszy

na samolubny znosiłeś Babilon,

albowiemś sądził, że jesteś sam jeden,

i że nad ciebie nie może być — życia.

I wówczas Szatan stawał na twej wieży,

śmiał się ku tobie oczyma Pokusy

i, pełną kłamstwa czarą swych przyrzeczeń

ubezwładniwszy twą duszę,

kazał ci jedno: abyś kochał siebie!

kazał ci jedno: abyś wierzył w siebie!

kazał ci jedno: abyś zbawiał siebie!

I kłamstwo było i niemoc

w twoich akordach, co wielbiły miłość!

I kłamstwo było i niemoc

w twoich akordach, co głosiły wiarę!

I kłamstwo było i niemoc

w twoich akordach, co brzmiały nadzieją!...

A poza tobą — jak blizko! jak blizko! —

huczało pieśnią potężnych zapomnień

i przepotężnych pożądań,

i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,

i uświadomień potężnego szczęścia

to wielkie, święte, jasne, nieskończone

morze miłości...

Łam się!

A gdy w odległych przepaściach twej duszy

jęły się budzić echa tego Słowa,

co w płomienistym rodziło się krzewie —

kiedy od brzegów tajemniczej wody

szum dolatywał przedwiecznych objawień,

poszeptujących tajemniczym głosem,

ażebyś kochał — cierpieniem,

naonczas Szatan tę twoją opokę,

twój samolubny Babilon,

w Górę przemieniał Oliwną.

I w szacie Zbawcy,

z Sfinksa obliczem, na którem wyryto

nieodgadniętą zagadkę boleści

i rzeczy przyszłych dalekie widzenie,

pełne wyrazu smutku i tęsknoty,

klękał w oblaskach księżyca,

na współczujące słaniał się rozłomy,

z rąk anioła brał kielich,

krwawym zlewał się potem,

modlił się i płakał i wzdychał i modlił...

A gdzieś od strony Jeruzalem nędzy,

gdzieś od Syonu zbrodni,

od źródła i ujścia bytu,

gwar przypełzywał na łunach,

urągających wieczystemu Światłu,

pozapalanych, aby przyćmić Jasność!

I rozchylały się gałęzie drzew,

i z chrzęstem łamały się krzewy,

i żwir się zsypywał po zboczach,

i w krwawych ogniach pochodni,

pozapalanych, aby przyćmić Jasność,

urągających wieczystemu Światłu,

tłum się wyrzucił z Judaszem na czele...

I, obdarowan pocałunkiem zdrady,

brał krzyż na siebie, wielki, czarny krzyż,

i na Golgotę po krzemiennej drodze

szedł twój Kusiciel —

jak twa tęsknota

szedł, modlił się i wzdychał i płakał i modlił.

A potem — w przepaść rzucił czarny krzyż,

w bezdenny rozdół szumiący,

i, zolbrzymiawszy, legł na twej Golgocie,

na Babilonie twej duszy.

I rozkrzyżował ręce

i, w strasznej, cierniowej koronie

na zolbrzymiałej głowie,

przygasającym patrzał na cię wzrokiem,

tak przenikliwym i smutnym,

żeś modlił się i płakał i wzdychał i modlił...

A na zachodzie

płonął krąg słońca,

ogromny krwawy krąg,

przecięty ogromnym obłokiem,

i rzucał ogromny

cień Kusiciela,

skrzyżowanego na twojej Golgocie,

na Babilonie twej duszy,

i topił świat w jego mroku — — —

Zaś gdy cię złamał ból,

gdyś sam się słaniał na głazy,

kiedyś brał kielich goryczy

i Judaszowej pocałunek zdrady

na swoich wargach odczuwał,

wówczas się zrywał z opoki,

stawał przed tobą, okryty

ciemną purpurą nocy,

i wzrok utkwiwszy szyderczy

w twych oczach, obłędnych z żalu,

na świat się cały rzechotał

wielkim, szyderczym rzechotem...

A poza tobą — jak blisko! jak blisko! —

huczało pieśnią potężnych zapomnień

i przepotężnych pożądań

i nieodkrytych. Twórcy pełnych głębin,

i uświadomień potężnego szczęścia

to wielkie, święte, jasne, nieskończone

morze miłości...

A Zbawca —

oblany morzem miłości,

tem wielkiem, świętem, jasnem, nieskończonem,

krzyż wyciągnąwszy z szumiącego dołu,

płakał nad tobą.

Łam się!...

Nędza jest wszędzie!

W miłości jest nędza

i nędza w cierpieniu!...

Łam się, i patrzaj, i słuchaj!...

Słoneczny błękit otula

rozległe łany ozimin...

Śniegu srebrzyste płaty

drzemią zaledwie gdzieś w rowach,

pod mokrą schowane krawędzią,

nad którą pęki traw

w wiosennych drgają powiewach.

Z posłania kiści jedwabnych

stokrótka wychyla głowę

i rość zaczyna bylica.

Z wądolców mgły się podnoszą

i w ciepłych znikają promieniach,

a nad głębiami sennej, cichej wody,

od której twórcza idzie w świat tęsknota,

krzyk czajki się rozlega albo śpiew skowronka.

Ponad brzegami dróg

wierzby już gibkie wypuściły pręty

i rząd topoli

już się w świąteczne przyozdabia wieńce.

A roztopami,

polem szerokiem,

nad którem chaty zczerniałą

lśnią się dachówką,

lub mchami obrosłą strzechą,

powoli toczy się wóz...

Górą, na snopkach słomy,

zamknięte w sosnowej skrzyni,

śpi snem nieprzespanym

życie biednego człowieka...

Cicho, zwolna wóz się toczy,

na nim w żółtej skrzyni

na wiek wieków zgasłe oczy,

jak światła w pustyni.

Twój-li ojciec? matka twoja?

Czy najdroższe dziecię?

Gdzież jest radość? gdzież ostoja

na burzliwym świecie?

Kilka mogił, kilka krzyży

śród piaszczystej zboczy —

coraz bliżej, coraz bliżej

wóz się ku nim toczy.

A przy pagórkach,

na tajemniczych rozdrożach,

gdzie święty duch ludu

Boże zbudował Męki,

cicho przystaje wóz...

I orszak zdejmuje w milczeniu

trumnę sosnową,

w której, jak światła w pustyni,

zagasłe drzemią źrenice

twojego ojca czy matki,

brata czy siostry,

czy najdroższego dziecięcia,

i na murawie ją stawia,

u stóp pobożnej figury.

Razem z żałobnym orszakiem

zmęczona klęka Tęsknota

i zdjąwszy z ramion swych krzyż —

ach! ten przeciężki, wielki, czarny krzyż,

o smutną opiera go skrzynię

i modli się i płacze i wzdycha i modli.

A nad roztopy,

nad łany,

nad świeżej trawy podściela,

na pędy ożyłych wierzb

i nad dzwonnice topoli,

nad strzechy zczerniałe

ulata pieśń przenajświętsza:

Salve Regina!

Ku złotym płynie obłokom,

w których skowronek

nuci hymn wiosny,

albo opada ku dołom,

hen! ku ukrytym parowom,

gdzie śniegu ostatnie bryły

pod mokrą konają krawędzią.

Albo na skrzydłach przedziwnego smętku

ku grzązkim wzlatuje bagnom,

gdzie pod pochyłą trzciną,

nad ostrowiami sitowia

zrywa się czajki jęk.

Lub ku dalekim idzie widnokręgom,

ku modrym pasom borów,

w mgły otulonych sinawe,

i w wielkie rozlewa się morze,

wszechmocnych pełne zapomnień,

i zbawiających pożądań,

i nieodkrytych. Twórcy pełnych głębin,

i uświadomień szczęścia,

którego ludzkie nie widziało oko,

którem ludzkie nie słyszało ucho.

A na jej odzew anielski

ziemia, od brzegu do brzegu

podeptanymi zasiana grobami,

otwiera wielkie swe wnętrze:

zmarłe powstają kości

i za tym biednym zdążają orszakiem

ku garstce mogił i krzyży,

ku tej piaszczystej zboczy,

ku której bliżej, wciąż bliżej

ten prosty rydwan się toczy.

Siermiężne płyną tłumy,

króle i senatory,

biskupy w białych ornatach,

i świętych wieniec liliowy,

i mistrze, co ducha bożego

zaklęli w barwę i kształt

i w pieśni natchnionej dźwięk

lub grzmieli głosem proroczym.

I zbrojni kroczą rycerze

niby na wielki bój,

w którym się wszystko ma złamać,

co było Życia wielkiego przeczeniem.

A wszyscy w blaskach słonecznych

nieba sięgają czołami

i grzmiącym śpiewają głosem:

Salve Regina!...

A ponad nimi

pali się milion dusz,

o których tutaj dawno zgasła wieść.

A każdą wieniec oplata,

zwity z promiennych liści —

nadzieja biednych ludzi w jego skrach się iści.

Biała, jak śnieg ich szata,

a z białego łona

lilia ich czystością rośnie ubielona.

I każda węża głowę

depce swą białą stopą,

i z lutnią, naciągniętą na tony wieczyste,

śpiewa nadniebny hymn,

zasłyszan ongi, tak dawno, tak dawno,

ażeby o nich wieść

zagasnąć miała czas —

hymn przenajświętszy:

Salve Regina!...

A w ślad za nimi wlecze się twój ból...

Hahahaha! (Szatan się zaśmiał, albowiem on jeden wie, że:)

Nędza jest wszędzie —

nędza w miłości

i nędza w cierpieniu!

Śmiej się!

A moja tęsknota,

na barkach ciężki dźwigająca krzyż,

otwiera usta,

by wraz z Tęsknotą świata

zaśpiewać hymn przenajświętszy:

Salve Regina!

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← SalomeSamson →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Salve Regina (Kasprowicz)
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-salve-regina-kasprowicz--jan-kasprowicz-0fcf64
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Salve Regina (Kasprowicz)», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-salve-regina-kasprowicz--jan-kasprowicz-0fcf64.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.