CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Mojżesz (Kasprowicz)

polaco

IV.

MOJŻESZ.

I.

Na śmierć niechybną skazany dziecięciem,

Gdy go przypadek z jej bezdni wybawił,

Rósł i spoglądał, jak się w pocie pławił

Naród, jak padał w proch przed obcym księciem.

I rozgorzało zemsty przedsięwzięciem

To serce młode, które srom zakrwawił,

Srom, co mu braci między sługi stawił,

Darząc ich biczem, śliną i kopnięciem.

I tak naszedłszy, jak pchających głazy,

Z których się miały wznieść piramid stogi,

Jeden z dozorców siekł krwawymi razy —

Uniknie świadków i otwartej drogi

I ciosem skrytym, mszcząc się bratniej zmazy,

Wyszepnie głucho: »Krew za krew!... Tak, wrogi!...«

II.

U stóp cysterny, wsparty o jej kraniec,

Kiedy południe żywym ogniem pali,

W cieniu kokosów i w powiewie fali

Chłodzi swe ciało i swą myśl, wygnaniec.

I, zapatrzony w drżących blasków taniec,

Co przez liść cisną w słonecznej się dali,

Zda się sam płonąć: snać mu głąb krysztali

Przeczucie szczęścia, złotych skier kaganiec.

Wtem go z marzenia zbudzi rozgwar głośny:

Dziewki, pragnące napoić swe trzody,

Ciżba pastuchów odgania od wody...

I wstanie, gromiąc kłótliwych nie w porę,

Napełni żłoby, a za czyn miłosny

Bierze w nagrodę uroczą Seforę...

III.

Mag, co pił z wiedzy czaszy tajemniczej,

Kiedy nim zachceń jęła miotać sprzeczność,

Zwracał się w stronę, gdzie gwiazd płonie mleczność

I »jak iść?« pytał tych nadziemskich zniczy.

To znów, zabłąkan do pustynnej dziczy,

Gdzie grozą ciszy przejmuje odwieczność,

Jaką być winna życia ostateczność,

Chciał z traw wybadać i z głazów obliczy.

A oto gwiazdy, lśniące w niebios górze,

I krzew, co gorzał w krwawych blaskach wschodu,

Jakby sam Jahwe zszedł tu w swej purpurze —

A oto wszystko, co widział za młodu,

Co jako mąż czuł, w jednym drży mu wtórze:

»Celem żywota — zbawienie narodu!«

IV.

Przed Faraonem mąż natchniony stanie

I »wypuść lud mój« — do ciemiężcy rzecze,

»Ty co w swój harap wplatasz ołów, miecze

Zatapiasz ostre w coraz świeższej ranie!

Nie mogę patrzeć — słuchaj, krwawy panie!

Na jad ten żółty, który z wrzodów ciecze

Od twardych cegieł, na ten żar, co piecze,

Na chleb ten z plewy, na głośne konanie«.

Lecz kat nie zmięknie... Więc on, mocą Boga

Wielki, na kraj mu ściągnie plag bezmiarę:

Niszczy go owad, trąd, mór i pożoga —

Bo nawet niebo, kiedy lud ofiarę

Niedobrowolną na ołtarzu wroga

Składa ze życia, zsyła klątw swych karę...

V.

Morze rozdzielił, wyciągnąwszy dłonie

Ponad głębiny, aby orszak cały,

Gdy za nim tłumy nieprzyjaciół gnały,

Suchemi stopy przebył morskie tonie.

Na górze Horeb, w spiekłej, martwej stronie,

Z skał wyczarował świeże wód kryształy,

Iżby lud jego, z pragnienia omdlały,

Orzeźwił wargi, zgasił ogień w łonie.

Tak cudem zbawiał brać swą, gdzie oręża

Nie wystarczyło obosieczne cięcie —

W miejscu posuchy, w morskich wód odmęcie:

Bo miłość ludu wszystko przezwycięża,

Gdzie rozum chybia, tam jej pocisk godzi,

Bo miłość ludu nawet — cuda płodzi...

VI.

»Bądź pochwalony w Twych czynów ogromie!

Przed Tobą lud się izraelski ściele,

Coś go z niewoli wywiódł przez topiele,

Na wrogi jego zesłał gniewu płomię!

Moab, Chanaan, książęta w Edomie

Drżą na twe imię, niby liche ziele...

Bądź pochwalony, Ty, co nam wesele

Jasne gotujesz po smutku i sromie...«

I pieśń ta płynie, jak zapachy świeże

Dzikich jałowców i pustynnych wrzosów;

Wtórzą jej bęben, cymbał i psałterze.

A Jahwe słucha w przybytku niebiosów,

Każdy dźwięk chłonie płomieniem swej chuci,

Bo pieśń tę prostą — zbawca ludu nuci.

VII.

Biją pioruny, Synaj w błyskawicach

Gore, z gniazd orlich rwią się bystre ptaki,

Gdy prawodawca kreśli ustaw znaki

Na wyciosanych z granitu tablicach.

Tłum grzbiet podaje — z mieczem i przyłbicach —,

Jako wiełbłądy pod ciężkie bukłaki,

Bałwochwalstw wszystkie zaciera poszlaki

Na grom słów jego, na błyski w źrenicach.

Tak myśl, co ludom nowe znaczy tory,

Kiedy ją miłość spłodziła gorąca,

Ma siłę gromu, blask niebieskich zwoi:

Wstrząsa, oślepia, stapia w płyn zapory

Dawnych przybytków, bóstwa ich roztrąca —

Lud gnie się przed nią, choć — w niezgiętej zbroi...

VIII.

»Spojrzyj!... Krainę tę przed wieków wiekiem

Praojców twoich przyrzekłem nasieniu:

Strojna palm wieńcem, skryta w ceder cieniu,

Ziemia to miodem płynąca i mlekiem.

Tu stąd się echem poszumów dalekiem

Upój; tu stąd się skąp w zapachów tchnieniu,

Bo przy jordańskim nie legniesz strumieniu,

Pod skał libańskich nie wypoczniesz stekiem«.

I umarł Mojżesz za Jehowy wolą

W stronie moabskiej, w nieprzyjaciół ziemi,

Stopą zagonów nie dotknąwszy świętych:

Zwykłą to bowiem wielkich mężów dolą,

Że im nie dano, by usty spiekłemi

Jedli z owoców, z ich ducha poczętych.

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Moja pieśń wieczornaMona Liza (1912) →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Mojżesz (Kasprowicz)
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-mojzesz-kasprowicz--jan-kasprowicz-8b62fd
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Mojżesz (Kasprowicz)», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-mojzesz-kasprowicz--jan-kasprowicz-8b62fd.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.