CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaPiotr Kochanowski

Piotr Kochanowski · Barroco

Pieśń iedenasta

polaco

Iuż chrześciański Hetman w oney dobie

Do szturmu się miał wszystkiemi siłami

Y o woiennych taranów sposobie

Ciągnienia pod mur — rozmawiał z mistrzami,

Kiedy pustelnik odwiódszy go sobie

Mówił mu, gdzie dway tylko beli sami:

„Iuż masz Hetmanie wszystko, co potrzeba,

Lecz nie poczynasz, skąd poczynać trzeba.

Od Boga poczni: pierwey obwołane

Wczas pospolite modlitwy być maią;

Niech do niebieskich zastępów zebrane

Rothy, o prośbę za sobą wołaią.

Wprzód Duchowieństwo niech idzie ubrane,

Niech processye nabożnie śpiewaią,

A wy za niemi wodzowie przednieyszy,

Żeby z was przykład drudzy brali mnieyszy“.

Ruszył Hetmana pustelnik surowy,

Skrucha weń zaraz poczęła wstępować:

„O sługo Boży, święte twoie mowy,

Chcę — prawi — twoyey rady naśladować.

Iuż ia obmyślę porządek woyskowy,

A ty się też każ biskupom gotować:

Niech kto zarazem do Guilelma bieży

Y Ademara, onem to: należy“.

Nazaiutrz wszyscy księża y plebani

Do biskupów się poranu zebrali

W przestrony namiot, w którem kapellani

Hetmańscy święte msze odprawowali.

W białe się mnieyszy ubiory kapłani,

W złotogłowowe biskupi ubrali

Spięte na piersiach na białe koszule,

A głowy nieśli w poważnei infule.

Wprzód sam Piotr idzie y wielki rozwiia

Krzyż na chorągwi, złotem malowaniem,

A duchowieństwa długa processya

Dwiema rzędami postępuie za niem.

Y zlekka rothy y namioty miia,

A na przemiany dzieli się śpiewaniem.

Guilm z Ademarem, co beli biskupy.

Szli naostatku wzdłuż puszczoney kupy.

Potem sam tylko wielki Hetman w tropy,

Bez towarzysza szedł za biskupami,

A zaś panowie radni w iego stopy,

Y pułkownicy pierwszy szli parami.

Tak idąc daley wyśli za okopy,

A dla obrony woysko szło stronami.

Trąby nie słychać, ani ogromnego

Bębnu, tylko dźwięk głosu nabożnego.

Ciebie, o Twórco wszelakiego czyna,

Ciebie o Synu z Duchem Świętem,

Ciebie Czysta Dziewico, Matko Boga Syna

Proszą o łaskę y pomoc w potrzebie;

Y was wodzowie skrzydlatego gmina,

Z lotnemi woyski na wysokiem niebie;

Y z tem, z którego ręki przeźroczyste

Wody omyły człowieczeństwo czyste.

Proszą y twardey równego opoce,

Która się gruntem Kościołowi staie,

Gdzie iego godny Namiestnik — owoce

Łaski niebieskiey y teraz rozdaie;

Y was, którzyście roznieśli szeroce

Ziawioną Prawdę na świat w różne kraie;

Y tych, którzy ią śmiercią oświadczyli.

Y zdrowie dla niey chętnie położyli.

Więc którzy z Pisma Świętego krynice

Błąd potępili piórem i kazaniem;

Y Chrystusowey miłey służebnice,

Wsławioney części — co lepszey — obraniem;

Y was, o Panny, y Oblubienice

Wiecznego Króla, któreście szły za Niem;

Y tych co na miecz, na ogień niedbały,

Y srogie męki dla Niego wytrwały.

Tak Świętych wzywał lud nabożny, który

Maiąc za sobą swoie stanowiska,

Do Oliwetu prosto ciągnął góry,

Co od oliwy dostała przezwiska:

Góry na świecie sławney, co na mury

Mieyskie od wschodu słońca patrzy z bliska,

A między nią się a miastem przestrona

Dolina ciągnie, Jozaphat rzeczona.

Tam szły na on czas y tam kierowały

Woyska śpiewaiąc, a za raney rosy

Góry się z lasy zewsząd odzywały,

A Echo gęste dawała odgłosy.

Y tak się zdało, że się przeciwiały

Inszego chóru insze w lesie głosy.

Raz Chrystusowe imię, raz Maryey

Rozlegało się w głośney armoniey.

Pogaństwo z murów wysokich patrzało

Na niewidane porządki y szyki,

Y cicho zrazu z pilnością słuchało

Nowey y uszom niezwykłey muzyki.

Ale kiedy się dziwować przestało,

W niebo straszliwe wypuściło krzyki

Pełne brzydliwych bluźnierstw, a głębokie

Doły się trzęsły y góry wysokie.

Ale bezpiecznie przedsię swe śpiewanie

Y litanie zaczęte kończyli,

Y na pogańskie niedbaiąc wołanie,

Ani się nawet ku niem obrócili;

Strzały też, które z murów lecą na nie,

Nic iem nie szkodzą, bo w puł ćwierci mili,

Y tak daleko szły od muru roty,

Że mogły kończyć bez wstrętu swe noty.

Potem na wzgórku wielki postawiony

Dla świętych Ofiar ołtarz ubierali,

A białe na niem z tey y z owey strony

W złotych lichtarzach świece zapalali.

Wtem Guilm z pierwszego ubioru zwleczony,

Inszy wziął na się, który mu podali.

Tam chwilę myśląc, rozmyślał y zasię

Głosem dziękował y skarżył sam na się.

Dalszy patrzali tylko, ale dźwięki

Bliższych kapłańskiey dochodziły mowy;

A skoro skończył y odprawił dzięki

Świętey Ofiary, temi mówił słowy:

„Idźcie!“ A wtem kładł z wyciągnioney ręki

Błogosławieństwo na schylone głowy.

Tak nabożeństwo skoro odprawili,

Pierwszą się nazad drogą obrócili.

W obóz wiechawszy, półki się wracały

Do swych stanowisk. Hetman też do swego

Namiotu iechał; którego niemały

Hufiec prowadził do progu samego.

Insze się zatem rothy roziezdżały;

Przednieyszych tylko i grabie starego

Z Tolozy z sobą do stołu prowadził,

Tego naywyższey po sobie posadził.

A skoro ieno beło po obiedzie

Y urzędnicy odeśli stołowi.

Goffred przednieyszych na stronę odwiedzie:

„Iutrzeyszym — pry — dzień naznaczył szturmowi;

Każdy do swego namiotu niech iedzie,

A swego czasu będziecie gotowi.

Dziś lud obwieśćcie, dziś odpoczywaycie,

A iutro w sprawie skoro dzień — czekaycie“.

Odeszli zaraz, a trębacze potem

Po wszystkiem woysku tam y sam trąbili,

Aby — skoro świat swem iutrzenka złotem

Oświeci ogniem — po gotowiu byli.

Tak onego dnia, częścią myśląc o tem

Część się gotuiąc — ostatek strawili.

Aż noc nadeszła y ziemię okryła,

Y pokóy na czas z troską uczyniła.

Jeszcze wątpliwe do ludzkiey posługi

Iutrzenka światło y dzień słała mały

Y malowane ptastwa swóy sen długi

Kończyły ieszcze y odpoczywały;

Ieszcze zagonów nie orały pługi,

Ieszcze się stada do łąk nie wracały —

Kiedy na larmę trąby uderzyły,

Trzęsły się nieba i larmę głosiły.

Na larmę wszystko woysko w iedney mierze

Zgodliwe głosy wypuszczało swoie;

Wstanie wtem Goffred, y na się nie bierze

Swoiey zwyczayney na zchwał mocney zbroie,

Ale w co lżeyszem woiennem ubierze,

Iako się pieszy ubieraią w boie;

Gotowy między swoie szedł obozy,

A wtem do niego przyszedł grof z Tolozy.

Ten widząc on stróy na Hetmanie nowy,

Zrozumiał iego umysł w oney dobie

Y przystąpiwszy rzekł mu temi słowy:

„Przecz zbroie nie masz zwyczayney na sobie?

Czemu w hełm zwykły nie ubierzesz głowy?

Tę nieopatrzność muszę ganić w tobie,

Że tak odkryty do szturmu wychodzisz;

Znać, że na sławę barzo podłą godzisz.

Chcesz podobno leść na mur, iako tuszę.

Nie chcemy takiey śmiałości od ciebie:

Prości żołnierze, mniey potrzebne dusze,

Powinni w takiey odważać potrzebie.

Ty iżeś Hetman [prawdę mówić muszę]

Szanuy się dla nas, ieśli nie dla siebie;

Twem zdrowiem prawie wszystko woysko stoi,

Przeto mu odpuść, że się o nie boi“.

On na to: „Gdy mi miecz Namiestnik Pański

Na iasney Gurze — Urban przypasował.

Żebym niem kraie y naród pogański

Stawszy się Bożem rycerzem — woiował:

W tenczasem Bogu nie tylko hetmański

Urząd sprawować taiemnie ślubował,

Ale y ręki tey na woynie użyć,

Y ieśli trzeba krwią Mu w szturmie służyć.

Przeto kiedy iuż wszystko rozporządzę

Y lud do szturmu — iako ma iść — sprawię,

Nie wiele ieszcze [moiem zdaniem] zbłądzę,

Że się podemknę y pod mury stawię.

Bo się sumieniemsumnieniem sam w tey mierze sądzę,

Na którem Bogu długu nie zostawię;

Uiszczę się rad y ślub obiecany

Będzie Mu przez mię cale zachowany“.

To rzekł, a zaraz dway Bulionowie

Y inszy drudzy przykład z niego brali;

Niektórzy także przednieyszy panowie,

Tak iako pieszy — lekko się ubrali.

Wtem się na murze pogańscy wodzowie,

Czuiąc o bliskim szturmie — ukazali,

Gdzie się na zachód od pułnocy chyli,

Skąd z pola przystęp łatwieyszy baczyli;

Bo miasto na szturm z każdey inszey strony

Mało co dbało y beło bespieczne.

Tam beł nietyłko żołnierz obrócony

Y co mężnieysze pospólstwo tameczne,

Ale y starych z dziećmi do obrony

Ostatniey słało szczęście ostateczne.

Przy których duższem słabszy y podeśli

Siarki przyprawne y kamienie nieśli.

Mur od równiny różnemi broniami

Obwarowany dobrze, mniey się boi.

Tu z ogromnemi Sułtana piersiami

Po pas z daleka w świetney widać zbroi;

Tu Argant między mocnemi basztami,

Wielkiemu równy olbrzymowi, stoi —

Tam co naywyższey w temże mieyscu wieże

Narożney, mężna bohatyrka strzeże.

Saydak z niey wisi, a na bok cierpliwy

Złotem oprawną szablę przypasała

Y widać beło — kiedy swóy łuk krzywy

Zdaleka dziewczą ręką wyciągała

Y przyłożywszy strzałę do cięciwy,

Nieprzyiacielskich wodzów pilnowała.

Tak więc swe strzały niedościgłe oku

Królewna z Delu posyła z obłoku.

Sam król pod mury — laty obciążony —

Pieszo od bramy do bramy przebiega

Y śle rynsztunki na mur osadzony

Y świeżych coraz obrońców dosięga

Y lud — miłością miłey przerażony

Oyczyzny — słowy tem więcey podżega.

A utrapione do kościelnych progów

Matki szły wzywać swych omylnych bogów:

„Ty sam, o Panie. Panie sprawiedliwy

Skrusz francuskiego oszczep rozbóynika.

Skłoń ku ludowi Twemu wzrok życzliwy,

Obal pod mury Twego przeciwnika“.

Tak się modliły, lecz w piekle fałszywy

Bóg tego nie chciał rozumieć ięzyka.

Gdy się tak miało miasto do obrony,

Goffred też z drugiey następował strony.

Z wielkiem porządkiem szykował, przebrane

W przestronem polu woysko przed namioty,

A we dwa rzędy iuż uszykowane

Przeciw murowi obrócił piechoty;

We śrzodku kusze y pobudowane

Straszne woienne postawił roboty,

Z których kamienie ogromne ciskaią,

Y wież y murów oszczepy sięgaią.

Za piechotą iuż ieznych postawiono,

Żeby ią we złem razie posilali;

Potem w krzykliwe trąby uderzono,

A strzelcy zatem wraz następowali.

Z woiennych także strzelby wież puszczono,

A z muru gęsto poganie spadali:

Ten zdechł, ten ranny na dół leci z gury,

Coraz mniey maią swych obrońców mury.

W przód Francuzowie pod mury skoczyli

Z wielką ochotą z swemi chorągwiami;

Y tarcze wszystkie do kupy złożyli

Y tak ie sobie nieśli nad głowami.

Drudzy, aby się kamieniom bronili,

Za dębowemi idąc zasłonami,

Pod przekopy się coraz podmykali,

Aby ie równo z ziemią wyrównali.

Przekopy mieyskie wód w sobie nie miały

Y — iako trzeba — suche beły na dnie,

A choć się zbytnie głębokie bydź zdały,

Ziemia, chrust, kamień wyrównał ie snadnie.

Napierwszy głowę odkrył Adrast śmiały

Y pod mur z długą drabiną przypadnie,

Po którey z wielką przewagą wstępował,

Ani go srogi, twardy grad hamował.

Iuż niemal większą szwaycar odważony

Połowicę swey drabiny przechodził,

Y choć nań zewsząd bito — niestrwożony,

Oślep zaczętey odwagi dowodził;

Aż iednem razem w łeb go obalony

Zbyt cięszki kamień przez szyszak ugodził.

Który go na dół z drabiną obalił:

Ten kamień Argant swą ręką nań zwalił.

Nie beł śmiertelny on iego raz cale,

Lecz cięszki, k’temu z wysoka spadł z góry;

Argant wtem począł wykrzykać zuchwale:

„Iuż ieden zleciał, kto polezie wtóry?

Nie kryicie się tak za tarcice, ale

Wyleźcie na świat, wychylcie się z dziury.

Przecz z tych drzewianych iam nie wychodzicie?

Bo y tam pewnie się nie wysiedzicie!“

Tak wołał Argant, ale na te mowy

Namniey nakryci rycerze nie dbali

Y pod skupione tarcze kryiąc głowy,

Strzały y cięszkie kamienie trzymali.

Y wielkie tramy z tarany przez rowy

Iuż wypełnione — bliżey pomykali,

Które na mury, nie bez wielkiey trwogi,

Niosą żelazem okowane nogi.

Poganie na te zgromadzone siły

Drzewa z kamieniem cięszkiem powiązane

Puścili na dół, które przywaliły

Tarczami kryte piechoty przebrane.

Te wielką w ludziach szkodę poczyniły,

Bo tarcze w trzaski poszły zgruchotane,

Y nieiednemu przepadły przez czoło;

Ziemia krwią, mózgiem skropiła się w koło.

Iuż Chrześcianie za swemi twierdzami

Więcey nie stali, ani iem dufali,

Ale wypadszy śmiele gromadami,

W przestrzeni męstwo swe ukazowali.

Iedni do gury pośli drabinami,

Drudzy ze spodu mury wywracali,

Który iuż y wierzch stłuczony wysoki

Y powątlone ukazował boki.

Y upadłby beł, bo rozkołysany

Tram wielki raz mu zadawał śmiertelny,

Ale go mężnie lud niespracowany

Bronił, miłości swey oyczyzny pełny.

Y gdzie go biły rogate tarany,

W tem mieyscu z wierzchu miękkie spuszczał wełny,

Które gwałtowne bicie przyimowały

Y ustępuiąc — razy hamowały.

Gdy się tak na mur lud piął natarczywy

Y tamta strona mężnie się broniła —

Siedmkroć Klorynda wyciągnęła krzywy

Łuk swóy i siedmkroć także go spuściła.

A ile swych strzał wypchnęła z cięciwy,

Tyle ich we krwi w on czas omoczyła

Przednieyszych wodzów, nie gminu podłego,

Strzegąc się — harda — celu niegodnego.

Tyś, o angielski młodszy królewice,

Pierwszy beł, któryś dostał od niei rany;

Iednoś co głowy z dębowey tarcice

Wychylił trochę, którąś beł odziany.

Przez pancerzowey nity rękawice

Przebił ci rękę prawą bełt pierzany,

Tak, żeś ustąpić z placu musiał pręcey,

Mniey bólu czuiąc, ale gniewu więcey.

Klotareusa, gdy lazł po drabinie,

Pod murem — grabię trafiła z Ambozy;

Obiema z piersi przebitych krew płynie,

Obu umarłych niesiono w obozy.

Kiedy wielkiego tarana na linie

Rupert wyciągał y spuszczał powrozy —

Odniósł w ramieniu strzałę, którey z ciała

Część wyrwał, a część z żeleścem została.

Ademarowi, który na te dziła

Z daleka patrzał, trefna się rzecz stała:

Właśnie go w czoło z łuku wymierzyła,

Y twarz mu hoyną krwią zafarbowała

Y rękę, co bełt z rany wywłóczyła,

Nowem postrzałem przytknęła do ciała;

Tak zacny biskup na woynie z pogany

Żywot położył od niewieściey rany.

Palamed nazbyt do sławy się kwapił

Y szedł po szczeblach z odwagą na mury,

Y iuż wierzch muru rękami obłapił

Y nogi dźwignął za sobą do gury;

Lecz właśnie wtenczas, gdy się go ułapił,

W oko mu siódmy bełt wpadł prętkopióry

Y tyłem wyszedł. Tak nieborak leży,

Przy poimaney umieraiąc wieży.

Tak ta strzelała. Ale inszą stroną

Z nowemi czyny Goffred następował,

Y co naywyższy przed wysoką broną

Ieden postawił y z niego szturmował.

Wieża to beła, którą — z drzew złożoną

Co namocnieyszych — tak był pobudował,

Że szła na kołach y zbroyne dźwigała

Y wierzchem z murem wysokiem równała.

Co raz to bliżey, niosąc lud w się wzięty,

Woienna wieża pomykała koła

Y chciała — iako okręty z okręty

Na morskiey woynie — spiąć się z murem zgoła.

Lecz obleżeńcy różne czyniąc wstręty,

Sięgaiąc boków y twardego czoła —

Oszczepami ią nazad odpychaią,

Y koła tłuką y na wierzch ciskaią.

Strzały z obu stron tak gęste leciały,

Że nieba beło nie widać przed niemi

Y trafiało się, że się zaś wracały

— Wzad odtrącone — drogami pierwszemi.

Iako gdy owoc biie niedordzały

Grad niepogodny — pełno go na ziemi:

Tak gęsto w ten czas z muru Saraceni

Spadali od strzał, oszczepów, kamieni.

Barziey tam naszy pogany szkodzili,

Bo rzadko który u nich w dobrey zbroi;

Iuż niemal wszyscy mury opuścili,

Każdy się oney srogiey wieże boi.

Sam tylko mężny Sułtan w oney chwili

Na murze z kilką co mężnieyszych stoi,

Do których Argant z wielkiem tramem bieży

Odpierać gwałtem przystawioney wieży.

Y tak daleko, iako beł tram długi.

Trzymał od muru wieżę ludzi pełną;

Iuż się Klorynda do teyże posługi

Zbiegała, w zbroię ubrana zupełną.

Wtem lud nasz świeży następuiąc drugi.

Ścinał powrozy, co wisiały z wełną,

Aby tak mury nagie i odkryte

Łatwiey mogły bydź taranami bite.

Wielka ie wieża srodze biła z góry,

A odespodku rogate tarany,

Że naostatek poczynały mury

Przeyrzyste w sobie ukazować rany.

Hetman też iuż beł niedaleko dziury

Y następował do stłuczoney ściany,

A wszystek wielką tarczą się nakrywał,

Którey więc rzadko w inszy czas używał.

Y widział dziurą, kiedy dla obrony

Soliman złaził y na dół zstępował,

Gdzie niebezpieczną — tramy rozwalony —

Mur Chrześcianom drogę ukazował.

Y że na górze Argant zostawiony,

Z Kloryndą przeszcia bronić się gotował.

To widząc poczuł serce mężne w sobie,

Skacząc z radości wielkiey w oney dobie.

Y do Sygiera mowę obracaiąc,

Co za niem inszą tarcz niósł na rzemieniu:

„Poday mi — prawi — puklerz, nie mieszkaiąc,

Lżeyszy y memu znośnieyszy ramieniu.

Chciałbym wpaść pierwszy — ciężko nie dźwigaiąc —

Po rozwalonem do miasta kamieniu;

Czas iuż, żeby wżdy kiedy co wielkiego

Świat widział po mnie y co przeważnego“.

Ledwie to wyrzekł, strzała przyleciała

Y nad kolanem nogę mu przebiła

Y ostrem żyły żeleźcem porwała.

Gdzie ból nawiętszy, y krwią się poiła.

Żeś mu, Kloryndo, ranę tę zadała —

Tak ich powiada, tak ich twierdzi siła;

Y ieśli w ten dzień miasto się nie wzięło,

Twoia to sprawa y twoie to dzieło.

Ale iakoby nie czuł oney rany.

Nie chce zaniechać rozpoczętey drogi

Y po kamieniu do dziurawey ściany

Bieży y chromey nie szanuie nogi.

Lecz prętko potem poczuł, zmordowany,

Że nie mógł stąpić y ból cierpiał srogi,

Tak że rad nierad musiał ku końcowi

Przedsięwziętemu dać pokóy szturmowi.

Zaczem Guelfowi w on czas rozkazował.

[Który do oney także dziury godził],

Aby na iego mieysce następował,

Aby hetmanił y ludzie przywodził.

A sam się zaraz wrócić obiecował,

Y że na krótki tylko czas odchodził.

Tak na koń lekki odiezdżał wsadzony,

Lecz nie tak, aby nie beł obaczony.

Skoro ustąpił Hetman pod namioty,

Zarazem woysko znacznie osłabiało;

Ale pogaństwu serca y ochoty

Y siły coraz więcey przybywało.

Sam Mars y Szczęście odmiennemi wroty

Do przeciwney wóz strony kierowało:

Iuż chrześciańskie miecze iakoś mdleią,

Nakoniec dźwięki trąb samych słabieią.

Zgraia pogańska dopiero spędzona,

Znowu ochotnie na mury bieżała.

Płeć białogłowska — przykładem wzbudzona

Cney bohatyrki, na który patrzała —

Z ukasanego gęsty kamień łona.

Na chrześciańskie rycerze ciskała.

Y śmiele ostrey — gołych piersi — broni

Dla lubych murów oyczystych nie chroni.

A czem się nasi nabarziey strwożyli.

A serce wziął lud w mieście oblężony:

Y z tey y z tamtey strony obaczyli,

Kiedy na ziemię Gwelf padł uderzony.

Między tysiącem inszych w oney chwili

Nalazł go kamień z muru wyciśniony.

W tenże czas właśnie trafiony pociskiem

Padł Rynald y beł śmierci barzo bliskiem.

Y Eustacemu także się dostało:

Mięso mu w nodze od kości odbito

Y takie szczęście woysko w ten czas miało,

Że kiedy z muru kamieniami bito,

Żadne ciśnienie darmo nie leciało,

Lubo raniono, lub kogo zabito.

Argant srożeie y szczęściem piiany

Na uchodzące woła Chrześciany:

„Ieruzalem to, nie Antyochiia!

Nie noc na wasze złodzieystwa łaskawa.

Słońce tu teraz iasny dzień rozwiia;

Insza tu woyna, insza teraz sprawa.

Tak was to prętko chęć do sławy miia?

Czynicie sobie do państw cudzych prawa,

A terazeście tak rychło ustali.

Niewieściuchowie na sławę niedbali!“

Tak mówił y tak gniewem zapalony

Grzał się sam w sobie Cyrkaszczyk zuchwały,

Że mu się zdało, że plac otoczony

Murami, iego śmiałości beł mały.

Y uczyniwszy z góry krok szalony,

[Gdzie obalone — przeszcia pozwalały

Mury] wypadał y tak wypadaiąc,

Solimanowi przymawiał, wołaiąc:

„Y czas y mieysce Solimanie mamy,

Skutkiem — nie słowy — męstwa dokazować

Sam wynidź na mur,za mur, sam się sądzić damy,

Komu z nas dzielność będą przypisować“.

Tak rzekł y zaraz niedaleko bramy

Wypadszy dziurą, ięli następować:

Ow gniewem, a ten sromotą wzbudzony

Y od Arganta w uczciwe ruszony.

Niespodziewanie na nieprzyiaciele

Wypadszy, oba mężnie się stawili:

Tarczy, szyszaków, taranów tak wiele,

Drabin nasiekli y ludzi nabili,

Że w onem mieyscu [może tak rzec śmiele]

Z trupów, zbróy, z drzewa górę uczynili,

Którą wysoko podnieśli u dziury,

Czyniąc bezpieczne — powątlone mury.

A Chrześcianie, co się ubiegali

Przez gwałt do piękney murowey korony,

Teraz nietylko, żeby o nię dbali,

Ale y do swey słabieią obrony.

Iuż y woiennych czynów odbiegali,

A nieprzyiaciel na lud potrwożony

Śmiele naciera y tłucze tarany,

Że się nie zeydą drugi raz do ściany.

Kiedy tak nasi uciekali sprośnie,

Y poganie ie przez pole pędzili.

Sułtan z Argantem na mieszczany głośnie

O prętki ogień wołał w oney chwili.

Oba potem dwie zapalone sośnie

Nieśli do wieże, aby ią palili:

Tak więc piekielne siostry z pochodniami

Na świat wychodzą y trzęsą wężami.

Tem czasem Tankred, który z swemi Włochy

Zdaleka mieyskich wycieczek pilnował,

Widząc dwie wielkie zapalone sochy,

Y że poganin wieżę opanował —

Zawracał nazad na czoło lud płochy,

Y z swoiem pułkiem śmiele następował

Y tak się potkał, że ci co wygrali,

Podawszy tyły znowu uciekali.

Tak Mars odmienne czyniąc dotąd próby,

Kierował dyszel u lotnego wozu.

Iuż też beł ranny Hetman do tey doby

Przyprowadzony do swego obozu.

Sygier, Baldowin y insze osoby

Przednieysze stały na koło przy łożu.

On sam sobie chcąc — imo wszystkich zdanie:

Strzałę wyciągnąć — przyłomił ią w ranie.

Ból wielki cierpiał y rozkazał, żeby

Około strzały radę uczynili.

Aby głęboko y według potrzeby,

Wyrżnąwszy mięso, ranę otworzyli.

„Wróćcie mię — prawi — rychło do potrzeby,

Co mayą czynić niechayby czynili“.

To mówiąc, nogę wystawił zarazem

Y kazał ią rżnąć barwierzom żelazem.

Erotym stary który się gdzie brody

Erydan swoie prowadzi — uchował

Y wszystkie źródła y ciepliczne wody

Znał y rozumiał; ten go opatrował.

Beł pisorymem wielkiem będąc młody,

Lecz potem tylko Galena pilnował

Y porzuciwszy zabawę z Muzami,

Leczył choroby śmiertelne z ranami.

Między wszystkiemi płacz beł wielki pany,

Którzy widzieli ból i iego męki;

On się nie trwoży, a wtem ukasany

Doktor doświadcza swey uczoney ręki.

Ale uporney strzały koniec z rany

Nie chce się na wierzch ukazać przezdzięki.

Czasem kleszczami maca, czasem zioła

Kładzie, ale nic nie pomogą zgoła.

Nie zna w swey pracey szczęścia mistrz uczony

Y umieiętność iakoś mu nie idzie;

Wszyscy on iego ból nieuśmierzony

Widząc, mniemaią, że mu umrzeć przydzie;

Ale Stróż Anyoł żalem poruszony

Urwał dyptamu na wysokiey Idzie,

Ziela z czerwonem kwiatem dziwney mocy,

Y napewnieyszey na rany pomocy.

Przyrodzenie to samo tak sprawiło,

Że iest znaiome każdey dzikiey kozie,

Kiedy którey w bok żeleźce trafiło

Od rozbóynika strzelca w gęstey łozie.

Z tem — chocia sto mil y coś więcey było —

We mgnieniu oka Anyoł beł w obozie

Y wyciśniony sok wlał niewidziany

W kubek z lekarską wodą zgotowany.

Y kęs oleyku z lidyiskiego stoku

Y wmieszał wonney panaceey ziele;

A skoro w ranę starzec wkropił soku,

Z swey dobrey woley — co widziało wiele —

Wyszło żelazo, że wolnego kroku

Mógł użyć, bólu nic nie czuiąc w ciele.

Krzyknie Erotym, y głosem tak powie:

„Nie od mey ręki Hetmanie masz zdrowie!“

„Nie te cię proste uzdrowiły zioła.

Cud ia tu iawnie widzę niewątpliwy

Y wierzę, że Bóg zesłał tu Anyoła,

Któryć dał zdrowie y sprawił te dziwy.

Wróć się do szturmu“. Goffred strętwiał zgoła,

Ale czuiąc się czerstwem — boiu chciwy,

Szyszak na głowę, tarcz na ramię włożył,

Którą raniony niedawno beł złożył.

Przypadł z obozu pod wysokie mury,

Pod tysiąc koni iazdy z niem iechało;

Ziemia się trzęsie, a od wielkiey chmury,

Wielkiey kurzawy, nieba widać mało.

Co raz to lepiey widzieć było z gury,

Kiedy się świeże woysko przybliżało.

Z strachu lękliwi pobiegli poganie,

On wielkiem głosem trzykroć krzyknie na nie.

Swego — po wielkiey części nachyleni —

Głos Chrześcianie Hetmana poznali

Y wziąwszy serce, znowu poprawieni,

Daleko płoche pogaństwo pognali.

Sułtan y Argant tylko niestrwożeni.

Jeden drugiego lepiey odpierali

Y od Tankreda strzegli pilnie dziury,

Który szedł gwałtem między zbite mury.

O tych się naprzód cny Hetman uderzył,

Wszystek we zbroię złocistą ubrany

Y wielkiem drzewem Arganta wymierzył,

Który stał, broniąc rozwaloney ścieny.ściany.

Żadenby temu podobno nie wierzył,

Jako był tęgi raz niewytrzymany:

Brzmi wielki oszczep, Argant się nie boi.

Y śmiele tarczą zasłoniony stoi.

Tarcz się na on gwałt wielki otworzyła,

Ale y zbroia razu nie strzymała,

Bo rohatyna obiedwie przebiła

Y krew łakomie z Cyrkaszczyka ssała.

Nie czuie Argant (tak w niem wielka siła)

Y ukrwawiony wyrwie oszczep z ciała

Y uderzył niem znowu na Hetmana:

„Niech się — pry — wróci do swoiego pana“.

Oszczep się z pomstą wzad wracał zarazem

Y przez powietrze szedł wiadomą drogą,

Lecz chybił celu, bo przed onem razem

Umknął się Goffred y krok stąpił nogą.

A miasto niego, krwie chciwem żelazem

Ranę dał w gardło Sygierowi srogą.

On — że umiera — namniey nie żałuie,

Kiedy swoiego pana zastępuie.

Sułtan kamieniem dał w łeb Normandowi,

Właśnie na ten czas, kiedy Sygier zginął;

Nie mógł wytrzymać tęgiemu razowi.

Zatoczywszy się, na ziemię się zwinął.

Już też przycięższem beło Goffredowi,

Rzadko go który z góry kamień minął,

Atoli przedsię, choć z niemałem trudem,

Na rozwalinach iuż beł z swoiem ludem

Y zrobiłby beł pewnie co wielkiego

Y krwieby beło rozlało się siła,

Ale noc z progu wyszła podziemnego

Y świat czarnemi skrzydłami okryła.

Y na śmiertelne narodu ludzkiego

Gniewy, swych cieniów wędzidło włożyła.

Tak, że odstąpić musiał od tei sprawy:

Taki miał w on czas koniec on dzień krwawy.

Lecz niż odstąpił [co wielka w hetmanie]

Kazał nieść nazad w szturmie obrażonych.

A potem pilne uczynił staranie

Koło woiennych czynów potłuczonych:

Wieżę — którey się naibardziey poganie

Bali, od mistrzów zrobioną uczonych —

Nazad prowadzi, chocia naruszoną

Y w wielu mieyscach barzo powątloną.

Ze złego razu zaraz ią uwodzi

W bezpieczne mieysce okrom żadney zwłoki;

Ale iako łódź na morskiey powodzi,

Co pełnem żaglem nurt siecze głęboki,

Kiedy bezpieczna do portu przychodzi,

O skałę łamie roztrącone boki;

Abo więc iako zawodnik ćwiczony

Przed samem kresem padnie powalony:

Tak właśnie w on czas wieża szwankowała,

Gęstem kamieniem barzo potłuczona

Y obie zadnie koła połamała,

Y iść nie mogła daley — powalona.

Ale piechota pod nię stęplowała

Tramy, na których legła zawieszona,

Aż nauczeni mistrzowie przybyli.

Którzy koło niey z pilnością robili.

Surowie cieślom Goffred rozkazował,

Aby przededniem koła zgotowali;

Potem po drogach straży zostawował

Y ludzie, którzy wieże pilnowali.

Tem czasem król mur zbity oprawował,

Y słyszeć beło, iako się mieszali,

Bo w mieście tysiąc pochodni świeciło,

Od których niemal wszystko widzieć było.

Sigue explorando

Por su autor
Piotr Kochanowski · 2 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Goffred abo Ieruzalem Wyzwolona — DedykacjaPieśń siedmnasta →

Expediente

Autor
Piotr Kochanowski
Título
Pieśń iedenasta
Lengua
polaco
Época
Barroco
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-piesn-iedenasta--piotr-kochanowski-a87aa6
Cita recomendada
Piotr Kochanowski, «Pieśń iedenasta», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-piesn-iedenasta--piotr-kochanowski-a87aa6.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.