Życie!...
Śmierć!...
Póki małą byłabyś dzieweczką,
Płynęłyby ci jeszcze jako tako latka...
Wicher stroniłby może od cichego kwiatka,
Co zśród traw ledwie główkę wychyla w słoneczko —
Ale przyszłaby chwila, gdy na twoje lica
Wystąpiłyby nagle szerszym liściem róże —
Żywszy blaskby rospalił twoje oczy duże —
Z dzieweczkiby dorodna wyrosła dziewica!
Wtedy patrząc się w świat ten roskochaną duszą,
Zapragnęłabyś może roskoszy, miłości, —
I przyszedłby do ciebie ktoś z tych mędrców w gości,
Z których dłoni cne róże śmierć ponosić muszą —
Tenby w gaju ci może ukazał altanę...
(Nad nią tam po lazurach szedłby księżyc blady!)
Wwiódłby cię w nią... i słowem pełnem słodkiej zdrady
Wszedł w twe serce, niewinnym zapałem wezbrane...
I jabym dożyć musiał, jak pod jego ręką,
Moja droga różyczka — Boże! — nagle blada,
Zwija listki swe smutnie — przechyla się — pada —
I narzeka, że życie jest już dla niej męką!
∗ ∗
∗
Nie, nie zatem moja droga!
Nie przerywaj snu...
Ciernie dalej z woli Boga
Niech się plenią, tu —
Świat niech kłóci pycha stara,
Męczy zawiść — trwoży kara...
Ty miej spokój pod tą darnią, z zielonego mchu!
∗ ∗
∗
∗ ∗
∗