Życież to, gdy odwróci lica Kipros złota?
Bywaj śmierci, gdy zmierzchnie miłosna ochota,
Rozkosz tajnie kradziona i słodkie szeptanie,
Co nam wonią potrząsa żywota zaranie.
Bo gdy się już raz starość zgarbiona przywlecze,
Człowiek zrobi się lepszy, lecz krasa uciecze.
Baucis, różany spłonął świt,
Ocknęły się niebiosa,
Fojbos świątyni złoci szczyt,
Perłowa lśni się rosa,
I z pod Zefiru wonnych tchnień
Rumiany, świeży wstaje dzień,
Baucis, czyż tobie spać nie wstyd?..
Bogowie światło leją nam
Z złocistej słońca kruży
Wstań!... czas otworzyć święty chram!...
Kto bogom wiernie służy
Dbać winien o ich ciągłą cześć;
Objatę bogom trzeba nieść
Rozniecić święty ogień tam!...
Spłoszyłeś z oczu moich sen
A w śnie — o smutna wieści!
Hermes z Olympu przybył — hen,
Skrzydłami ot! szeleści
I wraca w Olymp znów co tchu;
Zews ostrzedz nas przykazał mu,
Że dzień ostatni dla nas ten!...
Majaczysz!... Hermes?!... skądże on?...
Poselstwo boga sprawił.
I w nim ci przepowiedział...
Zgon!
Tak nagle dziś się zjawił?...
Tak nagły byłby życia kres?
O Baucis, smutne miewasz sny!...
Otrzyj mi zaraz z oczu łzy.
A kto mi serce otrze z łez?...
Zgon?!... i to łaska bogów też;
Umrzeć — śmiertelnych przeznaczenie.
Wstań Baucis!... Suche chrusty zbierz,
Rozniecim z nich płomienie
I ofiarniczy wzniesiem stos...
Powstrzymaj serca drżenie,
Wszak wspólną śmierć nam zada los,
Więc razem w jednej chwili,
Dłoń w dłoni, jakośmy tu żyli,
Przejdziemy z sobą w cienie
I pusty dla nas rzucim świat,
Zrzuciwszy marne brzemię lat,
W Hadesu idąc kraje...
Zews w śmierci łaskę daje...
Dawnośmy zwiędli, jako kwiat,
Co wiosny przeżył chwile —
Dziś, jako uschłe dwa badyle
Znaczymy starty życia ślad.
A jednak... (wzdycha)
Życia tobie żal,
Starucho moja, wyznaj szczerze.
Żal mi jeziora cichych fal,
Przy których śniłam szmerze,
Żal mi błękitu, żal mi drzew
Oliwnych, w których cieniu
Ptasząt codzienny płynie śpiew
W natchnionem zachwyceniu;
Żal mi świątyni naszej ścian,
Którą nam stawiał bogów pan
I w zamian za lepiankę dał,
Żal nawet tych zwietrzałych skał,
Które od góry żar rozpala
A z dołu modra chłodzi fala;
I wspomnień żal tych wspólnych lat,
Które nam zastępują świat,
Gdy serce z myślą pomknie w dal, —
Spokoju, ciszy mi tej żal!...
Daj pokój żalom, stara — cyt!
Niech bogi rządzą nami...
Wybielił się różany świt,
Rumaki Feba sypią skrami,
A nuże, Baucis, podaj dzban!...
I czarę daj — a żywo!
Objaty czeka bogów pan,
Polejem stos oliwą,
Cedrowy cały spalim pień,
Niech płomień w górę strzeli,
By go w Olympie aż widzieli,
Gdy to ostatni ofiar dzień!...
Członki mi ranny przejął chłód,
I ręce moje drżą...
Daj czarę!... Łykniem wina wprzód,
Pokrzepim starość swą.
Masz!... wypij!...
Z Bachusowych gron
Złocisty, cudny sok!...
Wystygłą krew rozgrzewa on,
Zapala zgasły wzrok.
O, czuję w żyłach boskie skry,
Przybywa w dłoniach sił!...
O, tak!... w Hadesu wszedłszy mgły,
Nie będziesz go już pił!...
W Hadesie?... prawda!... z Lety fal
Zaczerpnę wody gdzieś...
Wiesz Baucis?... w śmierci idąc dal,
Amforę pełną weź.
Jutro nas Hadu skryje cień!...
Ostatni dzień!...
Ostatni dzień!...
Ha, trudno!... nic nie zmieni
Śmiertelnych przeznaczenia,
Pójdziemy w kraje cieni,
Daremne te westchnienia!...
Zews dobrze wie, co czyni,
Nie miejmy o to żalu doń!..
Podaj mi stara swoją dłoń,
Wesprę cię do świątyni.
A jednak...
Jeszcze?...
Jednak mam...
Czy nowa myśl niezbożna?
Nie... tylko Hermes mówił sam...
Co mówił?
Że... że można,
Nim nam ostatni zgaśnie brzask,
Skorzystać z Jowiszowych łask,
I że bóg bogów...
Czuję dreszcze!
Dokończ!...
Życzenie jedno jeszcze,
Jakie wyrazim mu przed zgonem,
Przyrzeka spełnić w dobrej chwili,
Byśmy go tylko uprosili
Pokornie z czołem pochylonem.
Życzenie?... jedno?... i ostatnie?...
Ej, Baucis, — Hermes zadrwił z ciebie!
Płoche ci serce złowił w matnię,
Nie nadużywaj bogów w niebie!
Życzenie spełni?... on?... w tej dobie
Cóżbyśmy mogli życzyć sobie,
Gdy wszystko wkrótce mamy rzucić,
By odejść stąd i nie powrócić?
Gdzież taki skarb, co wartby był,
Aby on Zewsa trudzić?...
Nie, Baucis, po co nam się łudzić?..
Śmierć wszystko kruszy w pył.
Ziemia nas tylko krótko gości,
Potem odbiera swoje dary —
Czem dla mnie cały świat, gdym stary?
Czegóż mam chcieć?...
Chciej... dnia młodości!
Jednego dnia wiosennych złud,
Uroków życia, czarów, snów,
Żyć jeden dzień, jak ongi wprzód.
Baucis!... ta myśl?... skąd masz ją?... mów!
Drgnęło nią serce ostygłe w łonie
I nim się w martwym rozsypie pyle,
Zapragło chociaż na jedną chwilę
Odżyć młodością, mój Philemonie!...
Czar dawnych wspomnień powiał na duszę
I żal ją wielki ścisnął w okowy;
Pomyśl, z zachodem dziś umrzeć muszę
I zejść na wieki w świat zagrobowy!...
Czemuż to moje znędzniałe ciało
W Hades ma postać zanieść zgrzybiałą?...
Czemu rzucając gościnną ziemię,
Wiecznej starości dźwigać mam brzemię?
Nie dość, że życie krasę mi skradło,
Mam chwiejnym krokiem zejść w Hadu progi?...
Kiedy mnie łaską chcą darzyć bogi,
Pragnę raz jeszcze w wód tych zwierciadło
Spojrzeć i świeżą zobaczyć siebie,
Młodą i piękną, jak bogi w niebie,
I uśmiechnięta, z radością w oku,
W pląsach ze swiata zejść przy twym boku,
Jasna, jak słońce, co z nieba schodzi,
Zasiąść wraz z tobą w Charona łodzi!...
Młodość! — O, Zewsie!...
Twe oko pała!
Młodość!... O, Baucis!...
Dłoń twa zadrżała.
Młodość, o młodość!...
Ciała i ducha.
I Hermes mówił...
Że Zews wysłucha.
A Zews... Zews przyrzekł?... lecz czy się uda?
Dlaczegóż w bogów nie wierzyć cuda!
Wszakże Zews wszystko, co zechce — czyni.
Baucis! spiesz za mną!... spiesz do świątyni!
Ojcze bogów!... ojcze bogów!...
Z olimpijskich znijdź rozłogów
Do świątyni swojej progów,
Usłysz nas!...
Zwiędłe liście dwa, do ciebie
Wznoszą głos: Każ boskiej Hebie
Zlać je rosą z dzbanów w niebie
Usłysz nas!...
Baucis!... wiewiórko moja płocha,
Umykasz z ramion mych tak szparko?...
Nienasycony ten, co kocha,
Pozwól się schwytać, o figlarko!
Hymetu w ustach twych są miody,
Szafranem twoje łono pachnie,
Na licach lilje i jagody,
Z kibici równaś jest Arachnie!
Baucis!... ja tobą płonę cały,
A w tobie źródło ugaszenia,
Okiem rozniecasz me zapały,
Twój widok krew mi w war zamienia,
Spłonę — i nie mam już ratunku,
Chyba w twym, Baucis... pocałunku!
Twój całus, jako strzała Feba,
W duszy mi światło z ogniem nieci,
Chronię się, jak przed żarem nieba,
Kiedy południe na niem świeci,
I choć pragnieniem równem płonę,
Uciekam jednak przed nim trwożna...
Nie, Philemonie, nie!... nie można!...
Odsuń twe usta rozpalone,
Z twych ramion rozpleć moją szyję,
Boję się... dłużej brak mi siły!...
By mnie twe usta nie wypiły,
Jak ranną rosę słońce pije.
Raz jeszcze podaj usta twoje!...
Kiedy się boję... boję... boję!...
Ha!... bogi patrzcie!... jam szczęśliwy!...
O, Wenus!... tchu mi brak... gorąco!...
Fojbos wypuszcza z swej cięciwy
Strzałę za strzałą gorejącą.
Opodal pachnie gaj oliwy
I chłodny cień na ziemię ściele...
Pójdźmy!... ot, kroków stąd niewiele.
Nie!... pozwól w tej jeziora toni
Zanurzyć ciało dla ochłody...
Słyszysz?... jak fala o brzeg dzwoni,
I niby pieśń wypływa z wody.
Co to za kraj i okolica?...
Gdzieśmy?.. zgubiłam pamięć całą,
Ten widok oko me zachwyca,
Coś we śnie mi się widzieć zdało...
Taki sam brzeg, świątynia, skały,
Jezioro z takich fal szelestem...
Gdzieś... już me oczy to widziały,
Powiedz mi, luby, kędy jestem?...
Przy mnie.
Ach, prawda!...
Życie moje,
Jest jedno miano w ludzkiej mowie,
Którem się każda ziemia zowie,
Gdzie kochających serc jest dwoje:
Elysium, luba!... kraj zbawienia,
Pokoju, szczęścia i rozkoszy,
Kędy radości nic nie płoszy
I nic jej w smutek nie zamienia.
Nim parka nić żywota przetnie...
Lecz co tam!... luby, weź swą fletnię,
Niechaj mnie głos jej rozweseli,
Zagraj!... ja wskoczę do kąpieli.
O Amfitryto, Posejdonie,
Cześć wam!... znów z waszej łaski żyję!
Fala ją chłodna w siebie chłonie
I obejmuje łono, szyję...
Szczęśliwa fala, co jej wdzięki
Pieściwą dłonią teraz głaszcze!
Cudna!... trytonów niby paszcze
Z pod wody cisną się do ręki,
A ona w lazur fal spowita
Pruje, jak biały łabędź, tonie
I wodnych pereł pełne dłonie
Ciska im w ślepia — Amfitryta!...
Baucis!... tyś oczu mych rozkoszą!
Nie wierz zbyt falom, co cię noszą,
Nie płyń na głębię, strzeż się zdrady!...
O, przebóg!... w złą wyrzekłem chwilę!...
Skąd się trytonów wzięło tyle!...
Z pod fal wyjrzały wraz najady!...
Baucis, umykaj!... tracę głowę!
Baucis, czy słyszysz mnie szalona?!...
Unikaj dziewek Posejdona,
One mi porwać cię gotowe!
Żywo, do brzegu płyń, a chyżo!...
Nim się przez fale do cię zbliżą,
Baucis!... nieszczęsną pośród toni
Tłum najad rybkę moją goni!...
Płynę już płynę!... zbądź się trwogi!...
To żart!... nastraszyć chcą nas bogi!
O!... jak trytony chrapią w biegu,
Parskają... dyszą... to dla psoty!...
Nie bój się!... próżne ich zaloty,
Umknę!... o, widzisz, jam u brzegu!
O cześć wam, bogi!... ocalona!
I znów w objęciach Philemona!...
Spocznij! zmęczonaś!...
Ledwo idę;
Drżałam o ciebie tylko w duszy!
Mokraś, jak ryba w sieć złowiona,
Trytony skradły twą chlamydę...
Ach mniejsza!... słońce mnie osuszy.
Patrz, jak jeziora toń się kłębi.
Aż pianą bryzga nam pod stopy,
Tak rozbełtały je do głębi
Swywolne Posejdona chłopy,
A teraz na mieliznach leżą,
Chychocząc, ku nam patrzą zdala,
Pianę im z płetw zlizuje fala,
Czoła ścierają mą odzieżą
I śmiejąc się z twojego strachu
Tarzają się w nabrzeżnym piachu.
No, no!... czekajcie!... zobaczycie!
Poskarżę ja się Amfitrycie!...
Bogini wsparła mnie w potrzebie.
Lecz ty drżysz jeszcze, Philemonie?
Serce ci tłucze się tak w łonie,
Bałeś się?...
Tak!... utracić ciebie.
Kochasz mnie?... powiedz?
Żyję tobą!...
Nie — »kocham« powiedz mi koniecznie.
Kocham!...
Raz jeszcze... Szczęsna dobo!...
Kocham!... A ty?... czyś moją?
Wiecznie.
Życież to, gdy odwróci lice Kipros złota?...
Bywaj śmierci! gdy zmierzchnie miłości ochota,
Rozkosz tajnie kradziona i słodkie szeptanie,
Co nam wonią potrząsa żywota zaranie;
Bo gdy się już raz starość zgarbiona przywlecze,
Człowiek robi się lepszy, lecz krasa uciecze:
W sercu ciągłe kłopoty i troskę masz wieczną,
Już wesoło nie patrzysz na światłość słoneczną,
Biedny cel kpin niewieścich, pośmiewisko dziatek:
Oj, ciężkiż nam Bóg, ciężki dal życia ostatek!...
Już się stulają powojów kielichy,
Cień coraz dłuższy pełza po murawie,
Dzień senny wzdycha... zdrzemnął się już prawie...
Wyraźniej słychać ziemi oddech cichy.
Niedługo w zmroku świat cały zatonie
I bladolica noc się ku nam schyli...
Smutna ta cisza o wieczornej chwili!...
Jakoś mi tęskno, choć przy Philemonie.
Jak smacznie usnął!... maki purpurowe
Własną mu ręką nakładłam pod głowę,
Więc śni w objęciach miękkich Morfeusza,
Mój pan, me szczęście, mój bóg, moja dusza!...
Ach, komar!... rabuś słodkiej krwi się skrada.
Precz stąd!...
Łap!... chwytaj!... zabij!... Baucis, zdrada!
Wąż... wąż mnie w skronie ugryzł, przez Bóg żywy!...
Nie wąż to żaden, lecz komar złośliwy;
Śmiercią przypłacił!... patrz!... już nie uciecze;
Stada ich brzęczą o zachodu dobie.
Daj pocałunkiem tę ranę wyleczę!...
Śniłeś o wężu, gdy Baucis przy tobie?...
Śniłem o Baucis, czułem zapach róży,
Co z twoich ustek rozlewała wonie,
Gdy znagła na mnie rzucił się gad duży
I ostrym zębem ukłuł w same skronie!...
Brzydki sen!... bogi skarały cię strachem,
Niedobry spiochu, żeś tak długo leżał
We śnie spowity pod liściastym dachem
I biedną Baucis swym duchem odbieżał...
Smutno mi było samej w tem pustkowiu,
Gdyś śnił na maków i na mchów wezgłowiu.
Nigdy mnie samej nie zostawiaj, proszę!...
Świat mi bez ciebie mroczy się, płowieje,
I stygnie słońce, i na sercu noszę
Noc, co bez ciebie nigdy nie rozdnieje.
Ot, patrz!... za chwilę świetlany dzień skona —
Tak bywa w duszy mej — bez Philemona.
O serca mego słowiku!... wesele
Żywota mego, Baucis-Philomele!
Mów, mów tak jeszcze i spiewaj tak jeszcze
A ja niech duszę twoim głosem pieszczę!...
Bogi mi ciebie na pociechę dały,
Bogom me serce bije hymn wspaniały,
I nic mi w zamian sam Zews nie przyniesie,
Ni tu na ziemi, ani tam w Hadesie,
Bo niebo w tobie swą rozkosz mi dało,
Co starczy w życiu i na wieczność całą!
Przestań, o luby!... nie jesteśmy sami...
Na niebo księżyc wysuwa się blady
A z nim... o!... widzisz?... ówdzie za drzewami
Czając się, leśne chychoczą dryady
I patrzą na nas, i szepcą pocichu...
Gdzie?
Ówdzie, w gąszczu...
A prawda!... dokoła
Tłum ich!... w liść mają uwieńczone czoła,
Wieczorną rosę... w konwalii kielichu
Niosą na ucztę, co w tym gaju będzie.
Nie patrz!...
Dlaczego?...
Ja nie chcę!...
Toć wiosna!...
Dryad po lasach pełno teraz wszędzie.
Ach, nie patrz!...
Czemu?
Ja... jestem... zazdrosna,
A one wabne i płoche, zalotne,
Śmiertelnym lubią płatać figle psotne.
Jeszcze mi ciebie... (urywa)
Baucis!
Która skusi.
Prawdziwa miłość zazdrosną być musi.
Uchodźmy z gaju, nim nas tłum otoczy...
Lecz Philemonie... proszę!... zamknij oczy.
Czemże pokusa dla mnie przy twym boku!...
Zawszeć na inne nie patrzeć bezpieczniej.
Wszakżem poprzysiągł ciebie kochać wiecznie!...
A pamiętajcież o Zewsa wyroku!...
Słyszałeś?... co to?... czy się tylko zdało,
Czy jakieś echo ku nam przybieżało?
Nie, najwyraźniej słyszałem przestrogę.
Ejże! w Hadesu czas się wybrać drogę!...
Nie, to nie echo po gaju się niesie,
Czyjś głos wyraźnie wspomniał o Hadesie.
Baucis!... nieszczęsna!... okrutna godzina!...
Ten głos nam przeszłość naszą przypomina.
Pomnisz?...
O bogi!... cóż jeszcze usłyszę?!...
Zews na nas wyrok swój gromami pisze...
Wszak umrzeć mamy dzisiaj z boga woli!
O Philemonie!
Drżę cała!... truchleję!...
Ta myśl od samej śmierci gorzej boli!
Ja nie chcę teraz umrzeć!...
Miej nadzieję!...
Natoż nam dałeś, olympijski panie,
Na jedną chwilę twoje zmiłowanie,
Aby swą łaską skarać tak boleśnie?!...
Trzeba wam było o tem myśleć wcześniej.
O nie, tyś dobry, tyś niebios wielmoża,
Klątwą nie będzie dla nas łaska boża!
A choć nas skruszyć może twa moc dzielna,
Pomnij, że miłość ma być nieśmiertelna!
Tyś przyrzekł zbożny nasz żywot nagrodzić,
Więc nam nie każesz do Hadesu schodzić,
Tu nas zostawisz nawet w zgonu chwili,
Abyśmy innym wzorem szczęścia byli!...
Łysnąłeś, Zewsie?... Wielki, nieśmiertelny!
Dzień śmierci dla nas — nowy dzień weselny.
Dzięki ci Zewsie!... wielbię cię z łzą w oku
I szczęsny czekam spełnienia wyroku.
Co to?... ucichło wszystko znów dokoła?...
Przez nocy głębie Philemon mnie woła?...
Gdzieżeś, o luby?...
Tu jestem, Baucydo!...
Przez gaj ten cichy jakieś szmery idą,
Drzewom noc wiesza na ramionach cienie
I w zmroku kształty daje im zwodnicze —
Przy sobie słyszę jakby pszczół brzęczenie...
To ich znęciły ust twoich słodycze.
Dziwnie mi nogi ociężały moje,
Zda się, żem w ziemię wrosła tu, gdzie stoję.
Pójdź, weź mnie, proszę!... pójdź!...
Kiedy nie mogę;
Ziemia mi także pochwyciła nogę,
Baucis, i trzyma jakby na uwięzi!
A ja ramiona mam niby z gałęzi.
Zewsie!... co znaczy, że drętwieję wszystek?...
U czoła mego plotą się żołędzie...
Ach, Philemonie, ja drżę!... co to będzie?
Każdy włos, czuję, zamienia się w listek.
Ja tracę czucie... drzewa kształty biorę,
Od stóp me ciało już porasta w korę...
Czyżby to sen był?...
Straszny sen, zaiste!...
Mgła mi przysłania wzrok... tak wokół ciemno!...
Co mi się stało, bogi wiekuiste?!...
O, bogi wielkie, co się dzieje ze mną?...
Czuję, jak serce zamiera mi w łonie...
Tchu mi już w piersiach braknie... wielkie bogi!
Powiedz mi jeszcze, że mnie kochasz, drogi!
Kocham cię, Baucis!...
Kocham, Philemonie!...