CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJózef Ignacy Kraszewski

Józef Ignacy Kraszewski · Modernismo

Na cześć Bolesławity

polaco

Bolesławito, o sławo narodu!

Ach, ileż sławy i bólów płomieni,

W tej drodze jasnej przez piekieł pochodu,

Bije w ojczyzny pierś w dziejów przestrzeni!

A ty przybliżasz do matki jej dzieci,

Padłe wśród chwały i hańby stuleci!

Wołają: dzięki! mistrzu w dni pokutne!

Wielka tragedya od morza do morza,

Której autorem Bóg – ludzkość słuchaczem,

Stąpa w narodu postępie tułaczym,

Jak słup ognisty, sunie „jutro” niańczy

A jej warkocze to chmura szarańczy,

A tłem jej: dymów pożarowa zorza,

A na jej czole iskrzy: pomsta Boża! . . .

Łożem jej krwawe pobojowisk łoża –

Przez piekła idzie naród, męczennica

Śnieżna nad jasne śniegi Araratu,

Nieśmiertelnością pała jej źrenica,

Jako pochodnia w sumieniu caratu,

A przed nią jasna ducha gołębica

Leci, jak gwiazda jasna nad płomienie.

Padajmy na twarz! rozkosz! zachwycenie!

To matka! . . . Ci, co zrodzeni bez matki

Krzyknęli na jej widok, smętne dziatki,

I jako liści, ptaków, komet chmurą

Powiały . . . za nią . . . O którą-że którą,

Drogą ty idziesz?! . . . wołały żałośnie,

Posągu z gromów i łez! wiosno w wiośnie!

A skroń jej w takiej błysła aureoli,

Która jaśnieje tylko tem co boli,

I co przez piekła idzie, by je zbawić,

By tam nikogo „z sercem” nie zostawić,

Stąpa! . . .

Choć łańcuch dźwiga na swem ręku

Morze płomieni depcze – z mieczem łona ;

Skrzydła ma orle i idzie bez lęku,

Bo idzie w przyszłość i wskrzesza plemiona!

O! bo dostała na swem stanowisku

Wśród mąk piekielnych na Hioba śmiecisku!

Pod stopą chrzęszczą szkielety potężnych,

Ona przytula smutnych, ciemnych, mężnych;

Idzie przez ognie – depcze po potworach,

Jaśnieją pełne szatanów pieczary,

Ale gdzie stąpi na płomienne jary,

Uchodzą żmije przypadłe do ziemi,

A ona wzywa tych, co upadłymi.

I jako kwiaty budzi rosą ranną,

A mieni smutnych być powołanymi

I skroń ich zorzą otula poranną!

Przy niej najbliżej stąpa młodzian biały,

Smutny, w źrenicy z ogniem, a na czole

Gwiazdkę ma, kuli ślad na aureolę

Dany młodości jego; on tak śmiały,

Jak orzeł chrobry na tarczy Paistowej

Spokojny, cichy – lecz „zawsze gotowy!”

Młodzian ten niesie szaty jej krawędzie,

Co się z slowiańskiej tęczy blasków przędzie,

A której równej nie było, nie będzie! . . .

To typ młodzieńca Polski, co nie skąpił

Krwi dla tej matki, dla której w grób stąpił

W młodości! – Dla niej żadnemu z hetmanów

Na krok w ofiary chwale nie ustąpił,

A choć maluczki – Dawidem tyranów. –

A! to Starego miasta dziecię smętne,

Pełne miłości, zapałem namiętne –

Od wtórej strony przy nim, dłonią w dłoni,

Dziewica cicha, jak anioł pokoju,

Stąpa przy druhu , co ma cierń u skroni,

Oboje pełni męczeństwa – i znoju!

Z obu, jak z dwu lamp alabastrów grobu,

Jaśnieje miłość ta, co gwiazdą globu!

A jasna, wielka, postać wędrująca

Do siebie ręką przygarnia oboje,

Jako dwie lutnie, na jednakie stroje

Strojąca!

Ach! to czerwona para! miłująca,

Tryumfująca za czerwoność swoje,

Bo jej czerwoność z krwi serca przędziona!

Więc wspólnym płaszczem oblekli swe łona,

Co w fałd purpury aż ku ziemi spływał,

Nad wszystkie togi – nie szumiał – lecz śpiewał,

Jak liść na cichych grobach człowieczeństwa,

Co pokoleniom dzisiejsze męczeństwa

I bohaterstwa dzisiejsze zaszumi,

To łez swych kiedyś naród nie utłumi,

I głębiej czoła pochyli przed carskich

Ofiar tych hufcem, niż my dziś przed bracią

Tych, co nam gwieżdżą legionów i Barskich!

Gdy męczennica szła dalej, śród piekła,

Które zbawiła tym strasznym pochodem,

Gdy krok jej każdy brzmiał dziejów rapsodem,

Ręce na piersi złożone oblekła

W wieniec z kurhanów, wonny krwią i miodem!

I już rozrzucać jęła het! . . . te kwiaty,

Bo świat ten taki stawał się piekielny,

Że przy nim bladły Danta dzikie światy,

Bo się zśmiertelnił – choć był nieśmiertelny.

A przed jej stopy padła porzucona

Niewiasta grzeszna, blada, co do łona

Kamieniem tłukła, jako Magdalena!

I wczoraj jeszcze zwano ją Syrena,

A dziś już Marya! . . .

W włosach zakwefiona

Błagała okiem łzawem przebaczenia,

Aż podniesiona – jasna, oczyszczenia

Pełna, za Wandy, tej czerwonej pary,

Siostry anielskiej, dłonią uwiązana

Szła – cicha, niema, jako z żalów zwiana,

I cicho nucić jęła w smętnej cześci

Nutę żałosną, jak „hymn boleści!”

Tu nagle postać wielka jako wryta

Stanęła, szatę rozdarła z boleścią

I zarzuciła na cielsko z bezcześcią,

Tarzane w prochu ze śmiechem, co zgrzyta

Jak tygrys, i klnie opętanych rykiem,

Szałem wścieklizny zrozpaczone dzikim.

A młodzian cudny, jak Tobiasz dziewiczy,

Dźwigał to cielsko ojca, co na czole

„Szpieg!” miał wyryte iskrami, i liczy

Dni swe wiekami, w tej piekielnej szkole,

I marzył tylko, aby go przeklęła,

Bo się niegodzien czuł tego zaszczytu,

I przy nim córka, z źrenicą błękitu

Anielstwa pełną, dłonie wyciągnęła,

Ku wielkiej, jasnej, co na ręce wzięła

To ciało, ciężkie brzemieniem boleści,

I niosła w błękit, w cichej, dobrej wieści.

I zkądsić powstał taki płacz choralny,

Jak w sferach wszystkie lutnie archaniołów,

Co rozpłakane jękną śród żywiołów,

Kiedy w człowieku duch dobry zwycięża,

Gdy ludzkość w niebo ramiona wytęża! . . .

A dym piekielny był już całopalny,

I człowiek ten się za swoim aniołem

Idąc przez boleść – stawał apostołem! . . .

I jeszcze w dali, nowy trupio blady

Wstał mąż, jak gdyby ssał wszech wężów jady;

On się Moskalem zwał, choć czuł jak człowiek,

Przeto Polakiem został, i u powiek

Miał światłość, jako syn matce wydarty

A powrócony, choć piętno żałości,

Błyszczące z twarzy, przeżarło mu kości,

I szedł na żonie anielskiej oparty.

A gdy postacie te wkoło Świetlanej

Stanęły wieńcem – wśród ciszy, wezbranej

Tchnieniami wolnych duchów zorzy rannej,

Wyszedłszy z piekieł w przyszłość gwiazdolitą,

Ona ujrzała ciebie – z tym uśmiechem,

Co płacze wieki nad zbrodnią i grzechem.

I naród cały wraaz z piersię przebitą,

W której na jęki już nie stało głosu,

Ożywion pieśnią wpośród walk chaosu,

Z gwiazdą zwycięztwa, męczeństwem zdobytą,

Która nie gaśnie od żadnego ciosu,

Zawołał: Cześć ci! cześć Bolesławito! . . .

I po wyroki dziejowego sądu

Pieśń twa powiała do zmartwychywstań lądu,

A naród w słowo wieszcze zasłuchany

Znów szedł „naprzód” krwią i potem zlany,

Gdzie wśród skalistych dróg przyszłości jemu

Świecą nad ziemi tej święte kurhany,

Piorun Golgoty z gwiazdą Betleemu!

Sigue explorando

Por su autor
Józef Ignacy Kraszewski · 62 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← MarzyćNa śmierć J. I. Kraszewskiego →

Expediente

Autor
Józef Ignacy Kraszewski
Título
Na cześć Bolesławity
Lengua
polaco
Época
Modernismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-na-czesc-bolesawity--jozef-ignacy-kraszewski-768e87
Cita recomendada
Józef Ignacy Kraszewski, «Na cześć Bolesławity», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-na-czesc-bolesawity--jozef-ignacy-kraszewski-768e87.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.