CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJuliusz Słowacki

Juliusz Słowacki · Romanticismo

Pieśń trzecia

polaco

Na dworach wówczas nasze Wojewody

Trzymali sobie nadwornych Gęślarzy.

Ci byli jako rycerstwa Rapsody

Zazwyczaj mądrzy, ślepi już i starzy.

Jako pancerze srebrne długie brody 5

Na piersiach mieli, a słoneczność w twarzy.

Liry nosili małe, ale sławne,

W koral lub w srebro lub bursztyn oprawne.

W ręku trzymali niby pastorały

Długie, wierzbowe, ostrugane kije. 10

Tymi — bywało — chłopczyków chorały

Pędzą — i wiodą takt przez harmonije;

A kiedy w górę kij podniosą biały —

Wtenczas z choralnéj pieśni piorun bije:

A kiedy spuszczą na dół berło dziada — 15

To na kolana pieśń jak Anioła spada.

O takim kiju, z lireczką u pasa

Stał stary Rapsod Swityna u proga.

Na płaszczu — pomnę — była różna krasa

I łaty różne; — zda się, że płaszcz z Boga, 20

Na którym zorza w błękitach dogasa

I różne światła płoną. — Jego noga

Bosa dziś świeci przed memi oczyma,

W obowiązkach, srebrna jak muszla pielgrzyma.

Tak z wysławioną naprzód nogą bosą 25

Podróżny żóraw, na białym kosturze

Oparty, z twarzą jasną, srebrnowłosą,

Stał w płaszczu starym jak w błękitnéj chmurze

I list podawał. — Iryda za kosą

Wlekąca tęczę, gwiaździce i róże 30

Nie jest mi piękną tak... gdy z niebios spada...

Jak to wspomnienie dawne — tego dziada!

O! złote serce śpiewaka i sługi

Tak po męczeńsku cierpiące dla Pana!

Miéj grób! którego nie rozorzą pługi 35

Do zaklętego podobny kurhana;

Wiecznie tu wstawaj w pieśni! i wiek długi

(Aż znowu ta pieśń będzie zapomniana)

Przykładem ludzi do miłości znęcaj!

Śpiewaj! — a liry też czasem pokręcaj! 40

Niech mi przypomni czary tobie znane,

I słowa dobre na serc otwieranie,

Porządne, ważne i uszykowane

Rzędem, jak dźwięku anioły w organie;

A przebacz mi już tę okropną ranę 45

I to straszliwe nóg przyćwiekowanie

Któreć odjęło (to coć najboleśniéj!)

Twój najpiękniejszy czar — wędrowność pieśni!

On mi podawał list, — a ja na nodze

Jego oparłem miecz żelazny, krzywy, 50

I czułem że mu między kości wchodzę:

A on stał — jak Bóg wielki — bo cierpliwy!

Mieczem przygwożdżon w kamiennéj podłodze

Którą czerwienił krwawy koral żywy...

Stał... obwinięty ów żebrak w błękicie... 55

I tak się na mnie patrzał, jak na dziécię.

A ja nie zdjąwszy miecza z jego rany,

Owszem głębiéj go zapędzając w koście,

Czytałem słowa, które jak szatany

Paliły mi mózg i gryzły wnętrznoście. 60

Ten list! na sercu mojém zapisany,

Nad wszystkie ducha mego okropnoście

Głębiéj swe straszne zarzuty wykował!

Bo mną ten człowiek gardził — choć miłował...

„Kacie Ojczyzny mojéj! i tyranie! 65

Mój królu wczora! (pisał Swityn stary)

Na dobrowolne poszedłem wygnanie,

Abyś przez mój zgon nie dopełnił miary...

Ty mię wyganiasz? a ja o mój Panie!

Żołnierzy wszystkich serca i sztandary 70

Zostawiam tobie, — sam znikam bez wieści —

Sam nic nie biorę z sobą — prócz boleści...

A byłbym chętnie dał głowę strudzoną

Pod miecz twój; chętnie w ręce twoje złożył

Tę głowę ściętą ale uśmiechnioną 75

Któréj Bóg nigdy śmiercią nie zatrwożył:

Gdybyś ty jeszcze miał człowieka łono,

O nad kościami ludzi się nie srożył,

Gardząc miłości ostatniém spojrzeniem,

Mszcząc się nad kością — jak pies nad kamieniem. 80

Aniołowie mię dziś ostrzegli złoci

We śnie. — Twój sam duch stanął pod kotarą

Tak jak pochodnia świecąca w wilgoci,

Cały oświecon ogniami i parą.

Tyś mię sam ostrzegł!... a to nie z dobroci, — 85

Ale żeś taką dziś stał się poczwarą,

Że słychać ciebie — i czuć — choć z daleka —

Kiedy pomyślisz — o śmierci człowieka...

Duch litośniejszy twój jest Ci za szpiega,

On naprzód zgniłe twe serce wypyta, 90

A potem chodzi i ludzi ostrzega,

Gdy twoje ciało śpi — a ząb twój zgrzyta:

Duch twój wychodzi i po kraju biega

I targa włosy — jęczy jak kobieta —

Ty zmordowany jego lamentami 95

Wstajesz, nie wiedząc żeś płakał nad nami...

Jakiś cię Anioł okropny odmienił

I przysłał dzieło wypełniać straszliwe:

Lud rozhartował — a ciebie skamienił,

I kazał ludy orać jako niwę — 100

Abyś co? — wiatry wiejące spłomienił

Duchami? które wyszły z ciał — a żywe

Wkrótce w Anielskiéj zjawią się ozdobie...

Jak wiatr na ciebie! — i przeciwko tobie!...

Miéj więc dzień jeszcze ten jeden w zarządzie 105

Siłę która jest w mieczu i toporze...

Ja ciebie czekam na ostatnim sądzie

Z tym listem... który w mogiłę położę!

Czekam za światem ciebie! na wylądzie

Brzegu o który grzmi ogniste morze 110

Krwią twoją jasne i zafarbowane!

Czekam! — z tym listem przeciw Tobie stanę!...

Tu ci nie błyśnie więcéj moje lice,

Choć niedaleko lecę... żóraw szary.

Pobytu mego mają tajemnicę 115

Ja tylko — mój koń — i mój Rapsod stary.

Prędzéj byś zgonił letnią błyskawicę

Niż mego konia. — Człowieka zaś wiary

(Jeśli cię starość i pieśń pełna wdzięku

Nie skruszą?) spróbuj królu, masz go w ręku!“ 120

Taki był straszny starego Swityna

List... ja w nim groźbę jęczącą słyszałem,

I opór ducha, który się zaczyna

Od jęku tylko... a staje się ciałem.

Więc jak skrzydlata skoczyłem gadzina 125

Z całą wściekłością! z całym ducha szałem!

Choćby królestwo całe przyszło ruszyć!

Wszystko!... a złamać harfiarza — lub skruszyć!

Stary był... pomnę.. Zorjan się nazywał. —

Gdy go palono, cichszy od owieczki, 130

Na lirze sobie czasami podgrywał.

I szedł przez ogień z uśmiechem piosneczki.

Ani klątw rzucał — ani wydobywał

Głosu wielkiego z maleńkiéj lireczki:

Głaskał ją tylko (wyjaśniwszy lice), 135

Niby zlęknioną, białą gołębicę.

Zdawał się mówić i twarzą i ręką,

Jakby nad brzegiem szemrzącego zdroja:

„Nie bój się liro! bo śmierć nie jest męką!

Ani się lękaj cielesnego zdroja!... 140

Nie bój się moja maleńka lirenko,

Nie bój się siostro! nie bój córko moja! —

A na toż by to nasza mądrość była,

Gdyby przed śmiercią skonać nie uczyła?

Przyjmowano cię po domach i chatach, 145

Pókiś ty ze mną była wędrownicą.

Bądźże dziś wdzięczna — a nie płacz przy katach,

Bo się ucieszą i ton twój pochwycą.

Czekaj — wstaniemy oboje po latach,

Gdy błysną łuki z tęcz nad okolicą!... 150

Wstaniemy razem z wielką jaką zgrają

Harfiarzy, co jak Anioły śpiewają!

Czekajże liro!... śpij!... Błogosławiona

Ta błyskawica jasna i rumiana!“

Tu wzięty w złote ogniste ramiona 155

Zniknął. — A mój duch uczuł wtenczas Pana.

Czeluść okropna mych ust otworzona,

Suchość i jakaś pożarność gardlana...

Pierś, która wiatru się więcéj nie bierze,

Ostrzegły... że już do piekła należę... 160

Dysząc na konia siadłem... od popiołów

Które pożarły pieśń obsypan... w szale.

A tłum siepaczy, jakby archaniołów,

Ubrany w złoto, w bursztyn, w miedź i w stale,

W skrzydła — w moc wielką tortur, gwoździ, kołów 165

Zaopatrzony;... za mną w Wisły fale

Rzucił się gotów mordować do końca.

Wszyscy na koniach jaśniejszych od słońca.

Ja przodem. — W czerep czarny, ołowiany,

Ukrywszy głowę moją jak w kapturze, 170

Bom w sobie uczuł wstyd nieopisany (w chmurze

Twarz mieć jak gryszpan, wzrok jak ogień,

Przypadłem w zamek jeden nad Wiślany,

Który zastałem cały już w purpurze —

Że trupy swoje wyrzezane chował. 175

Duch mój przedemną tam był — i mordował.

I przestraszyłem się — bo mi z pamięci

Wczora wydane rozkazy wypadły. —

Katowie stali wszyscy trwogą zdjęci.

Stali blademi przedemną widziadły; 180

Jam wrzeszczał: kto tu prędzéj niż me chęci?

Niż myśli moje? kto srożéj zajadły

Na krew Swityna niż ja, wpadł w pokoje?

Kto tu wypełnił jak Bóg — myśli moje?

Duchowi memu to przypisać muszę, 185

Bo ziemia nie ma takich rozbójników!

Zmiękczyłyby ich te dzieciątek dusze,

Ta wyspa pełna wierzb, olch i słowików;

Te sionki z cedru... które głosem ruszę —

A one pełne ech, jęków i krzyków, 190

Swityna głosem brzmią na każdym piętrze

Jakby starego instrumentu wnętrze.

Ja jeden... który do szaleństwa skłonność

Mam — wpadłem tutaj o jutrzenki świtach;

Ani sal cisza, ani belek wonność, 195

Ani pieśń rodu śpiewana w sufitach,

Ani mię zemsty nieudolnéj płonność,

Ani szatan tu, ani Bóg w błękitach

Nie zatrzymali. — Nic nie ma na Niebie!

Ja sam jak pan Bóg będę sądził siebie! 200

To mówiąc kostur wraziłem okuty

W ścianę i rzekłem do moich oprawców:

Tę noc na ucztę; jutro dzień pokuty

Dla mnie i dla was zbrodni wykonawców. —

Tu zamek cały błysnął nakształt huty 205

Ognisk czerwienią... a ja, tych bladawców

Zbrodniami bladych otoczony wieńcem,

Siadłem — trup jasny pijaka rumieńcem.

I ucztowaliśmy w zamku wygodnie.

Swityna własne nam służyły misy, 210

Stągwie, kobierce, czary i pochodnie,

I krwią cuchnące wonnych ław cyprysy.

Czary nam do rąk podawały Zbrodnie —

Widma... w płaszczach z krwi, z zielonemi rysy,

Stojące z boku upiory czerwone, 215

Wyraźne... a gdyś spójrzał wprost — zniknione.

A wtém przyleciał giermek zadyszany

I te wyrazy z ust wyrzucił skore:

Panie! Ogromny znak jest ukazany!

Na niebie miotła płomienista gore. — 220

Jam zbladł: i kostur wyrwawszy ze ściany,

(Sądząc, że widzę ducha albo zmorę

Która mi wróżbę nieszczęśliwą szczeka)

Na wskróś przeszyłam w pierś tego człowieka.

A sam wybiegłem na ganek odkryty, 225

Z którego widok szedł po okolicy

Na drżące wielą gwiazdami błękity,

Poddane jednéj ogromnéj gwiaździcy...

To jako wielki miecz z pochew dobyty,

Karbunkuł miała czerwony w głowicy; 230

A ten się błyskał i mienił na zarzy

Jak oko w ducha niewidzialnéj twarzy.

Wtenczas... w téj gwieździe oczyma usiadłem,

I mocowałem się z nią jak z szatanem;

Truciznami ją serdecznemi jadłem, 235

Trawiłem jadów duchowych gryszpanem.

Więc czasem ona — a czasem ja bladłem.

Ażem nareszcie padł... jedném kolanem

Przyklękły... dysząc... przejasnemi świty

Jak rycerz w szrankach dzidą w pierś przebity. 240

I obaczyłem w gwiaździe niby znamie

Ognistsze... powiek mgnięcie i błysk oka:

Wtenczas uczułem że mi ducha łamie

Na wieki jakaś moc — straszna — głęboka.

Więc obróciwszy ku ludziom przez ramię 245

Twarzy — i palcem ognistego smoka

Który w niebiosach wił jasnym ogonem

Wskazując rzekłem: Przyszła z moim zgonem

Kometa. — I tu, coraz bardziéj blady,

I mieszając się już, rzekłem ponuro: 250

Świat zwyciężyłem: i oto są ślady

Żem duch mający moc — nad tą naturą!

Gwiazdy tę gwiazdę wysłały na zwiady

Czym żyw? czy jeszcze okryty purpurą

Czynię rzecz króla, człowieka i zboja? 255

Niebo się zlękło o świat. — To śmierć moja.

Idźcie... Już więcej nie jesteście sługi

Mojej wściekłości, lecz rycerze twardzi.

Kupiłem naród krwią... i nad jéj strugi

Podniosłem ducha który śmiercią gardzi. 260

Nie jeden sobie wieśniak wieczór długi

Umili pieśnią — i tém się rozhardzi,

Że będzie o swych ojcach przypominał,

Jak śmiało na śmierć szli — gdy król wyrzynał!

Co do mnie?... jam jest bicz okropny, Boży, 265

I będę cierpiał, co mi przeznaczono.

Za chwilę jednę otchłań się otworzy!

Piorun rozerwie moje wielkie łono!

Wściekłoście... jak psy spuszczone z obroży!

Żądze.!. jak słońca ogniste rozpłoną! 270

Ogromne ze mnie na wiatr pójdą cienie —

Wszech miłość zmyta w krwi — i wszech cierpienie!

Duch mój odpowie. Lecz wy jak dzieciątka,

Jak białych jagniąt jesteście gromada.

Wszystko com czynił, szło z jednego wątka, 275

I cały ciężar zbrodni na mnie spada.

W kurhanach tylko zastanie pamiątka,

I w pieśni długiéj wędrownego dziada,

Żem żył. — Chwasty mi porosną na grobie...

Inny was Anioł rozmiłuje w sobie... 280

Ale po latach!... — Chciałem mówić więcéj,

Wtém się zaczęła kości targanina.

Przez ołowiany kaptur sto tysięcy

Szło iskier... topniał na mnie drut i cyna.

Chciałem zachować dumny kształt xiążęcy, 285

Lecz tak pękałem się jak w ogniu glina.

Oczy się chmurą zasłoniły czarną

I duch się cały skupił w jedno ziarno.

Nic więcéj. — Straszne zaćmienie i głusza!

Na sercu ręki Bożéj położenie: 290

Docisk ostatni — pod którym się dusza

Pękała w skazy, a wzrok szedł w sumnienie. —

Więc jako robak co się w ogniu rusza,

Tak ona — póki w ustach było tchnienie —

Leżała na dnie swéj serdecznéj plamy... 295

Aż Bóg otworzył jéj — wieczności bramy.

Taki był koniec mojego żywota

Śpiewany długo w kraju przez Rapsodów:

Którzy nie doszli w czém była istota

Czynów? w czém wyższość od Rzymskich Herodów? 300

Nademną była myśl słoneczna, złota,

Do niéj moc ciemnych okrwawionych wschodów

Wiodła mię prosto w złotych celów progi:

Jam szedł... jak rycerz krwawo — i bez trwogi.

Życie dźwięczało w każdéj ducha strunie, 305

Moc słychać było w każdym moim kroku:

Choć być na takiéj drodze? — lepiéj w trunie!

Choć z myślą taką? — lepiéj z włócznią w boku!

Prędzéj? czy później? deszcz piorunów lunie

Na orła który słońce miał na oku: 310

Na mnie — żórawia z wyciągniętą szyją

W przyszłość — pioruny Boże jeszcze biją...

Ale przezemnie ta Ojczyzna wzrosła,

Nazwiska nawet przezemnie dostała;

I pchnięciem mego skrwawionego wiosła 315

Dotychczas idzie: Polska — na ból — skała...

Fala ją druga nieraz z drogi zniosła,

I duch jéj święty poszedł w kwiaty ciała

Bezwonne, martwe... lecz com ja wycisnął

Pod krwią?... tém zawsze zwyciężył gdy błysnął!... 320

Śpijże mój kształcie pierwszy... z ducha zdjęty...

Świecący w dali jak xiężyc na nowiu;

Upiorny... za krew wylaną przeklęty...

W koszuli z drutów i w czepcu z ołowiu.

Klątwa na ciebie! jak na dyamenty, 325

Na bazaltowe kolumny w pustkowiu

Pierwszéj natury z ducha budowane,

W ciemność i w chmury i w piorun ubrane...

Lecz ja na tobie nogę postawiłem,

I daléj szedłem; a jużem był Boży. — 330

Morza się cofną, góry pójdą pyłem,

I świat się komet deszczami zatrwoży,

Gdy duchem spełnię — co ciałem spełniłem;

Duch — ukazany w pierwszéj świata zorzy...

Któremu Pan Bóg swych zasłon uchyla, 335

A lat tysiące są jak jedna chwila.

Sigue explorando

Por su autor
Juliusz Słowacki · 192 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Pieśń trzeciaPieśń trzecia →

Expediente

Autor
Juliusz Słowacki
Título
Pieśń trzecia
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-piesn-trzecia--juliusz-sowacki-36ef16
Cita recomendada
Juliusz Słowacki, «Pieśń trzecia», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-piesn-trzecia--juliusz-sowacki-36ef16.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.