CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaAdam Asnyk

Adam Asnyk · Modernismo

Poeci do Publiczności

polaco

Z pokorą nasze pochylamy głowy

Przed twoim sądem, o publiko gniewna!

Bo chociaż wyrok bezwzględnie surowy,

Jednak jest słusznym w gruncie, to rzecz pewna;

I przyznać musim, że nasz chór harfowy,

I nasza nuta, szpitalno-cerkiewna

Z całym przyborem schorzałej fantazyi, —

Jest dziś najgorszym rodzajem inwazyi.

Po zgasłych wieszczach w ręce słabe, drżące,

Wzięliśmy lutnie, w których pieśń czarowna

Spoczywa w tonów ubrana tysiące,

Boleścią całych pokoleń wymowna.

Smutno nam słyszeć te echa mdlejące,

Smutno nam wiedzieć, że ta moc cudowna,

Potrząsająca niegdyś ludzi tłumem,

Niezrozumiałym stała się dziś szumem.

Straszno nam strun tych dotykać natchnionych,

Co się prężyły jako serca żywe,

Co miały siłę rozbudzać uśpionych,

I smagać biczem umysły leniwe;

Straszno nam stanąć wobec tych zniknionych,

Rozrzucających piękności prawdziwe,

I pieśń podnosić wśród gawiedzi syków —

Pieśń przygnębionych wstydem niewolników.

Znamy swą niemoc, węża, co nas dławi

I opasuje w swe skręty potworne;

Znamy ten obłęd, co nas zwolna trawi

I z piersi dźwięki dobywa niesforne;

Wiemy, że śmieszni jesteśmy, choć łzawi,

I tak bezkształtni, jako mgły wieczorne:

Ale uznając wszystkie nasze winy,

Chcemy wam złego odsłonić przyczyny.

Jesteśmy dziećmi wieku bez miłości,

Wieku bez marzeń, złudzeń i zachwytu,

Obojętnego na widok piękności,

A więdnącego z nudy i przesytu, —

Wieku, co wczesnej doczekał starości,

Sam podkopawszy prawa swego bytu, —

Wieku, co siły strwonił i nadużył,

Nic nie postawił, chociaż wszystko zburzył.

Wzrośliśmy także wśród dziwnego świata,

Co się zapału i uniesień wstydzi,

Co każdem wzniosłem uczuciem pomiata,

I wszędzie szuka śmieszności i szydzi;

Bawi go jeszcze arlekińska szata,

Lecz ani kocha, ani nienawidzi...

I to jest nasze największe przekleństwo:

Otaczające nas dziś społeczeństwo!

Jego bezduszna, chłodna atmosfera

Już od kolebki duszę nam otacza;

Dziewiczą barwę szyderstwem z niej ściera,

Żadnej świętości marzeń nie przebacza:

Nic więc dziwnego, że ogień zamiera,

Że się fantazya krzywi i wypacza;

Bo tam, gdzie w sercach bezmyślność i bierność,

Krzewić się może jedna tylko mierność.

Każda epoka, co ze swego łona

Wydała pieśni potężnej olbrzyma,

Nosiła wyższej idei znamiona,

Pewien wzór piękna mając przed oczyma,

I sama była miłością natchniona.

Drżąca jak lutnia, którą śpiewak trzyma:

I on dla tego wielkim być nie przestał,

Że miał słuchaczów serca za piedestał.

On zbierał tylko marzenia tęczowe,

Które duch ludu z piersi swej wysnuwał;

Tylko im polot dawał i wymowę,

Ujmował w kształty i w przyszłość posuwał:

Więc kiedy stworzył potężną budowę,

Każdy jej wielkość i prawdę odczuwał,

Bo znalazł wszystko tam ubrane w ciało,

Co w jego piersi niewyraźnie tlało.

Potrzeba było młodzieńczego wieku,

Pełnego ognia, wrażeń i prostoty,

Wykarmionego na cudownem mleku,

Zbrojnego w wszystkie bohaterskie cnoty;

Potrzeba było, ażeby w człowieku

Wykwitła siła nadziemskiej istoty,

Co dumnym czynem w niebiosa się wdziera, —

Ażeby wydać ślepego Homera!

Potrzeba było dla niego tych czasów,

W których lud cały, w pieśni rozkochany,

Słuchał jej chciwie wśród laurowych lasów

I uzupełniał wątek podsłuchany;

I kiedy z długich pokoleń zapasów

Snuł się poemat wielki, niezrównany;

I gdy bohater, i twórca rapsodu —

Zarówno byli chlubą dla narodu!...

I zawsze w wieków minionym pochodzie

Z duchem społeczeństw szli śpiewacy w parze;

Co zakwitało w ludzkości ogrodzie,

To pieśń na swoje przeniosła ołtarze.

Grek, hołdujący jasnych bóstw urodzie,

Znalazł swój liryzm pieszczony w Pindarze,

A ile ognia tlało w jego łonie,

Tyle rozkosznych brzmień w Anakreonie.

Tak samo znowu, gdy po nocy długiej

Świat się odmłodził wiarą i krwią nową;

Gdy barbarzyńskiej ciosami maczugi

Zgruchotał całą przeszłość posągową;

Kiedy cudownie odżył po raz drugi,

Z całą fantazyą świeżą, silną, zdrową, —

Zaraz zaświecił podwójnym brylantem:

Wdzięcznym Petrarką i surowym Dantem.

Szekspir gdy stanął na dramatu szczycie,

Miał pod nogami wielką ludzi wrzawę,

Wybuchające namiętnością życie,

Wielkie gonitwy o miłość i sławę.

A Goethe zastał myśl ludzką w rozkwicie:

Po złote runo wolności wyprawę,

Żądzę ziszczenia ideałów szczytnych

I uwielbienie wzorów starożytnych.

Lecz dziś, gdzie znaleźć jaki sztandar wielki,

Któryby porwał małoduszne zgraje?

Wszechwładnej niegdyś cudów rodzicielki,

Młodzieńczej wiary, świat już nie wyznaje;

Nikt się nie zwraca do tej karmicielki,

Co sercom ludzkim wieczną młodość daje, —

I nie zostało nic z anielskich wizyi

Prócz niedowiarstwa albo hypokryzyi.

Piętrzą się jeszcze gotyckie świątynie,

I wieżycami pną się między chmury,

I dym kadzideł jeszcze w niebo płynie,

I lud się modli, zimny i ponury;

Lecz nad tym jękiem, co bez echa ginie,

Nie ulatuje anioł srebrnopióry

I w chore serca pociechy nie leje, —

I chłód śmiertelny z ciemnej nawy wieje...

Zabrakło wiary, zabrakło płomienia,

Który ożywiał niegdyś mężów dawnych;

Zabrakło cudów, zbrakło pokolenia,

Co cud mieściło w piersiach w stal oprawnych.

Dzisiaj, choć widzim smutne poświęcenia,

Choć widzim ludzi krwią swą marnotrawnych,

Przecież to wszystko tak marnie opada,

Jak kwiat, któremu wnętrze robak zjada.

Miłość ojczyzny?... Ta dziś pustym dźwiękiem,

Co nie brzmi wcale, albo brzmi szaleństwem,

Nasi mężowie, śpiąc na łożu miękkiem,

Biją w dzwon trwogi przed niebezpieczeństwem,

Gdy kto ten wyraz powie z cichym jękiem,

I obrzucają swój naród przekleństwem

Za to, że śmiał się targnąć na kajdany

I drgnął na chwilę, własną krwią oblany....

Miłość ojczyzny! to przedmiot zużyty,

I pogrzebany z poległem rycerstwem,

Starannie w trumnie gwoździami przybity

I przytrząśnięty pleśnią i szyderstwem,

A nad nim klęczy postać jezuity,

Co umarłego gorszy się kacerstwem

I lud poucza, że modna pobożność

Tę ziemską miłość uważa za zdrożność.

Miłość ojczyzny!.. Staroświeckie tema

I rdzą grobowca zgryzione ze szczętem;

Zewsząd mu krzyczą wielkie anatema,

Pokryte słodkim świętoszków lamentem:

Więc, żeby wznawiać rzeczy, których niema,

Trza być półgłówkiem albo też studentem,

I z Don Kiszotem błądzić po manowcach,

By kruszyć kopie na spłoszonych owcach.

A dziś podobna marzeń wybujałość

Jest w naszym świecie wielce karygodną;

Nasze powagi widzą w tem zuchwałość,

Która być może w straszne skutki płodną;

Przyznają wtedy pieśni doskonałość,

Gdy jest, jak oni, bezbarwną i chłodną

I tak strzyżoną jakby ogród włoski,

Mając ucięte i myśli i zgłoski.

Więc nie dziw, że nikt ręką swą nie sięga

Po ten skarb w lutni ukryty ojczystej...

Dla martwych widzów — martwa to potęga,

I może kruszyć tylko pierś lutnisty

I stać zamkniętą, jak ta czarów księga,

Przez długie wieki w ciszy uroczystej,

Póki epoka nie nadejdzie nowa,

Godna odczytać jej cudowne słowa.

Cóż więcej znaleźć?... Sława?... tej nie mamy:

Wszyscy mniej więcej jesteśmy niesławni

I nosim znaczne na honorze plamy,

Pod każdym względem zawsze niepoprawni:

O czystą wielkość zwykle mało dbamy,

I wtenczas właśnie jesteśmy zabawni,

Gdy się stroimy w kawałek łachmanu,

Co się nazywa dziś rozumem stanu.

Ten rozum stanu — wynalazek złoty!

Lepszy niż jaki płaszcz nieprzemakalny:

Pod nim bezpiecznie można szydzić z cnoty

I podkopywać przesąd idealny;

Można ojczyźnie różne czynić psoty,

I łuk w nagrodę dostać tryumfalny, —

Bo on zasłonić zdoła każdą sprzeczność,

Wszelki egoizm, wszelką niedorzeczność.

Istny talizman, który dobre wróżki

Roznoszą same jako płód krajowy

I polskiej szlachcie kładą pod poduszki,

A ta się naraz budząc z bólem głowy,

Na suchych wierzbach umie szczepić gruszki

I cycerońskiej nabiera wymowy!

Tak więc bez pracy, nauk i zachodu

Kraj się zapełnia — gwiazdami narodu.

Przedmiot gotowy dla wieszczów przyszłości!

Będzie go można w gładkie rymy włożyć,

I parafialne pozbierać wielkości,

I epopeję narodową stworzyć,

Co pozostanie Iliadą śmieszności...

Lecz my nie pragniem owej chwili dożyć,

I wolim raczej na swych lutniach drzémać,

Niż próżny pęcherz powietrzem nadymać.

Cóż więc zostaje?... Pieśni erotyczne?

Ale i dla tych braknie w świecie wzorów:

Pogasły w piersiach ognie romantyczne,

Pełne świetności i pięknych kolorów;

A miłość cierpi suchoty chroniczne

I potrzebuje pomocy doktorów,

Co podtrzymują jej zbyt wątłe życie

Przez różnych środków drastycznych użycie.

Nasze anioły i nasze kobiety

Są w sentymenta ubrane po kostki;

Lubią poezyą zajadać na wety,

I lubią także bawić się w miłostki.

Któż by wyliczył ich wszystkie zalety?

Jednej im tylko brak jeszcze drobnostki:

Prawdy w uczuciu... Lecz to rzecz zbyteczna,

Nie modna dzisiaj — nawet niebezpieczna...

Tem, czem są teraz, nie wzniecą tej walki,

Co się toczyła koło murów Troi;

Żadna nie zginie z rąk swojej rywalki,

Żadna się losów Julietty nie boi:

Bo każda, z wdziękiem norymberskiej lalki,

W balowej sukni na wystawie stoi,

I z pochyloną, rozmarzoną główką

Czeka na kupca, co płaci gotówką.

A Romeowie nasi nowocześni

Są jak z żurnalu wycięte figurki;

Tacy bezduszni, tacy bezcieleśni,

Że z nich zaledwie zostały tużurki,

Które, do taktu salonowej pieśni,

Skaczą kadryle, walce i mazurki,

Wzdychając przytem od czasu do czasu

Do dyamentów, gazy i atłasu.

Krew tam nie kipi purpurowym warem

I nie upiększa ciał swoim szkarłatem;

Zmysły, namiętnym nie owiane czarem,

Nie zakwitają egzaltacyi kwiatem, —

A to, co wschodzi, jest tak zwiędłem, starem,

Tak arlekińskiem i tak karłowatem,

Że może służyć na pastwę dewotkom,

Co się pobożnym poświęcają plotkom.

Ale dla pieśni niema tam oparcia:

Tyle tam ziarna, co w pustym orzechu;

Te straszne dzisiaj czułych serc rozdarcia

Na drugi tydzień goją się w pośpiechu.

Do tragicznego zanim przyjdzie starcia,

Cała tragedya kończy się na śmiechu:

Skąd i poezya nasza nosi znamię,

Że jest szyderczą, gdy uczuć nie kłamie.

Trudno wymagać, by na takiej roli

Wytrysła natchnień prawdziwych obfitość;

Trudno geniuszu żądać aureoli

Tu, gdzie się tuczy sama pospolitość;

I trudno miłość śpiewać wśród swawoli,

Co budzi tylko wzgardę albo litość;

Trudno, ach! żądać dziś Anakreona,

Kiedy świat cały na bezkrwistość kona...

Potrzeba śmiać się więc narówni z wami

I razem z wami nad przepaścią pląsać;

Potrzeba kryć się ze swojemi łzami,

I z własnych uczuć głośno się natrząsać, —

Karmić się co dzień skandalem, plotkami,

Różować twarze i przechodniów kąsać,

Wszystko szlachetne zdeptać, sponiewierać;

Potrzeba śmiać się... śmiać się i — umierać...

Jeśli nas teraz potępić pragniecie

Za naszą niemoc, nasze niedołęstwo,

Za rozrzucone poetyczne śmiecie,

Za skoszlawione pieśni czarnoksięstwo, —

Godzim się na to... potępcie, gdy chcecie.

Przy was jest słuszność, przy was jest zwycięstwo;

Lecz tę rozważcie smutną okoliczność:

Tacy poeci, jaka jest publiczność!

Sigue explorando

Por su autor
Adam Asnyk · 185 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Podróżni (Asnyk)Poezye T. 1 (Adam Asnyk) — Asceta →

Expediente

Autor
Adam Asnyk
Título
Poeci do Publiczności
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-poeci-do-publicznosci--adam-asnyk-0c914c
Cita recomendada
Adam Asnyk, «Poeci do Publiczności», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-poeci-do-publicznosci--adam-asnyk-0c914c.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.