CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Przy szumie drzew

polaco

PRZY SZUMIE DRZEW.

W wielkiej świątyni Przyrody, pod niebios

Jasnem sklepieniem, w zielonym

Lesie, wyrosłym na łagodnem wzgórzu,

Przy drzew poszumie zawarłem z nią śluby...

Czerwone słońce, wtargnąwszy przez gęstą

Tkaninę liści do głębiny boru,

Kładło się swojem promienistem ciałem

Na świeżą trawą okrytej polanie,

Albo ukradkiem całowało kłody

Omszałych buków i klonów... Kropelki

Srebrzystej rosy, snać jeszcze od rana,

Lśniły się w miejscach, gdzie wieczyste, widać,

Panują cienie — na pochyłych stokach

Dołów, tonących w paprociach, śród starych

Pniów, z wilgotnego ulepionych próchna.

Z pomiędzy trawy wychylały główki

Białe stokrotki i niebieskie dzwonki,

Do symbolicznych podobne kielichów,

Mieszczących na dnie tajemne słodycze

Dla dusz, co, z ziemią rozerwawszy węzeł,

Pną się ku niebu, skąd wzięły początek.

Smukłe storczyki, by jacy rycerze

Z lilipuciego królestwa, na państwo

Ziół zmienionego, wznosiły do góry

Dumne szyszaki, błękitnemi barwy

Pomalowane, a gminny biedrzeniec,

Czujący swoją przewagę, w poblizkich

Skryty zaroślach, urągał ich pysze.

Obok ścieżynki, wiodącej do serca

Starego lasu, złociły się mlecze

Krągiem szerokim, a spór z niemi wiodły

O atom miejsca jaskry i srebrniki,

Przytulające aksamitne piersi

Do ciepłej ziemi. Z pośród wonnej trawy

I mchów jedwabnych poziomka wstydliwą

Skroń wychylała, lub dziewiczo piękna,

Okiem brutalnych przechodniów zapewne

Niedostrzeżona, z swych siostrzyc ostatnia,

Widać, konwalia, a od skraju lasu

Słały swój zapach krzaki tomentozy.

Na mchach siedliśmy, milczący oboje...

Ona, na łono opuściwszy ręce,

Kwiat jakiś w palcach trzymała, zrywając

Z białej korony listek po listeczku.

Jak szczypty pierza miękkiego, lub śniegu

Maleńkie płatki, wionęły pod moje

Stopy te życia złamanego szczątki...

Powieki miała spuszczone. Od czasu

Tylko do czasu, kiedy nad głowami

Natrętna osa, wyrwawszy się z gniazda,

Skrytego w ziemi, krążyć rozpoczęła,

Brzęcząc, jak echo rozbitego dzwonka,

Podniosła w górę źrenicę, podobną

Do niezabudki, na której pozostał

Ślad mgły porannej, albo ślad kropelki

Dżdżu wiosennego. Wtedy mimo woli,

A może z wolą wewnętrznego pędu,

Uwięzionego gdzieś w najgłębszej toni

Dziewiczej duszy, by koral w przepaściach

Oceanowych, wzrok jej błyskawicznie

Spotkał się z mojem spojrzeniem i naraz

Żywy rumieniec, jakby wstyd ją było

Myśli tajemnej, zakwitnął na twarzy,

Opadłej znowu na piersi. I ręce

Poczęły znowu obrywać listeczki

Z ziół, rozrzuconych na łonie... Z wstydliwej,

Słodkiej bezwładzy wyrywał na chwilę

Schyloną postać nagły chrzęst w konarach

Blizkiego drzewa, na które brunatna,

Zwinna skoczyła wiewiórka, lub szelest

Przemykającej łasiczki, lub jaszczur,

Gdy się po trawie u jej stóp przewinął.

Czasem na dłoń jej upadła biedronka,

Lub wpełznął owad zielonawo-złoty,

Zrodzony w trawie, wychowany w słońcu.

»Boisz się?« szepnę. Drgnęła, a jej oko

Jeszcze się głębiej pod rzęsy schowało,

Pod długie, gęste, pod te ciemne rzęsy,

Pokrywające tajemnice duszy,

Niby zasłona, co ongi, przez wieki,

Skrywała w Sais święty obraz bóstwa.

Onieśmielony byłem jej milczeniem.

A przecież w ślad jej spieszyłem, by oto,

Zdala od zgiełków i od targów świata,

Rzec jej w tej ciszy uroczego lasu,

Że choć na życia przypadkowych drogach

Spotkaliśmy się, jak się spotykają

Przez wiatr odcięte z różnych pniów gałęzie,

Mamy w swem wnętrzu coś, co już na wieki

Złączyć nas winno. Lecz znowu, jak nieraz,

Onieśmielony byłem jej milczeniem.

I wątpliwości, jak rój młodych wężów,

Które podnoszą nad krawędzie gniazda

Swe drobne głowy, powstawały we mnie:

Czy znam jej wnętrze i czy jest w niem kącik,

Który na wyraz czarodziejski »kocham«

Wyrośnie dla mnie w świątynię, jak owe

Z ludowej baśni kościoły, co w pewnych

Chwilach umieją zmienić się z maleńkiej,

Prostej kaplicy w wspaniałe katedry

O strzelających ku niebiosom wieżach,

dachach, złotem pokrytych, o nawach,

Przepełnych ducha bożego!... Nie pierwszy

Raz to pragnąłem wyrzucić z głębiny

Duszy ten kamień, co legł mi ciężarem

Na dniu dzisiejszym i na snach Przyszłości,

Na wymarzonych wszystkich jej nadziejach.

Nie po raz pierwszy chciałem dłoń jej schwycić

I, przycisnąwszy ją do ust, zapytać

Jej oczu jasnych i jej warg rumianych,

Czy mają dla mnie odpowiedź, mogącą

W ciemne krużganki mojego żywota

Wlać strugę światła. O, nie raz jedyny

Byłem już blizki tej chwili, by, ręce

Mając na piersiach i z grzbietem skulonym,

Jak przebaczenia i świętej pociechy

Żądliwy grzesznik, jednym tchem jej wyznać,

Jaki huragan szalał pośród drogi,

Którą dotychczas kroczyłem! Jak w oczy

Sypał mi kurzu tumany, że rychło

Źrenica moja straciła wrażliwość

Na wielki urok promieni słonecznych

I że jej było najlepiej śród nocy!

Jak owa burza, wszczęta przez złe duchy,

Które w mem własnem zamieszkały wnętrzu,

Nietoperzowe roztaczała skrzydła

I, niby pyłek, na bagna mnie niosła

I jak z rosnących tamże jadowitych

Cykut straszliwy-m wyciskał eliksir,

Aby nim zatruć niejedną niewinną

Duszę! Nie pierwszy był to raz, żem pragnął

Do stóp jej upaść i, podniósłszy głowę

Ku jej źrenicom, zawołać: »Ty władzę

Posiadasz w sobie, daną ci przez siły,

Zmysłom człowieka nieznane, lecz w skutkach

Błogosławionych widoczne, że możesz

Już nie wyrazem, lecz ruchem, spojrzeniem,

Jak czarodziejskiem zaklęciem, z grzesznika

Twardej powłoki, by z ciemnej jaskini,

Nowego ducha wydobyć, światłością

Wszystkich strzelistych cnót promieniącego!

To, co w nim było dawniej potępieniem,

Przez ciebie będzie zbawiającą łaską!

Betezdą jesteś« — tak nieraz myślałem

Zwrócić się ku niej —, »tą ewangeliczną

Sadzawką jesteś, której święte zdroje

Trąd obmywały z nieczystych! Czem wszystkie

Przewiny chmurnej przeszłości, gdy dzisiaj

Zabłyśnie nad nią siedmiobarwna tęcza,

Uwita z błysków twojej czystej duszy!«

To znów, gdym spojrzał w jej błękitne oczy,

Do lustrzanego jeziora podobne,

W którem odbija się głębia i ogrom

Niezmierzonego widnokręgu niebios,

Kiedy przedemną lekki wietrzyk rozwiał

Jej włos jedwabny, igrający w słońcu

Połyskiem złota; gdym patrzał na kibić,

Smukłą, jak młoda brzezina; gdy wzrok mój

Spoczął na szyi łabędziej, białością

Odurzającej, lub na krągłych piersiach,

Kształt swój znaczących dwiema światła plamy

Na ciemnej sukni; gdym spojrzał na drobną

Stopę, przypadkiem lekko wysuniętą,

Krew we mnie wrzała! Sardanapalowej

Uczty płomienne migały obrazy!

Jak gibką gałąź giąć ją w swych uściskach!

Pokryć jej postać tysiącem całunków,

Ażby jej krwawe wystąpiły smugi,

Ażby omdlała w pieszczotach! Zapachem

Świeżego ciała wabion, z legowiska,

Jak noc ciemnego, dziki zwierz się skradał,

Aby się rzucić na słabszą ofiarę,

Szczękającymi od chciwości kłami

Przegryźć jej gardło, wypić płyn gorący

Z tych żył sinawych, co zdradliwą siatką

Pokryły skórę, alabastrem lśniącą,

Potem, pijany rozkoszą, zatoczyć

Kręgi śmiertelne i zginąć na zawsze

Gdzieś w niewidzialnej przepaści...

Lecz rychło

Wstyd jakiś straszny pożerał me lice,

Czerwieniąc nawet powieki. Pochylon

Stawałem przy niej, jak ów pies obity,

A wierny panu swojemu! Nie mogłem

Opędzić myśli, która, jak złowieszczy

Ptak, mego serca dotykała skrzydłem

Piekielnie czarnem, szeleszcząc, że ona

Łagodnym wzrokiem wniknęła w najskrytszą

Toń mego wnętrza, spostrzegła w niem — zbrodnię

I za tę zbrodnię czuje bezgraniczną,

Bezdenną litość!... I już nie marzyłem,

Aby jej ręką zapukać do wrótni

Utraconego Edenu, lecz, chłodnym

Przejęty dreszczem, pragnący »po życiu,

Przepełnem błędów i męczarń, wypocząć

W zimnej mogile«, chciałem jej wyrazić

Owo życzenie pieśniarza, ażeby

Nie jak kochanka, oddana mi ongi

Ciałem i duszą, lecz »jak gołębica,

Jak wielki anioł miłosierdzia, przyszła

Na grób, usypan z ciężkiej, twardej ziemi,

I kilka świeżych rzuciła nań kwiatów«.

Na mchach milczący siedzieliśmy razem...

Od brzegów lasu, przez wyrąb szeroki,

Od pól rozległych, falujących świeżo

Wykłoszonemi zbożami, skąpanych

W aromatycznej kąpieli rzepików,

Osianych puchem złocistym, przypłynął

Wiatr zleniwiały ku naszej polanie,

I naprzód cicho ruszyły się trawy;

Storczyki, wnet się zbudziwszy z zadumy,

Chwiały hełmami; gięła się konwalia

I liść poziomki mchy rozpoczął głaskać;

Biedrzeniec skronie ocierał o twarde

Gałęzie dzikiej krzewiny; paprocie

Strząsnęły resztki brylantowej rosy;

Jaskier swe lica odwracał od słońca,

Giął je do kolan, to je znów podnosił,

Jak zadąsany; nawet mlecz i srebrnik

I gwiazdkowata stokroć, choć się zdają

Niby przypięte z łodyżką i liściem

I razem z kwieciem do ziemi, zadrgnęły...

I krzaki głogów, wyrosłe na miedzy,

Która oddziela bór od plennej niwy,

Jęły tu owdzie rozrzucać przestałe,

Bladoróżowe płatki z swej korony.

Powoli wiew się przedarł ku wierzchołkom

I jedno drzewo zaczęło drugiemu

Podawać dziwne akordy prastarej,

Utraconego Raju tajemniczem echem

Będącej pieśni, ze słów ułożonej,

Co pozostały z języka praświata,

Ludziom dzisiejszym nieuchwytne dźwięki,

Lecz zrozumiałe dla duszy poety...

Szum wszczął się w klonie, w którego okolu

Spoczywaliśmy: zaszeleścił starzec

I urwał naraz, jak gdyby w fałszywą

Uderzył strunę, potem znów potrącił

W lutnię runiczną i głosem stłumionym

Jął wyśpiewywać przedwieczne rapsody...

Ton pochwyciła lipa, naśladując

Pomruki górskich potoków, a za nią

W trop pospieszyli inni towarzysze,

Od wieków jednem ogrzewani światłem

I jedne burze znoszący: jawory,

Buki i graby, a nawet gromada

Zbłąkanych świerków, które oblepiły

Pasożytnicze, niby pleśń, jestestwa.

Patrząc na klony i na graby stare,

Na rozłożyste jawory i buki,

Na lipę wonną i na świerki siwe,

Mogłeś z początku odróżnić dokładnie,

Które z nich szumią, a które szeleszczą,

Które z nich szemrzą, lub szepcą, lub mruczą.

Ze zamkniętemi wsłuchany oczyma

W te różnorodne akordy, sądziłbyś,

Że gdzieś tam w sferach, do których w niezwykłych

Snach ulatuje uwięziony w glinie

Ziemskiego bytu, lecz na chwilę z więzów

Wyswobodzony duch ludzki, narzędzia

Stroją muzyczne jacyś mistrze tonów,

Śród gwiazd zrodzeni, i że na ten padół

Przypełzły echa ich dźwięków. Niebawem

Ten szum i szelest, szmer i szept i pomruk

Zlał się w harmonii przepełną melodyę,

Głucho płynącą nad naszemi głowy,

Jakby tam w górze daleko, daleko,

Olbrzymie morze toczyło powoli

Ciężkie swe fale...

Milczący oboje

Spoczywaliśmy pośród mchów... Las szumiał,

A szumy jego wnikały powoli

W wszystkie me żyły. Krwi mej każdy atom

Zdawał się zmieniać w milionową cząstkę

Jakiejś symfonii i zlewać się razem

Z szumem, z szelestem, z pomrukiem i szeptem

Drzew, konarami chwiejących nademną.

I tajemnicze przejęły mię dreszcze...

I wnet uczułem, że szumiące drzewa

Nie nad mą głową tak szumią, lecz we mnie.

I zdało mi się, że powoli tracę,

Jednę za drugą, cechy człowieczeństwa...

Chciałem się bronić... Napróżno! Od władz tych,

Które się gnieżdżą w mózgu — nie! w ramionach,

We wyprężonych do oporu piersiach,

Była silniejszą potęga, idąca

Z onych wierzchołków i całą mą postać

Ogarniająca swą dziwną muzyką,

Słodką, a straszną... Doznałem wrażenia,

Żem się przedzierżgnął w jeden z tych jaworów,

Buków czy klonów lub świerków, a potem,

Że ci liściami naodziani boru

Tego mieszkańce zrośli się w olbrzymie

Jakieś pradrzewo, rozparli tę nikłą

Uwięź cielesną, która już nie gniotła,

I mą prawdziwą stali się istotą.

Nie umiem dzisiaj powiedzieć, jak długo

Trwał stan niezwykły: być może, sekundę

Według obliczeń chłodnego rozumu —

Mnie się zdawało, że bezmiar wieczności

Wypełniam swymi konary... Powoli

Ludzkiego bytu wracała świadomość;

Powoli-m zaczął uczuwać ten ciężar

Znikomej gliny, z której ulepiono

Ten grzbiet, te stopy, te nasze ramiona...

Powoli-m zaczął ludzkiemi oczyma

Rozróżniać klony i buki i świerki.

Lecz duch, wykąpan przed chwilą w przedwiecznych

Falach, nie umiał otrząsnąć od razu

Wszystkich kropelek, co na jego skrzydłach

Zostały z owej kąpieli, tajemnie

Lśniąc się blaskami nieznanych dziś pereł...

W jakiś się dziwny jęły amalgamat

Zlewać dwa stany: dawna, dawna przeszłość

I teraźniejszość... Obrazy przedemną,

Bytem, odzianym ciężką, ludzką gliną,

Zaczęły wstawać z niedzisiejszej doby,

A jednak w żywem do niej podobieństwie,

Jakby nie było między tem, co przeszło,

A tem, co dziś jest, najmniejszej różnicy.

Zdawało mi się, że ja to przed wieki

Z liści bukowych uplotłem odzienie,

Ażeby nakryć swą nagość występną,

I że mnie wygnał płomienistym mieczem

Boży archanioł za bramy Ogrodu,

I że w tym szumie ściga mnie wspomnienie

Pobytu w raju... I wszystkie męczarnie,

I wszystkie trudy, jakie przebył Adam,

Syn ziemi, walcząc z dzikimi potwory,

Które mu twardą tamowały drogę,

Gdy ku wschodowi podążał, ku słońcu,

Dawcy światłości, ciepła i owoców —

Wszystkie te jego ciężary mnie gniotły...

Oślizłe węże, co z sykiem owijać

Nie przestawały swem cielskiem mych kolan

I moich piersi i szyi wygiętej,

Wilgnemi żądły aż do warg sięgając,

Zdzierałem ręką, drżącą od zmęczenia.

I na mej dłoni uczułem pęcherze

Od wyrywania chwastów i korzeni

I od łamania konarów, by sobie

Przez niedostępną gęstwinę, okrytą

Czarnymi zmroki, utorować wyjście

Na łan świetlany. I ze skroni bladej

Jąłem ocierać zimny pot, co spływał

Hojnym strumieniem, kiedym ja, praczłowiek,

Adam, syn ziemi, rozbijał rydlicą

Grudy kamienne, albo orał pługiem

Twarde opoki, aby z nich wydobyć

Czarny kęs chleba...

I potem mi było,

Jakbym Kaina piętno miał na czole,

Bo bez spokoju dążę i spoczynku,

Sam nie wiem, dokąd — może, aby zabić

Wspomnienie zbrodni, której nie spełniłem,

A którą przecież — tak mi się zdawało —

Umiałbym spełnić, czy też, aby znaleźć

Nieznane szczęście w ziemi Nod, na wschodzie

Od wrót edeńskich... I jąłem wyrzucać

Złowrogim losom, że mi snać zabrały

Prawo do niego — do owego szczęścia,

Które powinno być udziałem człeka,

Jeżeli może być udziałem kwiatu —

Tego biedrzeńca, co z zarośli szydzi

Z mojego losu, tych niebieskich dzwonków,

Na dnie kielicha cichego kryjących

Miód dla — owadu, i tych mleczów złotych

I tych nieznacznych srebrników

I tych stokrótek i tej róży dzikiej,

Co mnie odurza swą wonią...

Las szumiał,

A ponad jego wierzchołkami słońce,

Dosięgłszy swego zenitu, rozlało

Nagle złocistych blasków wielkie morze,

Dźwięczące razem ze szumiącym lasem.

Rozgrana jasność, spływając z jaworów,

Buków i klonów, owionęła duszę

Ciepłem promiennej melodyi, rozkosznej,

Pobudzającej do jakiegoś życia,

Pełnego żaru i wielkiej radości.

Uczułem naraz, że te krwawe bole,

Co przed minutą gryzły tak straszliwie

Ale grzeszne wnętrze, stały się już mitem,

I że nie byłem wygnańcem z Edenu,

Ale dopiero w tej chwili, oczyszczon

Z wszystkich przewinień burzliwej przeszłości

Jakąś nieznaną mi siłą, a jednak

Jakgdyby znaną od dawna, stanąłem

U bramy Raju, który żył dotychczas

Jedynie w moich snach i pożądaniach.

Doznałem naraz uczucia, jak człowiek,

Gdy się pobożnie zbliża do ołtarza,

Na którym Pański mieści się sakrament,

Skryty w misternem cyboryum. Naokół

Jakiejś świętości drżała atmosfera.

I ducha mego pochwyciła naraz

Wielka tęsknota, ażeby na barkach,

Jak legendowy Oferus, świat jakiś

Przenieść przez morze nieznanych przestrzeni.

I tak, jak człowiek nagle przebudzony,

Ku niej, siedzącej na mchów aksamitnych

Miękkiej pościeli, zwróciłem swe oczy:

Ucieleśnieniem wieszczego natchnienia

Wydała mi się, wsłuchana w ten poszum

Starego boru. Naokoło głowy,

Wzniesionej w górę, lekki wiew przewiewał,

Igrając włosem, rozwianym, by sypkie

Włókna drogiego jedwabiu, błyszczącym

W promieniach słońca połyskami złota

Rozpylonego. W wilgotnym błękicie

Rozwartych źrenic, a wlepionych we mnie,

Jak oczy łani, lśnił łagodny ogień

Elektrycznego światłością płomienia,

Uwięzionego gdzieś na dnie głębokiej,

Niebieskiej, czystej, jako kryształ, wody.

Twarz jej oblewał rumieniec, a usta

Nawpół otwarte, oprawione w koral,

Drżały, by lekko wywinięte płatki

W koronie róży czerwonej. Zaiste!

W takiej postaci zjawiał mi się nieraz

W snach moich anioł przebaczeń, zawstydzon,

Że jemu przyszło spełniać miłosierdzie

Nad grzeszną duszą, którą on ukochał,

Jak równą sobie... We mgle moich marzeń

Taką stawała przedemną jutrzniana

Miłość, co, chociaż krew zapala w żyłach

I ciało nęci niezwykłą rozkoszą,

Przecież na takie prowadzi wyżyny,

Gdzie duch nasz z wszystkich otrząsa się strzępów,

Z których mu ziemia szyje brudną suknię,

I, jak pokryty wiecznymi śniegami

Wierzchołek góry olbrzymiej, w swej białej,

W swej nieśmiertelnej świeci się nagości,

Czysty, a piękny!... Rytmicznie wzrastało

I opadało jej łono; snać w serca

Świętym przybytku brzmiał organ uczucia,

Nastrojon szumem i szelestem lasu

W jakiś hymn wielki, rozeprzeć pragnący

Nawę kościoła... Z głębokiem spojrzeniem,

Pełen wylania i jakiejś słodyczy

Niewysłowionej i jakiegoś ognia,

Zwrócona ku mnie, chciała coś przemówić,

Lecz zanim słowo zdołało wypłynąć

Przez wargi świeże, wpół ją pochwyciwszy —

Nagle, jak człowiek, porwany zachwytem,

I przycisnąwszy do piersi, złożyłem

Na tych rozkwitłych, na płonących wargach

Pierwszy całunek — symbol wieczystego

Dwóch dusz złączenia i dwóch ciał, o losach

Rozstrzygający człowieczych, potężny,

Utraconego przed wiekami Raju

Słoneczne bramy wskroś otwierający

Symbol...

Klęczałem u jej stóp, na białych

Płatkach, wyrwanych z wiosennej korony

Jakiegoś kwiatu wiotkiego... Jej ręce,

Jak bluszcz, oplotły drżąco moją szyję,

Usta szeptały rozgrzeszeń wyrazy,

A z jej otwartych, jasnych ócz spłynęły

Dwie duże krople, by perły, na lica

Zarumienione...

Powoli, powoli

Rozkołysany las się uspokajał:

Powoli milkła jego pieśń przedwieczna,

Niezrozumiała dla ludzi dzisiejszych,

Ale uchwytna dla duszy poety.

Przebrzmiał już akord ostatni... Wstaliśmy

I śród storczyków i dzwonków i mleczów,

Pośród stokrotek, jaskrów i srebrników

Obok róż dzikich, od których szczęśliwszym

Uczuł się duch mój, dotychczas nękany,

Oferusową dziś przejęty żądzą,

Powracaliśmy, weseli, złączeni,

Błogosławiący tej symfonii boru.

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Przeprosiny BogaPrzypomnienie (Kasprowicz) →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Przy szumie drzew
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-przy-szumie-drzew--jan-kasprowicz-bc1931
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Przy szumie drzew», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-przy-szumie-drzew--jan-kasprowicz-bc1931.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.