Huk wód, gdy o skalne roztrąca się zręby,
Z wichru poświstem na urwiska pędzi
I kona w głuchym szumie. Wiatr w twarz mi ciska
Ciemność starganą i podartą w kłęby,
Wilgotne jak rosa.
Od łez, któremi niewidzialne płaczą,
Duchy nadmorskie, smagane rozpaczą
I bezlitosnym bólem.
Niebo ogromne, czarne, nieskończone,
Jakgdyby trumny odchylone wieko,
Już się na ziemię zasuwało zwolna.
Daleki
Łoskot fal grzmiał jak młot,
Którym trumien przytwierdzają ćwieki.
I duch mój zbawień czekając daremnie
Drży przeraźliwie i patrząc w te ciemnie
Zwija się, czołga i wypełza ze mnie.