CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaPiotr Kochanowski

Piotr Kochanowski · Barroco

Pieśń siedmnasta

polaco

Gaza, nad morzem miasto położone,

Iest na gościńcu tuż przy Palestynie,

Ku Damiacie, a ma niezmierzone,

Przyległe piasku suchego pustynie,

Które tak wichry mieszaią szalone,

Iako wiatr — morze, y często tam ginie

Nie ieden pielgrzym, zasuty piaskami

Y pogrzebiony wielkiemi zaspami.

Król ią z Egiptu miał za pogranicze,

Od dawnych czasów wydartą Turkowi.

A iż na woynę przyszłą [co się tycze

Bliskości] beła sposobna królowi —

Memphim swey dawney odbieżał stolice,

Y tu ią przeniósł, y teraz ludowi

Wszystkiemu z państw swych kazał się tam ściągnąć,

Chcąc w pole prętko na woynę wyciągnąć.

Iako się w ten czas te państwa rządziły,

Iowiszowego powiedz córko rodu,

Iakie egipski w ten czas król miał siły.

Iaka moc beła którego narodu,

Kiedy się woyska do kupy schodziły

Z południa y od ostatniego wschodu.

Ty sama, Panno, roty y hetmany,

Y możesz świat w pół mianować zebrany.

Skoro się z mocy cesarza greckiego

Egipt wyłamał, wiarę odmieniwszy;

Ieden się z rodu Machometowego

Panem uczynił, dwór tam założywszy:

Kalif nazwany; potem od pierwszego

Każdy król, pierwsze imię swe złożywszy,

Kalif się zowie: tak Pharaonowie,

Tak szli porządkiem Ptolomeuszowie.

Tak się za laty państwo rozszerzyło,

Takiey możności, takiey beło ceny,

Że w się w Azyą y Libią kryło,

Od Marmaryki y płodney Cyreny,

Po brzeg syryiski potem zachodziło

Przeciw Nilowi, za klima Syeny;

Ztąd się ciągnęło do pustyń piaszczystych,

Ztąd Euphratowych do wód przeźroczystych.

W prawo y w lewo w sobie zamykało

Bogate morze y brzegi pachnące,

Y za Morze się Czerwone ściągało,

Na wschód y kraie murzyńskie gorące.

Wielkie bogactwa, wielkie siły miało,

Lecz państwo przez się możne y kwitnące,

Możnieysze sam król czynił z każdey strony

W cnotach królewskich, w woynach wyćwiczony.

Woiował długo z Turki y z Persami,

Wygrawał często, często też przegrawał;

W nieszczęściu większywiętszy — tak twierdzili sami

Nieprzyiaciele — niż w szczęściu zostawał.

A kiedy się iuż wielkiemi pracami

Y laty stargał y w sile ustawał,

Odpasał szablę y zbroię położył,

Lecz żądzeżądzey władzywładzey szerokiey nie złożył.

Ieszcze woiuie przez swoie hetmany,

Wspaniały w sercu y poważny w mowie.

Y monarchiey z wielu państw zebrany

Ciężar nie cięszki ieszcze iego głowie;

Z Afryką, w drobne rozdzieloną pany,

Na iego imię drżą mali królowie;

Dalecy mu się Indowie kłaniaią,

Ci lud na woynę, ci trybuty daią.

Taka możnego króla beła siła,

Gdy woyska w pole wysyłał zebrane,

Bo go francuska potęga trapiła,

Y szczęście iemu dawno podeyrzane.

Tam też Armida przyszła y trafiła

Prawie, gdy woysko miało być pisane

W przestronem polu, kędy nad pięknemi

Łąkami — iezni miiali z pieszemi.

Król w maiestacie wyniosłem, na górze

Siedział, na który wchodzono stopniami.

Baldekin złoty, rozpięty na sznurze

Wisiał, drogiemi tkany iedwabiami;

Ten miał nad sobą, sam zaś beł w purpurze,

A drogi deptał złotogłów nogami.

Z miękkiey bawełny zawóy wity w koło

Zdobił mu skronie y wesołe czoło.

W ręku miał sceptrum. Brody długiey siwe

Włosy mu wielką powagę czyniły;

Śmiałość mu oczy wydawały siwe,żywe,

Które się laty nic nie odmieniły.

Lubo się ruszył, lub weyrzał — prawdziwe

Wszystkie postępki królewskie w niem były.

Fidyas pono Iowisza takiego

Uczynił, ale grom ciskaiącego.

Ieden satrapa przednieyszy prawice,

A drugi boku lewego pilnuie;

Tamten miecz trzyma u złotey głowice,

A ten urzędu znak, pieczęć piastuie.

Ieden królestwa wszystkie taiemnice,

Y pospolite sprawy odprawuie,

Drugi hetmani y woyskami rządzi

Y rządu strzeże y występne sądzi.

A Cyrkassowie po oboiey stronie,

Straż iego wierna, stali mu na oku;

Ci krom karacen y oszczepów, bronie

Krzywe nosili u iednego boku.

Tak w ten czas siedział na wysokiem tronie,

Wszystkiemu swemu woysku na widoku,

A roty wszystkie, kiedy go miiały,

Czołami biły, chorągwie schylały.

Pierwszy z Egiptu lud się popisował,

Od czterech swoich wodzów prowadzony;

Dwu górny Egipt, a dwu wyprawował

Dolny, od Nilu płodnego sprawiony.

Ten w morze mułu naniósł y zgotował

Bez wielkiey pracey rodzayne zagony,

Gdy słońcem przesechł; o, iak tego siła

Iest wewnątrz, gdzie wprzód brzeg y woda była.

W pierwszem szli półku, co ku zachodowi

W Aleksandryiskich równinach mieszkali,

Y pola słońcem spalone, brzegowi

Afrykańskiemu przyległe, orali.

Araspes — beło imię ich wodzowi,

A iako o niem wszyscy powiadali:

Nie mężny, ale fortelów beł pełny,

Y na woienne zasadki subtelny.

Wtóry półk wiedzie Aronteus, z włości

Azyiskich, które na wschód się chyliły.

Ten w sobie żadney nie miał swey godności,

Ale go zacnem tytuły czyniły;

Ieszcze woiennych nie skusił przykrości,

Ranę go trąby ieszcze nie budziły;

A teraz go czci pragnienie tak bodło,

Że go od wczasów na woynę wywiodło.

Trzeci nie beł półk, ale się tak zdało,

Że woysko pola niezmierne okryło;

Rzekłbyś, że ich nic w państwie nie zostało,

Chocia z iednego miasta wychodziło,

Miasta, które się powiatom równało,

Takie, tak wielkie przestrzeństwo w niem było:

Kair wspominam, z którego wychodził

Lud ten, a Rampson ich wódz ie przywodził.

Gazeł czwarty półk wiódł tych, którzy koszą

Blisko Egiptu obfite pszenice

Y wyżey, aż tam, gdzie z niebieską rosą

Nil spada na dół do morskiey granice.

Egipscy ludzie szable tylko noszą

Y łuki, boby zbroie y przyłbice

Nie udźwignęli, a w bogatem stroiu,

Chciwość do łupu, nie strach czynią w boiu.

Z Ptolomaidy potem przechodzili

Mdli, nadzy ludzie z Alarkonem swoiem,

Którzy się przedtem długi czas żywili

Po pustych brzegach łupem y rozboiem.

Iuż lepsi króla sumarskiego byli,

Co za niemi szli, ale wstępnem boiem

Nic nie umieli. Król trypolski po niem

Szedł z swoiem ludem, dzielnem kręcąc koniem.

Z obu Arabiy, z Skalistey, z Szczęśliwey,

Ludzie po królu trypolskiem miiaią,

Co nocorówniey podlegli życzliwey,

Zbytniego zimna y ciepła nie znaią.

Gdzie ambra roście, kędy wiecznożywey

Nieśmiertelności Pheniksa widaią,

Który na wonnem gniaździe [ieśli słuchy

O tem prawdziwe] ma grób y pieluchy.

Iuż ci po prawdzie nie tak beli stroyni,

Ale broń mieli by Egiptczykowie,

Y tak ubrani y tak beli zbroyni.

Po nich szli zaraz lekcy Arabowie;

Ci miasta błędne — zawżdy niespokoyni —

Wloką za sobą, zawżdy pielgrzymowie:

Wzrost mały, cienkie białogłowskie głosy,

Twarz czarną maią, czarne długie włosy.

Ostremi z końców żeleźcami tknione

Indiyskie trzciny w biegu z koni miecą,

Które tak rącze, tak są nieścignione,

Że lekkie wiatry ledwie prędzey lecą.

Pierwsze wiódł Syfax w szeregi sprawione,

Poślednie Aldyn miał pod swoią pieczą,

Trzecie prowadził Albiadzar zbóyca,

Nie rycerz, ale raczey mężobóyca.

Za Albiadzrem zaraz przechodzili

Mieszkańcy wysep obeszłych wodami,

Którzy na Morzu Arabskiem łowili

Konchy drogiemi bogate perłami.

Y czarni z niemi, którzy się rodzili

W lewo nad Wody Czerwoney brzegami

Tamtych Agrykalt, tych iest przełożonem

Ośmid, co każdem pogardza zakonem.

Za niemi potem szli Ethyopowie,

Z Meroc wyspy od Nilu sprawioney,

Y z Astrabory [iako się dziś zowie]

Na trzy królestwa, na dwie rozdzieloney

Wiary. Asimir y Kanar królowie

Wiedli ich, oba złey sekty mierzioney

Machometowey, trzeci z żadney miary

Nie chciał iść z niemi, co beł naszey wiary.

Więc dway królowie z woyskiem ustroionem

W łuki, w szyszaki, z kraiu dalekiego:

Ieden król z Ormus, miasta pięknem łonem

Perskiego morza w koło obeszłego;

Drugi z Boekan, na wyspie przestronem,

W łonie wielkiego przystępu morskiego,

Ale kiedy zaś morze wzad uchodzi,

Suchemi pielgrzym nogami przechodzi.

Y ciebie młoda żona Altamorze

Ustawnem płaczem swem nie utrzymała,

Która — lub padły, lub wstawały zorze,

Na twóy nieszczęsny odiazd narzekała:

„Takli — pry — wolisz na straszliwe morze,

Niż na mię patrzyć?! Czegom doczekała?

Że wolisz dźwigać brzemię cięszkiey zbroie.

Niźli piastować małe dziecię swoie“.

Z Sarmakanty to król beł zawołany,

Ale naymnieyszą chwałę miał z korony;

Większą z dzielności, bo między hetmany

Nayprzednieyszemi mógł bydź położony.

Nakarmi pewnie boiu Chrześciiany

Y da się iem znać. Lud wiedzie ćwiczony,

Zbroyny, który ma karwasze na ręku.

Szable u boku, buławy u łęku.

Aż od dalekiey iutrzenki przyiechał,

Y szedł na popis Adrast srogi, który

Y karaceny y zbroie zaniechał,

Ale miał kaftan z twardey smoczey skory,

Na wielkiem słoniu przed kalifą iechał,

Równy wierzchowi iakiey małey góry,

A lud prowadził, który z Ganga piie,

Y w dalekich się ludów morzu kryie.

Zatem dopiero rycerze wybrani,

Kwiat piękney młodzi się popisowali,

Którzy królewską służbą uwiązani,

Godne nagrody y żołd wielki brali.

Na dzielnych koniach, zbyt pięknie ubrani,

Pana swoiego szeregiem miiali;

Z światła, co z pięknych purpur wychodziło,

Y z zbróy złocistych niebo się świeciło.

Między temi beł Odmar z Rymedonem,

Który się często poiedynkiem biiał;

Mężny Hidraot z śmiałem Alarkonem,

Który na morzu długi czas rozbiiał;

Y Ormund dzielny z Tygranem ćwiczonem

W zwodzeniu bitew. Po tych zaraz miiał

Marbust arabski z Albraki obfitey.

Co z Arabiey imię wziął podbitey.

W temże beł półku Albudzar z Pirgantem,

Y z Arymonem Orynd okrutnikiem,

Armin y Brymart y z Aryodantem

Bastragor, co beł sławnem zapaśnikiem;

Furs, okruciciel koni z Mandrykantem

Y z Agrykaltem wielkiem naieźnikiem;

Tyzafern pierwszy rycerz, iako o niem

Twierdzili, lub się pieszo bił, lub koniem.

Książe ormiańskie beł ich przełożony,

Który w młodości wiarę chrześciiańską

Porzucił, przedtem Klemens beł rzeczony,

Teraz Emiren, skoro wziął pogańską.

Wierny królowi y znał z każdey strony

Przeciwko sobie iego łaskę pańską.

Rycerz y hetman wielki y z dzielności,

Z serca, z rozumu y z umieiętności.

Kiedy iuż wszyscy przeszli, niespodziana

Armida się z swem pocztem ukazała;

Y bohatyrka krótko ukasana.

Na złotem wozie saydaczna iechała.

Iey przyrodzona gładkość niezrównana

Tak się w iey twarzy z gniewem pomięszała,

Że y surowość z oczu iey patrzyła,

Y groziła spół y grożąc wabiła.

Iey wóz beł taki, iaki więc Phebowy

Bywa z Piropów, a woźnica chwoszcze —

Uczenie dyszel kieruiąc wozowy,

Łogoszem spięte cztery iednoroszcze.

Na stu pacholąt białe srebrogłowy

Y na stu panien beły, a potroszcze

Złota w nie wtkano. Białe konie mieli,

Z łuki, z saydaki wszyscy, wszyscy w bieli.

Za pannami tuż y za pacholęty

Idą iey ludzie, które wiódł z Syryey

Od Hidraota Aradyn naięty

Z wielkiego żołdu, rodem z Bithyniey.

Iako iużgdy Phenix na złotych rospięty

Skrzydłach, swey leci do Ethyopiey;

Świat się dziwuie, ptastwa gęste w koło

Zalatuią go to w bok, to na czoło:

Tak się na ten czas każdy iey gładkości

Y iey urodzie y stroiom dziwował;

Y żaden nie beł tak wielkiey twardości,

Żeby się tam beł iey nie rozmiłował.

A choć w gniewliwey beła surowości,

Każdyby ią beł sobie rad zhołdował.

Cóż? kiedy w śmiech twarz wesołą oblecze,

Kamienie miękczy — cóż serce człowiecze?!

Skoro minęła, król z tronu wielkiego

Kazał do siebie przyiśćprzyść Emirenowi.

Chcąc go hetmanem mieć woyska swoiego

Y generałem wszystkiemu ludowi.

Który — iuż wieszczek mieysca tak zacnego,

Niósł godne czoło temu urzędowi.

Cyrkassowie się zbroyni rozstąpili,

Y przez lud gęsty drogę mu czynili.

On głowę schylił y padł na kolana,

A król do niego z poważną postawą:

„Ciebie — powiada — chcę mieć za hetmana,

Ty rządź tem woyskiem, ty właday buławą.

Iedź, wyzwól zaraz żydowskiego pana,

Idź mu na odsiecz, niech za twoią sprawą

Nieprzyiaciele padną porażeni,

Do ostatniego szczętu wyniszczeni“.

Emiren zatem wielkie czynił dzięki

Na maiestacie królowi wielkiemu:

„Z niezwyciężoney — prawi — biorę ręki

Buławę, szczęściu ufaiąc twoiemu;

Y tuszę, że krzywd przypłacą przezdzięki

Nieprzyiaciele, państwu azyiskiemu.

Przegraią, da Bóg! Co ieśli mię minie,

Z sławą Emiren, nie z sromotą zginie.

Y ieśli nam co złego obiecali

[Czego nie tuszę] gniewliwi bogowie,

Niech się to wszystko na móy łeb obali.

Niech to zostanie tylko na mey głowie;

By ieno woysko zdrowo zachowali,

Niechay mię inszy pogrzebą wodzowie,

Niech tryumfalne będą, nie żałosne

Pompy“. Wtem w trąby uderzono głośne.

Tak w pyszny namiot wszedł między dźwiękami

Wielki król z swemi wodzami pospołu.

Gdzie należnemi uczczeni mieyscami,

Siedli porządkiem u niższego stołu.

Iednych czcił mową, drugich potrawami,

Puściwszy wodze wesołemu czołu.

Armida zaraz z swą chytrością iedzie,

Przy dobrey myśli, przy oney biesiedzie.

Po odstawieniu stołów, gdy uyrzała,

Że na nią chciwe oczy obrócili

Y z swoich znaków zwyczaynych poznała,

Że wszyscy ogniów skrytych zachwycili;

Udatnie z stołka swoiego wstawała,

Y szła przed króla, chcąc się w oney chwili

Udać za mężną y twarzą surową

Y nie swoiey płci, ale męską mową.

„Y ia, o królu, chcę — choć białogłowa,

O oyczyznę się y wiarę próbować;

A co więc bywa między ludźmi mowa.

Że nie przystoi królowey woiować,

Y sceptrum, y miecz [u mnie to są słowa]

Iedneyże daią ręce. Kto królować

Chce, niechay zabaw królewskich użyie,

Y moia ręka, iako druga — biie.

Nie pierwszy to dzień, w którym chęci swoie

Do boiów y do woyny obróciła:

Iużem ia nieraz y o państwo twoie,

Y o wiarę się z Chrześciiany biła;

Y podobnoć kto powiadał, com w boie

Dokazowała y com w nich czyniła;

Y wiesz, iakom ci wyprawiła w dary

Więźnie przednieysze Chrystusowey wiary.

Ci wszyscy beli odemnie dostani

W pewney utarczce y w pewney potrzebie;

Y do tych czasów byliby trzymani

W wiecznem więzieniu podobno u ciebie;

Y tybyś teraz ani woyny, ani

Tych prac ponosił y nie trudził siebie,

By beł nie Rynald zdrayca, który moie

Na drodze pobił y wyzwolił swoie.

Znacie go pono;ponno; y tu wiele razy

Wspominaią go y spraw iego siła.

Od tego takie odnoszę urazy,

A iam się dotąd ieszcze nie zemściła.

Y ta przyczyna, żem dla iego skazy

Na tę się woynę do ciebie puściła.

W inszy czas powiem, iakom ukrzywdzona,

Teraz chcę pomsty za to, żem zelżona.

Staram się o to. Wżdyć oku miernemu

Nie każda strzała darmo wylatuie,

Ale y Bóg sam przeciwko winnemu,

Z ukrzywdzonych rąk czasem ią prostuie.

Iednak kto zdraycy utnie łeb moiemu

Y który mi ią uciętą daruie —

Aczbymci sama rada się pomściła,

Będzie mi pomsta z iego ręki miła.

Tak będzie miła, że za iego stanie

Potka go słuszna odemnie nagroda:

Królestwo mu się w posagu dostanie,

Y iakakolwiek ta moia uroda.

Przysięgam na to, karz mię — mocny panie,

Ieśli nie strzymam. Więcey mówić szkoda.

Przeto, ieśli kto chce nań ważyć zdrowie,

We mnie korzysta, niechay się ozowie“.

Gdy tak Armida wszystkich zapalała,

Adrast w niey zaraz utopił wzrok chciwy:

„Uchoway Boże, abyś ty nań miała

Z tak piękney ręki pociągnąć cięciwy.

Nie godzien nawet, abyś nań zmierzała

Niebieskiem okiem — zdrayca niecnotliwy!

Odprawię ia to, mnie słusznie takowa

Pomsta należy, o piękna królowa.

Ia mu łeb utnę y strzymam to cale,

Iuź może prętkiey pewien bydź swey zguby“.

Tak w ten czas mówił Adrast śmiały, ale

Nie mógł mu wytrwać Tyzafern tey chluby:

„A tyś kto?! — prawi — który tak zuchwale

Mówisz przy królu, przy nas, chłopie gruby!

Milczą tu drudzy, choć mężnieyszy. A ty

Tak się skoro wprzód wymykasz przed swaty“.

Odpowie Adrast: „Ia nie mówię wiele

Y daremnych słów nierad puszczam z gęby,

Ale by nie tu, nie rzekłbyś tak śmiele,

Y po ziemibyś pewnie zbierał zęby“.

Szli do gorszych słów, ale król na czele

Ukazał z gniewu pomarszczone wręby

Y kinął na nich. Potem rzekł Armidzie:

„Masz męskie serce przy panieńskim wstydzie;

O piękna panno, y godnaś, aby ci

Oba urazy swoie darowali.

Y do tey pomsty od ciebie użyci,

Zgodnie swe siły na to obracali.

Y wy rycerze mężni, niepożyci,

Lepiey żebyście te gniewy chowali

Na tego zdraycę“. Oni wtem królowi

Y iey mówili, że beli gotowi.

A nie tylko ci dway bohatyrowie

Ofiarowali swoie gotowości,

Ale y inszy przednieyszy wodzowie

Przysięgali się mścić iey zelżywości.

Tak wiele mieczów przeciw iego głowie

Ostrzyła w ten czas mocą swey miłości.

Ale on skoro odbił się od brzegu,

W szczęśliwem kończył swoię drogę biegu.

Tąż drogą właśnie Przewoźniczka iedzie,

Którą się beła iadąc tam puściła,

Y tamże swóy sztyr obraca y wiedzie.

Y także łodzi, iako wprzód, szczęściła.

Młodzieńczyk patrzy na zimne Niedźwiedzie.

Widzi Arktura y gwiazd mnieyszych siła

Y Oryona; czasem wzrok rzekami,

Czasem wielkiemi zabawia górami.

Czasem się pyta, iako odiechali

Woyska, więc iakie którego narodu

Zwyczaie; owa tak długo iechali,

Aż słońce beło czwarty kroć u wschodu.

Iuż też mierzkało kiedy wysiadali,

Y kiedy na ląd szli z morskiego brodu.

Wtem Pani rzekła: „Czas wam do noclegu,

Na palestyńskiem iużeście tu brzegu“.

To rzekszy, żagle y insze naczynie

U niebieskiego zostawuie promu,

A sama z oczu tak iem nagle ginie,

Iako więc słowo przyidzieprzydzie wyrzec komu.

Iuż też noc beła, piaszczyste pustynie

Widzą, y to źle; lecz żadnego domu

Widzieć nie mogą, ani drogi znaku,

Nie znać ludzkiego, ni końskiego szlaku.

Y ztąd y zowąd patrzaią pomocy,

Potem ku morzu obrócili tyły.

A gdy szli daley, blask zdaleka w oczy,

Y iasne iakieś promienie ie biły;

Które swem złotem światłem, ciemney nocy

Mrok oświecały y rzadki czyniły.

Idą tam, gdzie się światło ukazało.

Potem obaczą, co się tak błyszczało.

Widzą na niskiem cyprysowem krzaku,

Ku miesiącowi zbroię zawieszoną;

Y tak na zbroi, iako na szyszaku

Perły sadzone ręką nauczoną.

Widzą tamże tarcz wiszącą na haku,

W piękne obrazy wszędzie wydrożoną;

A mąż szedziwy, co tego pilnował,

Skoro ich uyrzał, ku niem następował.

Karzeł z Ubaldem, skoro go zoczyli,

Tak przyiaciela poznali dawnego.

Zaczem go oba chętnie pozdrowili

Y wzaiem beli witani od niego.

Wtem obróciwszy oczy w oney chwili,

Do bohatyra życzliwe młodego,

Tak począł. „Ciebie tak późney godziny

Czekam, a powiem — dla którey przyczyny.

Iakiegom zażył dla ciebie starania,

Y com uczynił w twey własney potrzebie —

Ci wiedzą, którzy z mego rozkazania,

Przez wielki się bród pławili dla ciebie.

Słuchayże mych słów, różnych od śpiewania

Zdradliwych syren, a miey ie u siebie,

Póki cię inszy mową świętobliwą

Nie naprowadzi na drogę prawdziwą.

Nie w miękkiem pierzu, rycerzu wspaniały,

Między paniami sława ma mieszkanie,

Ale na wierzchu barzo przykrey skały,

Gdzie nie postoi nigdy próżnowanie.

Kogo roskoszy sprosne uwikłały,

Kto nie pracuie, ten iey nie dostanie.

A ty, będąc ptak wysokiego lotu,

Chcesz się niskiego w dole trzymać płotu?!

Twarz ci wyniosłą natura stworzyła,

Y siły do prac y serce gotowe;

Myśl ci wspaniałą, wysoką sprawiła,

Abyś szedł wzgórę, przez śrzodki takowe;

Gniew w cię gorący y prętki włożyła,

Nie żebyś go miał na zwady domowe

Y na rosterki między swemi użyć,

Albo niem żądze, y bezrozumney złużyć:

Ale żebyś weń dobrze uzbroiony,

Nieprzyiacioły potężniey woiował

Y żebyś, większą siłą opatrzony,

Chciwość y żądzą niezbędnąniezbedną hamował.

Przeto go obróć, na coć pozwolony;

Niechby iem twóy wódz y starszy szafował.

Ten będzie wiedział, kiedy go popuścić,

Kiedy go wściągnąć, kiedy go nie puścić“.

Tak mówił starzec w powagę ubrany,

A on się wstydził y wzrok na dół schylił,

Bo tak rozumiał, że one przygany

Nań się ściągały: iakoż się nie mylił.

Obaczył starzec, że beł zasromany

Y że się w niem wstyd coraz bardziey silił:

„Nie wstydź się; — prawi — na tey tarczy, synu,

Uyrzysz wielką część przodków twoich czynu.

Uyrzysz w niey sławne y bitne twe dziady,

Uyrzysz ich męstwo z dziełami wielkiemi.

A ty do tych dób tak znacznemi ślady,

Leniwo idziesz w tem placu za niemi.

Pobudź się synu, a bierz z nich przykłady,

A za przodkami następuy twoiemi“.

Kiedy tak starzec powiadał szedziwy,

Młodzieńczyk na tarcz obracał wzrok chciwy.

W tak ciasnem polu od mistrza mądrego

Tak wiele figur belo w rzędzie długiem

Wyrytych, iako z rodu Akciyskiego

Nierozerwanie szedł ieden za drugiem;

Y niezmąconem strumieniem z dawnego

Rzymskiego źrzódła, ciekła iednem cugiem

Ich krew szlachetna. Stoią cni wodzowie,

Laurowe niosąc korony na głowie.

Starzec każdego dzieła ukazuie:

Kaiusa naprzód, iako go wołały

Przyległe miasta, a on ie przyimuie,

Y na Eście pan zostaie wspaniały;

Iako y drugiem obronę gotuie,

Co się pod iego skrzydła uciekały,

Gdy w nachylonem cesarstwie, narody

Obce czyniły niepoięte szkody.

Y kiedy drogą wiadomą Gottowie

Przeszli y srodze kray włoski palili;

Kiedy się Rzym bał barzo o swe zdrowie,

Aby go beli z gruntu nie zniszczyli —

Gdzie przy Aurelim Akeiyskiem, swey głowie,

Cali zostali, ci co pod niem byli.

Potem Foresta skazał, co Hunnowi

Septemtryonu odpierał królowi.

Dobrze Attyllę wyraził uczony

Mistrz: ze psiem pyskiem — co na wzięcie czekał

Aquileiey, wzrok miał zapalony,

Byś go znał, rzekłbyś, że warczał y szczekał.

Y widzieć beło, kiedy zwyciężony

Na poiedynku, między swe uciekał.

A Forest bronić zostawał gotowy

Aquileiey, włoski Hektor nowy.

Na inszem mieyscu mistrz beł wyrysował

Iego los y śmierć, iako nieba chciały.

Potem na państwo dzielny następował

Akaryn, po swem oycu pozostały.

Nie Hunnom, ale boskiem ustępował

Wyrokom Altyn, Altyn mężny, śmiały.

Y rozproszone potem wsi gromadził,

Y z nich nad Padem wielkie miasto sadził.

Wysokie tamy sul niespracowany,

Broniąc się wodzie, co ie podlewała,

W którem na dzielne, cne esteńskie pany,

Przyszłego czasu stolica bydź miała.

Zdało się, że bił y gromił Alany,

Lecz go Fortuna potem odbieżała.

Gdy z Odoakrem bitwę zwiódł — w tey ginie;

O, szczęśliwa śmierć, z którey wiecznie słynie!

Legł z niem Alfryzy, skaran beł wygnaniem

Akcyus z bratem, rycerz znamienity;

Ale się wrócił, skoro za skaraniem

Boskiem beł Herul zły tyran zabity.

Esteński idzie Epaminund za niem,

Przez prawą — ostrą strzałą — brew przebity;

Bólu nie czuie, choć rana niemała,

Kiedy Totyla przegrał, a tarcz cała:

O Bonifacem powiadam potęźnem.

Za niem syn idzie, Waleryan mały:

Ieszcze dziecina, a iuż beł tak mężnem,

Żeby go gotskie hufce nie strzymały.

Blisko z słowackiem bił się woyskiem ieznem

Ernest, postawą srogi y zuchwały;

Przed niem kęs daley widać Aldoarda,

Kiedy z Krzemieńca gnał króla Lombarda.

Berengar maiąc przy sobie Henryka,

Z Karłem cesarzem ciągnął do Pawiey;

Za pierwszego go miano naieźnika,

Gdy w woysku służył francuskiey liliey.

Przeciw wnukowi cesarz słał Ludwika,

Który od niego zbity, do Francyey

Beł posłań y tam do więzienia wzięty.

Tamże beł z syny Otton samopięty.

Po niem Almeryk tuż beł wydrożony,

Który ferarskiem margrabią zostawał,

A z nabożną beł twarzą wyrażony,

Iako kościoły bogate nadawał.

Wtóry Akcyus tamże beł włożony,

Co z Berengarem w woynie nie ustawał.

Y po odmiennem szczęściu [zacne plemię!]

Zwyciężywszy go, rządził włoską ziemię.

Ano y Olbrycht do Niemiec wezwany,

Sławny — na służbę cesarską — przyięciem,

Którego Otton, kiedy pobił Dany,

Wielkiem posagiem kupił sobie zięciem.

Ano y Ugon, co skrócił Rzymian y Pod niemi zamku obronnego wzięciem.

Który margrabią włoskiey ziemie został

Y Tuszkany zaś prętko potem dostał.

Tamże Bonfac;Bonfac szedł; przy niem w piękny statek

Ubrana, iego Beata siedziała:

Gdzie iuż wielkiego rodu beł ostatek

Y wszystka męska linia ustała.

Ale y liczby y płci niedostatek

Cna iedynaczka hoynie nagradzała —

Piękna Matylda; tak czepiec pleciony

Przechodzi czasem sceptra y korony.

Z oczu iey dzielność męska wychodziła,

Patrz iako biie hardego Normanda:

Znać beło, iako zbitego goniła,

Y doieżdżała w pogoniey Guiskarda.

Daley Czwartego Henryka gromiła

Y chorągiew mu [iako wielka wzgarda

Cesarska!] wzięła y Papieża potem

Na Watykanie posadziła złotem.

Alcyus Piąty, to za nią, to z strony

Szedł, iak ów, co ią y czcił y miłował;

Lecz z Akcyusza Czwartego puszczony

Ród się w obfitsze gałęzie zaymował.

A Gwelf do Niemiec, o co beł proszony

— Syn Kunegundzin — w drogę się gotował.

Y tak piękny szczep rzymski rósł powoley

Na bawarskiego pola żyzney roley.

Tam Gwelf — w Gwelfonów sam przez się niepłodny

Esteńską rózgę pniak wszczepioną — wpuścił,

Y swoich Gwelfów zwykły owoc rodny

Y sceptr y koron obficie wypuścił.

A niebo mu deszcz zdarzyło pogodny,

Że się szeroko gałęziami puścił.

Iuż z niego drzewo wysokie urosło,

Które po wszystkich Niemczech cień rozniosło.

Lecz niemniey piękney zacney latorośli

Rózgi się w ziemi włoskiey rozkwitały:

Tam Bertold, tam z niey inszy wielcy rośli,

Tam swoie przodki odnawiał wspaniały

Akcyus Szósty. Tak co z tey krwie pośli

Figury, zda się, iakby się ruszały.

A Rynald w sobie z dzieł tak wielkich ludzi

Chciwość do męstwa przyrodzoną budzi.

Sława tak iego myśli pobudzone

Zagrzewa smakiem y nagrodą swoią,

Ze miasta wzięte, woyska porażone,

Państwa podbite w głowie mu się roią;

W serce mu wlazły, głęboko wrażone,

Zda mu się, że mu przed oczyma stoią.

Wdział zbroię na się; tak go żądze grzeią,

Że iuż zwycięstwa uprzedza nadzieią.

Lecz Karzeł, który przedtem mu szwedzkiego

Dziedzica z światem powiedział rozstanie:

„Weź — mówi — ten miecz rycerza wielkiego,

Weź go szczęśliwie po mem pierwszem panie,

Na rozmnożenie go Chrystusowego

Zakonu użyi. Niech móy pan zostanie

Zemszczony przez cię, iam ci go dochował,

Wszak wiesz, iako cię królewic miłował“.

On na to: „Niech Bóg zdarzy dobrotliwy,

Aby miecz, który biorę z twoiey ręki,

Zemścił się swego pana — y złośliwy

Poganin przezeń gardło dał przezdzięki!“

Zatem prętkiego Karzeł skutku chciwy,

W krótkie zawierał słowa — wielkie dzięki,

Bo y sam starzec, broniąc dłuższey mowy,

Mówił, że ich beł prowadzić gotowy:

„Widzicie — prawi — że iuż dzień za pasem,

Lepiey żebyście za mną się udali.

Ia was powiodę y w obozie waszem

Stawię, byleście zaraz wyiechali“.

Wtem szedł do wozu starzec onem czasem,

Oni też, iako rozkazał, wsiadali.

On koni biczem po bokach zaymuie,

A na wschód słońca dyszel swóy kieruie.

Coraz złotego popuszcza rzemienia,

A do rycerza tak mówi młodego;

„Napatrzyłeś się do woley korzenia

Pięknego drzewa rodzaiu twoiego,

A chocia z niego tak wiele plemienia

Bohatyrskiego szło z wieku dawnego —

Nie mniemay, aby miało przestać rodzić

Y żeby mu co starość miała szkodzić.

A iakom ci tu twoich przodków sławnych

W miedzi ukazał wyrobione sztuki,

Którzy na świecie żyli za lat dawnych,

Takbych ci przyszłe rad ukazał wnuki

Y uczynić ich, iako starodawnych,

Znaiomych światu, bych miał zto nauki.

Widziałbyś także długie rzędy twoich

Potomków, niemniey sławnych z dzieiów swoich.

Aleć się przyznam, że ia przyszłych rzeczy,

Zupełney zgoła nie mam wiadomości;

Ale iako to mdły iest wzrok człowieczy,

Iako przeze mgłę widzę te skrytości.

Iednak ci powiem, acz ponoponno nie grzeczy

Twierdzić to — y ia nie mam zto śmiałości:

To, co mi ieden niedawno powiedział,

Co bez zasłony przyszłe rzeczy wiedział.

On mi powiedział — a iemu przedwieczne

Świętego Ducha światło obiawiło —

Że w dawne wieki y w te ostateczne,

Takiey krwie w Rzymie, w Grecyey nie było,

Któraby dała męże tak waleczne

Y tak ich wiele, iakoć przeznaczyło

Życzliwe niebo, którzy w męstwie miną

Pierwszych, co w Sparcie y co w Rzymie słyną.

Między inszemi na myśl mi przychodzi

Dzielnością pierwszy, a tytułem Wtóry

Alfons, który się w ubogi urodzi

Wiek w ludzie wielkie y dzielne — y który

Wzorem bydź może wieku swego młodzi,

A tak go sława wyniesie do góry,

Że wszystkich przeydzie, lub weźmie buławę,

Lub sceptrum, lubo zacznie iaką sprawę.

W dziecinnem wieku wielki dank odniesie

To w podobieństwach woyny, to w myśliwstwie:

Nie wysiedzi się zwierz w naygłębszem lesie,

Pierwszy w turnieiach będzie y w gonitwie.

Potem w prawdziwych woynach się podniesie,

Wsławi się w boiu y nie w iedney bitwie.

Często będzie miał na wierzchu swey głowy:

Wieniec laurowy, trawiany, dębowy.

Nie mnieysza chwała z laty dostalszemi

Potka go: swóy kray zachować spokoyny

Y państwo między sąsiady możnemi,

Zatrzymać całe w okoliczne woyny,

Mnożyć nauki z dowcipy pięknemi,

Koszt na królewskie pompy czynić hoyny,

W kaźniach, w nagrodach swą miarę zachować,

Przyszłe z daleka rzeczy upatrować.

O, gdzieżby to on z obopólney zgody

Beł na niezbożne plugawe pogany,

[Którzy natenczas y ziemię y wody

Naieżdżać będą], hetmanem obrany;

Iakoby prętko, za tak wielkie szkody

Y pogwałcone ołtarze, skarany

Beł hardy tyran, pomstą sprawiedliwą,

Y z swoią sektą sprosną y brzydliwą.

Nie wściągnąłby go z Murzynem bogatem

Turczyn swą sławną ianczarską piechotą;

Bełby niedługo za wielkiem Eufratem,

Za górę Taurus przeniósłby z ochotą

Y za kray, który wiecznem słynie latem,

Białego orła, krzyż, lilią złotą;

Y skryte źrzódła odkryłby Nilowe,

Na krzest czarnych czoł, na obrzędy nowe“.

Tak mówił starzec. A młodzieńczyk chował

W sercu te mowy z strony swego rodu

Y milczkiem w myślach swoich się radował

Z przyszłych potomków obfitego płodu.

Iuż też świt rany dniowi ustępował,

Y Phoebus dyszlem kierował do wschodu;

Y iuż z daleka widzieli na wozie

Proporce, które trzęsły się w obozie.

Wtem starzec słowa mówił ostateczne,

Zastanowiwszy konie biegu chciwe:

„Ato iuż miasto y obóz słoneczne

Ukazuią wam promienie życzliwe.

Do tego czasu atom was bespiecznie

Przewiódł przez drogi mylne y wątpliwe,

Teraz bez wodza iść możecie sami,

Bo się mnie daley iść nie godzi z wami.

Tak zsadziwszy ich, pożegnał się z niemi,

A oni pieszo na ziemi zostali

Y przeciw słońcu krokami prętkiemi

Swe do obozu nogi obracali.

Rozgłosiła to wieść między wszystkiemi,

Że trzey rycerze iuż się przybliżali

Y sam się Goffred pilnie o nich pytał,

Potem wstał z stołka, aby ich przywitał.

Sigue explorando

Por su autor
Piotr Kochanowski · 2 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Pieśń iedenasta

Expediente

Autor
Piotr Kochanowski
Título
Pieśń siedmnasta
Lengua
polaco
Época
Barroco
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-piesn-siedmnasta--piotr-kochanowski-e6a741
Cita recomendada
Piotr Kochanowski, «Pieśń siedmnasta», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-piesn-siedmnasta--piotr-kochanowski-e6a741.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.