CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Pod krzyżem (Kasprowicz, 1912)

polaco

V.

POD KRZYŻEM.

Siła jeszcze godzin przejdzie,

Nim ranek zadnieje;

Siła jeszcze, nim zakończy

Swoją podróż krwawą,

A tu wicher coraz mroźniej

Od północy wieje,

Coraz silniej w oczy sypie

Śnieżystą kurzawą.

Zgasły gwiazdy, które wczoraj

Tak jasno świeciły,

I gdzie droga, trudno znaleźć

W strasznej zawierusze,

Nawet wierzby kędyś znikły,

Gdzieś za mgłą się skryły,

Trzeba będzie łzy wypłakać

I wypłakać duszę,

Ach! bo siła godzin przejdzie

Nim ranek zadnieje,

Siła jeszcze, nim zakończy

Swoją podróż krwawą.

Była sługą w pańskim dworze —

Toć to chleb powszedni,

Który chłopskie dzieci gryzą,

Choć je chleb ten dławi;

Bo cóż poczną na dwóch morgach

Ci rodzice biedni,

Gdy żołądek prawie jeden

Całe żniwo strawi?

Często zboże grad pobije,

Często zmoczą deszcze,

Na przednówku głód dokucza

I nadzieje płonne,

A tu jeszcze czynsz opłacić,

Do kościoła jeszcze

Kupić świecę, chrzest wyprawić

I dać na podzwonne...

Więc też dzieciom na dwór pański! —

Toć to chleb powszedni,

Który chłopskie dzieci gryzą,

Choć je chleb ten dławi.

Nieraz kwiatem zapłonęły

Grusze w dworskim sadzie

I znów nieraz liść powiędły

Gdzieś tam w polu ginie,

Na obdarte, nagie drzewa

Zima lód swój kładzie,

A jej w służbie czas jak płynął,

Tak płynie i płynie.

Wybujała w rosłą dziewkę

O rumianej twarzy,

O przezdrowej, silnej piersi

I o twardej dłoni;

Choć trza nieraz nagiąć krzyża,

Choć się dłoń odparzy,

Znosi wszystko i za strawą

Kraśniejszą nie goni —

I tak kwitły rok za rokiem

Grusze w dworskim sadzie,

Rok za rokiem liść powiędły

Gdzieś tam w polu ginie.

Wtem na wiosnę przybył panicz —

Opuścił stolice,

Gdzie go gładcy ludzie gładkich

Uczyli zwyczajów —

Czas mu wrócić: Dziedzic stary

Wnet zamknie źrenice,

Przytem syt już wszelkiej wiedzy

I syt obcych krajów.

Spodobało mu się zdrowie,

A chłopska dziewczyna

Niech się tylko dębem stawi,

Niech się wzdyć podroży,

Gdy ksiądz proboszcz krnąbrne sługi

Z ambony przeklina,

Pani głodzi, a ekonom

Harapem batoży;

Cóż dopiero taki panicz,

Co zwiedzał stolice,

Gdzie go gładcy ludzie gładkich

Uczyli zwyczajów!

W chlewie zlegnąć jej kazali,

Dali garść barłogu —

Cudzołożnej to wystarczy —

I za czas choroby

Odtrącili jej zasługi —

Toć przecież po Bogu

Karać grzechy — i wygnali...

Wszystkie swe zasoby

Zawiązała w róg fartucha

I dziecię fartuchem

Owinąwszy, do swej piersi

Niewinne przytula

I tak żegna się z tem miejscem,

Lodowem i głuchem,

Gdzie ubili ją pod okiem

Niebieskiego Króla:

Gdzie jej w chlewie zledz kazali,

Dali garść barłogu

I zasługi odtrącili

Za czas jej choroby.

O ty świecie, pełen fałszu,

Wytarty obłudą,

Pomarszczony, zżółkły świecie,

Co kłamiesz modlitwą,

Kłamiesz śmiechem i łzą kłamiesz!

Swoją ręką chudą

Czyjej ty się dotkniesz piersi,

Temu lepiej brzytwą

Pierś rozkrajać i psom rzucić

Zakrwawione serce!

W czyje usta ty się wpijesz

Swą lodową wargą,

Temu lepiej wstrzymać oddech,

Życia skrę po skierce

Gwałtem stłumić, by płomienną

Nie wybuchły skargą —

O ty świecie, pełen fałszu,

Wytarty obłudą,

Zimny, zżółkły, który kłamiesz

Łzą, śmiechem, modlitwą!

Nogi mdleją, twarz się ściąga,

Mgłą zachodzą oczy,

Trzeba spocząć choć na moment,

Nim dojdzie do celu;

Nim przed matką swoją boleść

I swój żal wytoczy,

Ach! bo matka zawsze matką

W smutku, czy weselu!...

Pewno przyjmie i przebaczy,

Rozgrzeje skostniałą

I, jak możni, nie wypędzi

Chociaż z biednej chaty:

Pragnęłaby do matuli

Lecieć duszą całą,

Jako wicher ten, co wieje,

Lub jak ptak skrzydlaty,

A tu nogi już się trzęsą,

Mgłą zachodzą oczy,

Trzeba spocząć choć na moment,

Nim dojdzie do celu.

O mój Boże! mocny Boże!

Toć to krzyż jej znany,

Przed pięcioma jeszcze laty

Stroiła go w wieńce!

Niedaleko też i wioska,

Matki dom ciosany,

Gdzie raz pierwszy na jej twarzy

Zakwitły rumieńce!

Tu się oprze i wypocznie

Na maleńką chwilę

I dziecinę snać umarłą

Do życia dochucha.

Potem kroku wzdyć przyspieszy

O rzeźwiejszej sile

I matczynych słów pociechy

Rzeźwiejsza wysłucha...

O mój Boże! mocny Boże!

Toć to krzyż jej znany

Przed pięcioma jeszcze laty

Stroiła go w wieńce.

Widzi matkę: chce ją witać,

Ramiona otwiera,

I przebacza ciężką winę. —

Ona odpoczywa...

Chleb podaje i polewkę,

Przytem taka szczera,

Tuli dziecko i zziębniętą

Do kominka wzywa...

Ona ciągle odpoczywa —

Chce wyciągnąć ręce,

A tu ręce jak skostniałe —

Ona odpoczywa...

Chce przemówić, a tu usta

Jakby niemowlęce,

Tylko jeden cięższy oddech

Z ust jej się wyrywa —

Widzi matkę: chce ją witać,

Ramiona otwiera

I przebacza ciężką winę —

Ona odpoczywa.

Siła przeszło gorzkich godzin,

Poranek już dnieje,

Siła przeszło, ona podróż

Zakończyła krwawą.

Wiatr już teraz od północy

Tak groźnie nie wieje

I już w martwe oczy śnieżną

Nie sypie kurzawą.

Nic jej zorze, co tak będą

Znów jasno świeciły,

I nic droga, której ślady

Znać po zawierusze.

Nic jej wierzby, co się teraz

Z za mgieł wychyliły:

Wypłakała już łzy wszystkie,

Wypłakała duszę —

Siła przeszło godzin ciężkich,

Poranek już dnieje,

Siła przeszło, ona podróż

Zakończyła krwawą.

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Po deszczu (Kasprowicz, 1912)Pod lasem (Kasprowicz, 1926) →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Pod krzyżem (Kasprowicz, 1912)
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-pod-krzyzem-kasprowicz-1912--jan-kasprowicz-e3d479
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Pod krzyżem (Kasprowicz, 1912)», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-pod-krzyzem-kasprowicz-1912--jan-kasprowicz-e3d479.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.