CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJózef Ignacy Kraszewski

Józef Ignacy Kraszewski · Modernismo

Rapsod 1252

polaco

Dawno przeszła, a zawsze przytomna godzina —

Godzina potępienia, upadku, przekleństwa

Wszędzie ze mną — i wszystko mi ją przypomina,

Gdzie lecą — ona za mną — nademną, w około —

Ognistą mi koroną opasała czoło,

Płomienne berło dała, co mi pali dłonie,

I w sercu zapaliła ogień, co tak płonie.

Że gdyby piekła nie było.

Toby mógł — dumnych posadzić za karę —

Bo tu się tyle płomieni skupiło!

Męki dzisiejsze, przypomnienia stare,

I przyszłość straszna i wieczność bez końca,

Którą mi mściciel napisał na czole.

Wieczność dłuższa od życia światów, życia słońca

Wieczność! i zawsze męki upodlenia — bóle

Wieczność i zawsze ognista korona

Na czole moje włożona —

Będzie mi podłość moją wypiekać na czole

Przypominać żem walczył i walczył daremnie,

Przypominać żem upadł, upadł tak nikczemnie,

Że ręce moje skute, wymierzone kroki,

I ja com miał sługami gwiazdy i obłoki

Będę się zawsze włóczył po téj garści kału

Po téj nędznéj drobnéj ziemi —

Będę z niéj prochy zbierał, pracował po mału,

By piekło zaludnić niemi.

Ha! tu na ziemi jeszczem równy z tobą!

Tu się ta walka, którą ci przysiągłem,

W któréj upadłem — toczy lat tysiące,

Toczy sroga, zażarta tak jak była w niebie,

Tu Boże, twoich ludzi odbieram od Ciebie.

Tu serce twe zakrwawię — tutaj jeszcze Boże —

Ja szatan, ja zepchnięty — Ciebie upokorzę —

Patrz! ześléj im syna, co umarł na krzyżu,

Który błysnął im niebem przed oczyma duszy —

A oni jednak ku mnie wyciągają ręce,

I wolą wieczność katuszy,

Wolą wieczność w wiecznéj męce,

Niśli teraźniéjszego życia choćby chwilę,

Poświęcić twemu synowi i tobie.

............

Patrz na świat twój Boże, —

Podzielmy go na połowę —

Stańmy oba — ty niebo — ja piekło otworzę,

A na brzeg piekła roskosze miodowe —

Pusto będzie w twojém niebie,

I pójdą wszyscy od ciebie

Twoi to byli słudzy, co z krzyżem na zbroi,

Niegdyś poganów wrogi i szpitalni stróże —

Szli krzyż zatknąć na wschodzie — szli by leczyć rany —

O! Twoi to byli, Twoi!

Dziś patrz — aż miło,

Co się to z nich zrobiło.

Twój krzyż już tylko brudne serca ich osłania,

Aby nie widać ich było —

Wzięli miecz w rękę i poszli wojować —

Dla żądzy złota, żądzy panowania —

Świat będą krwawić i ludy mordować —

Bo z bogactwami ich żądze urosły —

Teraz oni swéj dumie nie krzyżowi służą.

Zakon ich ręce nasze wysoko podniosły —

Zakon ich — pod Twoim znakiem.

Patrz; ja się w suknię sług twoich ubieram

Ażebym lepiéj zwiódł i ułudził —

O! na ziemi, jam prawdziwy Bóg.

Naszéj walce nie koniec był, na dnie upadku,

Z upadkiem mojéj nie straciłem siły —

Wstałem z dna piekieł — mocniejszy, a gniewem

Siłę mą dwoję — siłą gniew rozżarzam.

I walczę teraz na kawałku świata

Walczę znów, walczę jeszcze, walczyć będę,

Wydrę z rąk twoich ziemię i posiędę.

Tu na Litwie jam czczony,

Lud mi bije pokłony.

Nim tobie jednę ofiarę przyniosą

Mnie sto ze strachu składają.

Bo mnie się boją — a Ciebie — kochają.

O! twoja dobroć jest orężem moim —

Ten kraj lasów i dziczy

Moich tylko sług liczy —

Mam kościoły, modły, sługi —

Ja — Bóg drugi!

Nie — ja pierwszy Bóg ziemi!

Tu jeszcze krzyż twój nie błysnął na Litwie,

A nim tu przyszedł, jam go znienawidził,

Zmięszałem go z orężem i wrogami w bitwie,

Krwiąm go obluzgał i łzami ohydził.

A Litwa moja — bo w krzyżaków ręku —

Krzyż nie jest twojém miłości znamieniem,

Lecz godłem zdrady, boleści wspomnieniem,

Niewolą, zniszczeniem.

W ich kościołach, ogień dla mnie się rozpala

Dla mnie te lasy wyrosły,

Na moim spłoną ołtarzu —

Mnie to ich ręce wyniosły —

Z piorunem w ręku ponad ludu głowy, —

Ten twój piorun co obłoki

W godzinie zemsty przeszywa —

I gniew twój krótki im wróży —

Dla mnie ofiary wyzywa,

Twój piorun nawet mnie służy!

Wszystko moje, na twéj ziemi —

Wszystko jest dla mnie narzędziem,

A gdy dłużéj walczyć będziem;

Tu drugie piekło rękami mojemi

Założę na twojego syna świętym grobie.

W własnych twoich kościołach, walkę wydam tobie,

I choć ja w piekle — Ty w niebie

Spotkamy się na ziemi i zwyciężę Ciebie —

A ty mnie znowu przykujesz do piekła;

Znów wyrzucisz gdzieś w bezdnie i podepcesz nogą,

Dobrze — lecz jeśli z oka twego łza pociekła —

Ta łza boleści, będzie mi tak drogą

Żebym jéj wielkości i wieczność poświęcił.

Zemsta, zemsta jest mną całym —

Zemsty pragnę, chodzę, szukam —

Dla niej na ziemię zleciałem

Dla niéj te prochy — tych ludzi —

Tych robaków podbijam, żeby Cię kąsały

Zemsta to ja — to ja cały.

Od téj korony co mi czoło gniecie,

Aż do stóp w piekła zanurzonych toni,

Dla mnie i w piekle i w sercu i w świecie —

Jedna jest tylko myśl dla niéj i o niéj.

Tam, w południowym kraju,

Gdzie twój krzyż dawno zatknięty —

Gdzie jak w twoim raju

SpiewająŚpiewają ci — SwiętyŚwięty!

I tam ja zasiałem,

Ziarno, które wyrośnie na paszę dla piekła

I tam twych sług światem,

Wyziewem paszczy szatana!

Zamiast miłości i krzyża

Dałem w ręce miecz, pochodnie

Natchnąłem złością, i gniewem.

Tym piersi moich wyziewem.

Oni za twoją sprawę, moją walczą bronią —

Krew się leje, łzy leją i jęki się wznoszą —

Ja się tém poję z roskoszą,

Jak ludzie dźwiękiem lutni, albo róży wonią!

Już więzienia gotowe, już błyszczą łańcuchy,

Czarni sędziowie siedzą,

Zemsty i zniszczenia duchy,

I stos czeka gotowy — nim wyrok powiedzą!

A — i tu w Litwie nawracają mieczem,

Wszyscy moi — wszystko moje

Ziemia i ludzie

W ciężkim po to idą trudzie

Krzątam się pracuję znoję —

Lecz wszędzie, wszystko zagarnę

I ziemia jest, już — będzie jak to piekło czarne

W którém siedzim uwięzieni.

Spójrzmy! krzyżacy szepczą Mu pacierze

A ich modlitwy do piekieł zstępują —

Ich modlitwy piekło bierze,

Bo modląc się wojnę knują,

I z mieczem w dłoni,

Kąpiąc się we krwawym zdroju,

Oni, ogłaszają , oni!

Boga zgody i pokoju!

Bóg mnie posyła — słyszał twoje słowa.

Słyszał? dobrze — jam na to bluźnił i narzekał,

Abym Go dręczył, abym Mu dopiekał.

Możeż Boga, szatańska z piekieł dręczyć mowa?

Twój głos jak szumy wiatrów bezsilny podlata

Bóg słyszy — cierpi do czasu.

Tyś jest Mu ludzi probierczym kamieniem,

Ci, których zwiedziesz, nie warci są nieba —

Ci, co się oprą szczęśliwi na wieki.

Bóg dał im rozum i wolę

I z jednéj strony niebo im otworzył,

Z drugiéj piekło położył.

Niechaj co zechcą wybiorą,

Bóg posyła mnie do Ciebie,

Ty nad tym krajem rozciągnąłeś skrzydła

Ja — będę go bronił.

Ty? ty? go będziesz bronił?

A jaką bronią? — Nadzieją?

Nadzieją, gdy ja roskosze

Dumy nasycenie, złoto,

Tyle im tyle przynoszę!

Cóż ty naprzeciw postawisz?

Krzyż? A wieszże ty co krzyż w Litwie znaczy —

Nie Zbawiciela, nie miłość i zgodę,

— Ale hasło krwi i wojny —

Bo krzyż błyszczy na piersi ich wrogów krzyżaków —

Bo krzyż łańcuchem wisi nad ich szyją —

Krzyż! to rękojeść mieczów, któremi ich biją —

I krzyż nim mała liczba lat upłynie —

Będzie znamieniem Bóstwem w ich krainie.

Krzyż obali twe świątynie —

Krzyż zgruchocze twe ołtarze —

Z nim tu z Zachodu przypłynie

Pokój i światło —

A co ja wiem z przyszłości? Mam zakryte oczy!

Dla mnie czas tyłem zawsze, leniwo się toczy —

Ja nic niewiem, w nic niewierzę!

Wyzwał ci — dobrze! Zobaczym co będzie.

Ja w tysiąc kotłów do wojny uderzę —

Wojna! a kto zwycięży, ten kraj ten posiędzie.

Ja — albo ty aniele.

Pokój! pokój! im niesiesz i kiedy Mnich uczony,

Z moją pomocą, odgrzebał w popiele,

Tajemnicę, co ludzi zabije miliony —

Co zwalczy siły, oręże połamie.

Ogień, który ja z piekła na ziemię przyniosłem,

Ogień, co dziecku da olbrzyma ramię —

Co będzie śmierci i zniszczenia posłem.

Ty paplesz o pokoju — a tam spiże leją

I kule leją do boju —

Któż cię ułudził nadzieją,

Zgody, cnoty i pokoju??

Nie — dopóki ja walczę — wojna nie ustanie

Dopóki będą ludzie, nikt ich nie pogodzi —

Walka się z walki, ze zgody zamięszanie —

Z trupa się żołnierz urodzi.

Słodko im będzie pośród ran i znoju

Dam im wawrzyny — nie będzie pokoju.

Gdyby ślepo człek słuchał od niebios natchnienia,

Nie byłoby ni kłótni, wojny ni zniszczenia.

Słaby rozumem, słabszy jeszcze wolą.

Często się chyli pod twym tchem zatrutym —

Lecz krzyż uleczy rany co go bolą,

Krzyż błyszczy w niebie nad światem zepsutym —

Wielu pociągnie do Boga i nieba! —

Walczmy szatanie — a w lat półtysiąca

A w tysiąc ujrzym, komu uledz trzeba

Czyja prawica potężniéj władnąca,

Czy twoja z piekieł, czyli Boża z nieba.

Wspomnij na chwilę, kiedyś jeszcze w niebie

Podniósł się hardy i spadł w dno piekielne,

Wspomnij dzień zawsze pamiętny dla ciebie

Co ci kajdany ukuł nieśmiertelne,

I dał ci władze nad wszystkiém złém ziemi.

Dał ci koronę spodlenia i męki —

Wspomnij! schyl głowę przed słowami memi,

uchyl czoło od cięcia téj ręki.

Głowę uchylić! Drżyć! ja nieśmiertelny —

Ja pan ziemi — ja! niezgięty!

Ja przed którym się chyli cały świat piekielny

Ja — ja — niezwyciężony?

Ty duchu przeklęty!

Ja! widziałżeś w dniu walki, w dniu upokorzenia

Tę głowę pochyloną, lub usta żebrzące?

Szatan jak Bóg wasz nigdy się niezmienia

Po jego sercu płynie lat tysiące,

A serce jego — z kamienia.

Jak kamień twarde i zemstą żarzące,

A usta jego nie będą się modlić —

A głowa jego nigdy się nie schyli —

Czoło nie może pokłonem upodlić —

On upadł, lecz nie jęknął, w wielkiéj owéj chwili

Stoi niezwyciężony, choceście go zbili!

Więc walcz — Lecz patrzaj — Widzisz tam na ziemi.

Siedzi człowiek w koronie,

Co niegdyś pełzał przed bałwany twemi,

Dziś olejem Chrystusa namaści swe skronie.

Posłów do Rzymu wysyła,

I krzyż nad Litwą zatyka.

Patrz — Czyja ręka te cuda zrobiła?

Czyś ty nam wroga zmienił w niewolnika?

Z twojéj siły się naśmiewam.

Zgniotę oręż twój i ciebie.

Trzykroć cię jeszcze wyzywam

Ja i twój Bóg na niebie.

Dobrze! przyjmuję walkę — Lecz król twój Mindowe

Co przedemną zginał głowę —

Waszéj korony nie włoży,

Bo kto się raz upokorzy

Przed ołtarzami szatana,

Ten jego został na wieki.

Nie — dzień ten jeszcze daleki.

Gdy nad Litwą krzyż zabłyśnie —

Przyjmuję walkę — a wojsko aniołów

Co się na te ziemię ciśnie —

Zatknie krzyż chyba nad stosem popiołów,

Kiedy tu nic nie zostanie —

Tylko las i zwierzę w lesie,

O! tu moje panowanie —

A ten, kto tu krzyż przyniesie,

Będzie męczennikiem krzyża.

Lecę, wojnę z sobą niosę!

Chwilę zgody — co się zbliża,

W krwi potok zmienię, w łez zdroje.

Miecz zakonu litewskiej krwi już zakosztował,

I miecz zakonu nie będzie próżnował.

Jest iskra dumy w sercach Mnichów zbrojnych,

Ja ją rozpalę, rozniecę,

I wywiodę niespokojnych,

I sam na wojnę polecę.

Jest iskra żądzy bogactwa i złota,

Ja ją rozdmucham w ich głowie,

Litwa uboga lasy ma i błota

Lecz lud ma w sobie, ludem ich ułowię.

Jest iskra gniewu w sercach wojowników,

Ja ją rozżarzę wspomnieniem,

Będzie im słodko wśród jęku i krzyków

Słodko się oblać wroga krwi strumieniem.

Iskra lubieżna na ich oczach płonie,

Ja w wojnie dam im swawolę,

Dam im roskosze na Litewek łonie,

Skrycie, ich użyć pozwolę —

Wszystkie bezprawia osłonię.

Jest iskra sławy i jest żądza chwały —

Ja ich do góry podniosę na dłoni,

Będzie im klaskał świat cały,

I wieńce plótł dla ich skroni.

Groty z marmuru wystawię,

W księgi zapiszę nieśmiertelne imię —

Dam im smak w ludów oklaskach i wrzawie.

W bitew szczęku, w bitew dymie,

Ja ich wysoko postawię —

Ja ich piersiami osłonię —

Dam radę, gdy będą padać

I wyciągnę ku nim dłonie —

A ty aniele? czémże będziesz władać?

Czy ci w sercu człowieka choć iskra została?

Gdy moje, żądza złota — roskoszy i chwała?

O! nie zwyciężysz — a mnie się zaczyna,

Po wiekach cierpień — zemsty choć godzina.

Sigue explorando

Por su autor
Józef Ignacy Kraszewski · 62 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Pijany (Kraszewski)Ryngala 1392 →

Expediente

Autor
Józef Ignacy Kraszewski
Título
Rapsod 1252
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-rapsod-1252--jozef-ignacy-kraszewski-806d4b
Cita recomendada
Józef Ignacy Kraszewski, «Rapsod 1252», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-rapsod-1252--jozef-ignacy-kraszewski-806d4b.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.