CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaAdam Asnyk

Adam Asnyk · Modernismo

Rodzinnemu miastu

polaco

Jest jedno piękne ludowe podanie,

Co treścią swoją do łez mnie porusza:

Lud prosty mniema, że gdy czas nastanie,

W którym już ciało ma opuścić dusza,

Zanim w nadziemskim utonie błękicie,

Powraca jeszcze wstecz przez swoje życie...

I zwolna idzie przebytym już śladem

Żegnać to wszystko, co jej drogiem było, —

Raz jeszcze ujrzeć w świetle grobu bladem

Miejsca, gdzie niegdyś żywiej serce biło!

I tak dochodzi aż w dziecinne lata

I nad kolebką staje znów skrzydlata;

Jako wędrowiec smutny i zmęczony

Kąpie się znowu w jasnych wspomnień zdroju

I błogosławi swe rodzinne strony —

I wtedy z ziemi odchodzi w pokoju,

Niosąc na skrzydłach w krainę wieczności

Najszlachetniejsze marzenia młodości.

Te wszystko prawdą mnie się dziś wydaje:

Bo choć sam jeszcze do żywych się liczę,

Za każdym krokiem, co mi pozostaje,

W tył poza siebie odwracam oblicze

I moja dusza wyrywa się smutna

Tam, gdzie młodością była tak rozrzutna.

I często cichym, gwieździstym wieczorem,

Gdy swoim blaskiem księżyc do mnie wchodzi,

Gdy anioł ciszy na mem sercu chorem

Kładzie swe dłonie i boleść łagodzi,

Czuję, jakobym był już tylko cieniem,

Ulatującym z księżyca promieniem.

Wtedy, ach! idę po srebrzystej fali

I całą drogę minioną odnawiam;

Pozdrawiam ludzi, co mnie dzieckiem znali,

Gaje i łąki, i pola pozdrawiam,

I zatrzymuję się nad każdą miedzą,

Gdzie złote mary lat dziecinnych siedzą.

Droga mnie wiedzie do starego grodu,

Otoczonego ramionami Prosny...

Tam, wśród alei kasztanowych chłodu,

Czerpałem tchnienie pierwszej życia wiosny,

Co w cudowności szatę się obleka,

Jak sen zstępuje i jak sen ucieka.

Dziś wywołane pamięcią promienie

Złocą mi pasma zielonych wybrzeży,

I znów anielskie śle mi pozdrowienie,

Jak niegdyś rankiem, dzwonek farnej wieży.

I całe miasto w oczach się powiększa

Przez mgłę tęsknoty, co wszystko upiększa.

Jak tam spokojnie płynie ludzkie życie,

Mierzone dźwiękiem słodko brzmiących godzin!

Jak wody w Prosny łagodnem korycie,

Dnie upływają w kółku cichych rodzin,

I z domowego ogniska blask strzela,

Który przechodnia oczy rozwesela.

Ach! z tem ogniskiem dusza moja zrosła

I brała z niego macierzyńskie ciepło,

Zanim daleka fala mnie uniosła

Na brzeg, co dłonią pochwyciłem skrzepłą.

Więc gdy te domy i serca obaczę,

Jak dziecko ręce wyciągam i płaczę.

Bo cóż słodszego nad rodzinny związek,

Co wielkiem drzewem jedności wyrasta

I pełen wiecznie zielonych gałązek

Ocienia sobą cały obręb miasta?

I nad tę wiarę, która wszystko zbliża

W nawie kościelnej u jednego krzyża?

I cóż świętszego nad domowe cnoty,

Nad tę tradycyę żywą, starożytną?...

Cóż jaśniejszego nad ów szczerozłoty

Wesoły uśmiech, którym twarze kwitną?

I nad tę cichą zacnych serc zażyłość,

Co niesie szczęście, niosąc z sobą miłość!

Tak mi to wszystko cudnie się uśmiecha,

Tak mnie ta przeszłość pociąga znikniona,

Że szukam wzrokiem, gdzie jest owa strzecha,

Pod którą spocznę wśród przyjaciół grona,

Ale napróżno... bo w mej idealnéj

Podróży błądzę, jak cień — niewidzialny.

Zresztą już moi przyjaciele starzy

Po większej części poszli na spoczynek;

Rodzinna ziemia lekkim snem ich darzy —

Wice im duć muszę łzę na upominek!

A z tych, co żyją, mało kto mnie wspomni:

W pamięci ludzkiej nikną nieprzytomni.

Z czasom powoli wszystko się zaciera,

A więc i moje zatarły się ślady...

Stary park na mnie z zdziwieniem spoziera,

Pytając: „Co to za przechodzień blady?”

I nawet mury wahają się szkolne

Rozpoznać we mnie swe dziecko swawolne!

Chociaż przechodzę około okienka,

Pod które dawniej zbliżałem się z drżeniem,

Już w niem nie siedzi figlarna panienka,

Co była pierwszej miłości marzeniem,

I tylko gzemsy opuszczone sterczą

I patrzą na mnie dziwnie i szyderczo.

Tylko sny dawne zlatują się do mnie,

Spływając łukiem różnobarwnej tęczy...

I widzę wszystko, com śnił nieprzytomnie,

Nad nurtem rzeki wsparty na poręczy...

Lecz te marzenia nie wydały plonu:

I jestem smutny — smutny aż do zgonu.

Jednak nie chciałbym teraz mej żałoby

Zawiesić chmurą nad poczciwym grodem;

Chciałbym na boku pozostawić groby,

A zejść się z życiem szlachetnem i młodem,

Co, jak bluszcz, swoją latorośl przeciska

Do słonecznego światła — przez zwaliska.

Chciałbym z młodzieżą w kielichy uderzyć

I ze starymi pogwarzyć przy winie;

W młodość wskrzeszoną węgrzynem uwierzyć

I nucić piosnkę o psotnej dziewczynie,

A skończyć głośnym, wesołym toastem

Na powitane z ukochanem miastem.

I chciałbym objąć w uścisku serdecznym

Ziemię i mury i wody i ludzi...

Ale czas wracać szlakiem nadpowietrznym,

Bo już jutrzenka słońce ze snu budzi

I księżycowe gasnące promienie

Już mnie wzywają w błękitne przestrzenie.

Tak więc znikając w jasności porannéj,

Dobrych aniołów polecam was pieczy:

Niech promień łaski nieba nieustannéj

Poczciwe serca przed złem ubezpieczy,

I Ten, co wszystkich w przyszłość nas posuwa,

Nad starym grodem — niech Bóg zawsze czuwa!

Sigue explorando

Por su autor
Adam Asnyk · 185 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Replika (Asnyk, 1898)Rzucone w przestrzeń złotych gwiazd kagańce... →

Expediente

Autor
Adam Asnyk
Título
Rodzinnemu miastu
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-rodzinnemu-miastu--adam-asnyk-d65d86
Cita recomendada
Adam Asnyk, «Rodzinnemu miastu», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-rodzinnemu-miastu--adam-asnyk-d65d86.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.