Czas, którego ręce niosą
Gruzy we wszystkie zakątki,
Nie raz tu machnął swą kosą,
I świetne zgładził pamiątki.
Nie miłe niebu ofiary,
Wniosła, z Konstantina grodu,
W środek ciemnego narodu,
Światło chrześcijańskiéj wiary.
Widziałem cerkiew tę z bliska:
Uboga, ciasna i niska;
Lecz sławy nie ćmi ubóstwo;
Widziałem cegieł w niéj mnóstwo;
Ale żadnego nazwiska.
Jacy to byli mężowie;
Może ich wielkość i chwałę
Głosiły miljony całe.
Jacy byli? niech kto powié,
Których tu w każdym parowie
Bieleją kości spróchniałe?
Bo piękne, młode dziewice,
Na sroższe nad śmierć uciechy,
Poszły, z pod rodzinnéj strzechy,
Dzielić pohańców łożnice.
Szczęśliwą była ta branka,
Co, w cnocie, w miłości stała,
Z wstydu i z żalu kochanka,
W bezbożném ręku skonała.
Lecz wy szczęśliwsze jesteście
Dziś tu żyjące niewiasty;
Choćbyście żyły lat dwieście;
Wiek wam nie wróci trzynasty.
Możeby mniéjsza dziś wreście
Była wam trwoga i kara,
Dostać się w ręce Tatara,
Niech powié; te wielkie wały,
Co były miastu puklerzem,
Na czyj tu rozkaz powstały?
Jak licznym groźny rycerzem,
Krwawy Mars ciskał z nich w gniewie
Strzały, pioruny i noże?
Niech powié; lecz nie, nie może;
Czemuż nie może? bo niewié.
Że tutaj trzy są kościoły,
Przy jednym niby to szkoły,
Jest cerkiew ruska wspaniała,
Ozdoba całego grodu,
Zaniedbana bez powodu;
Co choć wieków nie przestała,
Przechodzień ją mija z drżeniem,
By nie dostać w łeb kamieniem.
Był to, jak dawna wieść lata.
Dóm świętego Jozafata.
Żydów przytułek jedyny,
Że karczmy z całéj krainy
Zeszły się do tego miasta.
Ulice w niém bez kamieni,
Więc na wiosnę i w jesieni
Błoto do kolan, i basta.