CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJózef Ignacy Kraszewski

Józef Ignacy Kraszewski · Modernismo

Ryngala 1392

polaco

W Maryj-grodzie błyszczą światła mnogie

I tłumnie słychać odgłosy godowe,

I liczne poczty, strojne w szaty drogie,

Z wszech stron zaległy dziedzińce zamkowe

Krzyżacy, w sukni biesiadnéj, bez broni,

Krążą po zamku, spełniając kielichy,

A Zmudź i Litwa stojąc na ustroni,

Wzrok rzuca skryty na niewierne Mnichy,

Jakby się bała ażeby z ich dłoni,

W uścisku nawet cios niewypadł cichy,

Bo chociaż Witold znów się brata z niemi,

Choć Zmudź i Litwa losy jego dzieli, —

Krzyżak i Litwin wrogami wiecznemi,

Nic ich niezmieni nigdy w przyjacieli!

W Maryj-grodzie na zamku wesele,

Wasil Moskiewski córkę Witołdową bierze,

A silne z teściem na przyszłość przymierze,

Może na Witolda czele

Położy koronę Litwy.

Puhary dzwonią, a pieśń się rozlewa

Wesela razem, zwycięstwa i bitwy;

Przeszłość i przyszłość gniewa.

Nagle wśród gwaru, wesołości, wrzawy,

U mostu słychać; róg zajęczał silno —

— Któż śmie tak późno, w godzinę zabawy

Przybywać tutaj? I co mu tak pilno?

Czemu téj nocy nieprzespał na dworze?

Po co? od kogo? i kto to być może?

Tak się odźwierny, rozstając z puharem.

Odzywał mrucząc, przez ciasną strzelnicę,

I snów pijanych okutą ciężarem,

Próżno wytrzyszczał po za wał rzenicę —

Bo wśród ciemności nic widać nie było,

Tylko coś jakby odbłyski pancerzy,

Jak gdyby orszak czarniawy rycerzy,

Przed oczyma mu się sniło.

— Hola! zawoła, — kto tam w rogi dzwoni?

MoglibyśćieMoglibyście spać gdzie w mieście;

W zamku wesele, dość ludzi i koni,

I północ bliska nareście!

Któż tam i czego w nocy się dobywa?

Henryk Mazowieckie książę

Kiedy na godowéj sali

O przyjeździe Henryka wieść przechodząc głucha,

Z ust do ust, z ucha podana do ucha,

Doszła do siostry Witolda Ryngali,

Nagle jéj lica różane pobladły.

Rumieńsze potém, zsiniały na chwilę —

Usta zadrżały i ręce opadły,

I jakby swojéj nieufając sile,

Sparła się trwożna o kolumnę sali,

Nieśmiała spojrzeć, ani wyrzec słowa, —

Wtém cichość padła grobowa,

Ci śpiewać, tamci kłócić się przestali;

Książę Henryk wszedł do sali.

Witold poszedł ku niemu — cicho się witali,

I siedli i znowu szumna jak wprzódy biesiada,

I puhar krąży i pieśń się rozlega,

A Witold, cicho coś z Henrykiem gada;

A tłum Krzyżaków coraz to zabiega

Coraz to jaki z braci na podsłuchy

Wybiéży, przyjdzie i za niemi stanie

Lecz w wielkim gwarze tonie ich szeptanie

A twarzy zmiana, a ich ciała ruchy,

Tajnéj rozmowy nie zdradzą.

Czasem się śmieją, znów ręce podadzą,

To szepcą jeszcze, to patrzą po sali

A wzrok Henryka około przebieży

Po stropach sklepień, po twarzach rycerzy,

I upada u stóp, Ryngali.

I zawsze, ciągle, ognistą powieką

Krąży i znowu tam pada

Jak ptak w stronę obleci daleką

A w gniaździe swojém usiada.

Nareście Witold za rękę go ściska,

Coś jeszcze sobie wzrokiem powiedzieli;

Henryk przez tłum się przeciska,

A coraz okiem na stronę ustrzeli.

I błądząc niby po sali,

Zbliża się, zbliża, stanął przy Ryngali.

— Ryngalo!

— Książę, odejdź precz odemnie!

— Ryngalo! słowo!

— — Niechcę ani słowa.

Po tylu słowach zdradziłeś nikczemnie,

I myślisz jeszcze żem wierzyć gotowa,

Gdy znów będziesz szydził ze mnie?

Precz! pomnij, jestem siostra Witoldowa,

A choć mi nieba niedały być mężem —

Mogę choć bratnim pomscić się orężem.

MyślizMyślisz że słodząc zdradą i niewiarą,

Nowemi kłamstwy, zatrzesz kłamstwa stare?

Raz jeden pióra zostawiwszy w sieci,

Ptak już w nie więcéj niewleci.

— Czekaj i osądź — niechcę się tłumaczyć

Pójdę i więcéj przed Ciebie nie wrócę. —

Lecz czyż żalowi niezechcesz przebaczyć?

Czyż jakąm został taką ci porzucę?

A w twojém sercu zemsta co tak pała

Jedna już dla mnie została?

Nie? księżno, otom twój, jak niegdyś byłem;

Poszedłem wierny i wierny wróciłem.

Ubiegł czas długi i mnie ciągnął z sobą

Ludzie mną, losy rzucały

Lecz wszędzie, zawsze, tęskniłem za tobą,

Twój byłem zawsze i twój byłem cały.

— Kłamco! milcz, zna się dawno serce moje!

Wróciłeś, prawda — lecz jakżeś powrócił?

Co ten krzyż znaczy? co znaczą te stroje?

Tyś Bogu przysiągł, a świat już porzucił!

Ty jeśliś Mnichem! myśliszże skwapliwa,

Nie ujrzę w sercu ni w sukniach odmiany —

— Tak jestem Mnichem, Henryk się odzywa,

Jestem jako Mnich odziany,

Lecz Rzym za złoto zdejmie suknie moje,

I sam je zrzucę i zdepcę pod nogi!

Wyprę się mego, wezwę inne Rogi,

Byleby mieć rękę twoję!

Tak — król mnie, bracia w te suknie ubrali,

Lecz z królem z Rzymem ze wszystkiém na ziemi,

Będę walczył dla Ryngali.

Ach! powiedz usty i sercem swojemi

Że mi przebaczysz! Jutro, dziś, w téj chwili —

Zaraz nas kapłan połączy na wieki —

Potém ucieczem z tobą, w kraj daleki

Gdzieby Rzym, króle, bracia, nie gonili!

I tam żyć będziem ach! gdyby godzinę!

Choćby mi potém sto śmierci zadali,

Dziś szczęśliwy, jutro zginę —

I słodko będzie umrzeć dla Ryngali.

— Na co umierać — książę — prawdziweż to słowa?

Powiedz może ty znowu ucieczesz daleko

A z tobą moje nadzieje ucieką?

Tam znowu królów twych braci wymowa

Na długo ciebie odemnie oddalą;

Może na wieki rozerwą z Ryngalą?

— O! nigdy luba — dziś w nocy — w kościele —

Tyś moja — Witold — i Witold się zgadza

— Dziś, dziś — ach! powtórz czy mnie znów niezdradza,

Sen, marzenie, nadzieja i Dziś???

Gdy po długiéj rozmowie z Ryngali komnaty

Wyszedł Henryk. Zaledwie za próg rzucił nogę,

Rycerz jakby nań u drzwi zasiadał na czaty,

Stanął naprzeciw niemu i zastąpił drogę.

Rycerz, czarną miał zbroję, płaszcz na zbroi czarny

I w czarnych pochwach oręż zwieszony u boku,

A twarz, czarna przyłbica jak całun smętarny

Natrętnemu patrzących zakrywała oku.

Tylko czarnych oczów dwoje,

Świeciły przez jej szczeliny.

Jak oczy wilka, jak oczy gadziny

Gdy na pastwę patrzą swoję.

— Książę — rzekł z cicha rycerz do Henryka —

Jesteś kapłanem, który nim zostanie,

Jest nim na zawsze — świat dla niego znika

Miłość i przyjaźń i ziemskie staranie,

I ziemskie związki i boleści ziemi.

Z wszystkiém się żegna, z wszystkiém i wszystkiemi,

Kto przez próg świata stąpił przed ołtarze,

Kto przysiągł Bogu niech przysiąg dotrzyma.

Krzywoprzysiężcy przebaczenia niema.

Ludzie nim wzgardzą, a Bóg go ukarze,

Kto przez próg świata stąpił przed ołtarze —

Za sobą wszystkie rzucił związki świata.

Niema już matki, kochanki ni brata.

Bo przysiągł Bogu — A zdrajców Bóg karze —

Bóg — który swojéj nieda kalać wiary —

Ludzie — na swych ręku Boskie kary.

Pomnij! Zapłata czy mu niedaleka.

Dziś zrzucisz suknią — jutro śmierć cię czeka.

O! ciche było Henryka wesele —

Świadków niewielu i gwaru niewiele,

W nocy jak pogrzeb — przy świetle pochodni,

W nocy jak tajne dopełnienie zbrodni.

Ślub się przy skromnym ołtarzu odprawił

A ksiądz co ich błogosławił.

Pytał się trzykroć nowożeńców pary —

— Czyście innemi nie ślubili wiary?

Henryk się zmieszał od zgryzot i sromu —

I czuł jak krzywoprzysięgał zuchwale,

Lecz kiedy spojrzał na piękną Ryngalę —

Zawołał śmiało — nigdy — i nikomu.

Lecz lica jego zsiniały i zbladły

A sercem jego zgryzoty owładły,

I wśród uścisków nieczuł ich słodyczy —

I w pocałunku usta jego drżały,

Strach niepojęty, wielki, tajemniczy —

Przeczucia jakieś serce mu ściskały.

Usnął, a jeszcze na zmarszczonej skroni,

Strach siedział blady i sen jego kłócił,

We śnie uciekał od zbójców pogoni,

Szukając miecza ze snu się ocucił!

Spojrzał drżąc jeszcze — a u swego boku

Ujrzał na wspólnéj pościeli

Ryngalę śpiącą — tak jak śpią w obłoku

Spokojni niebios anieli.

I łza roskoszy jeszcze na jéj oku —

Błyszczała jasno — na ustach różowych —

Uśmiech przyszłości z nadziei wykwitał,

Jako fijołek na łąkach majowych.

Spojrzał i zadrżał, spojrzał i zazgrzytał

Chwycił za serce mocno biło.

Pragnienie usta paliło.

W głowie się różne kręciły obrazy

Przysiąg i śmierci, roskoszy, cierpienia,

I głos szyderski szeptał mu sto razy —

— Krzywoprzysiężcom nie ma przebaczenia!

Powstał i przetarł powieki strudzone

Powstał i spojrzał na żonę —

Jakby swéj zbrodni chciał umniejszyć winę

Jakby chciał sobie powiedzieć i niebu.

— Nie żal mi ginąć, jeśli dla niéj ginę —

A chwilę ślubu, od chwili pogrzebu

Takiego szczęścia trzecia chwila dzieli —

Lecz ledwie powstał, ogień co go palił

Zalał mu piersi, rozpłomienił głowę

I bezsilnego przykuł do pościeli.

A w dali jakby odgłosy grobowe,

Wołały z głębi nocnego milczenia —

— Krzywoprzysięzcom nie ma przebaczenia!

I postać jakaś w czarnéj szacie blada

Przeszła wołając — biada! biada! biada!

Oczy Ryngali zwolna się otwarły,

— Henryku rzekła sen miałemmiałam tak miły,

Długie mi lata roskoszy się śniły —

Chciała uścisnąć — on leżał — umarły —

A głosy z głębi nocnego milczenia,

Wołały, — zdrajcom nie ma przebaczenia!

A postać jakaś w czarnéj szacie blada,

Przeszła wołając — Biada! biada! biada!

Sigue explorando

Por su autor
Józef Ignacy Kraszewski · 62 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Rapsod 1252Ślepa Babka →

Expediente

Autor
Józef Ignacy Kraszewski
Título
Ryngala 1392
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-ryngala-1392--jozef-ignacy-kraszewski-815807
Cita recomendada
Józef Ignacy Kraszewski, «Ryngala 1392», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-ryngala-1392--jozef-ignacy-kraszewski-815807.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.