Niechaj zabrzmi oda wierszem a nie prozą
Na cześć mełameda mego z jego kozą.
Był niegdyś mełamed, zwany rabbi Icze,
Raczej nad-mełamed, jakby orzekł NitzscheNietzsche;
Człek mądry, uczony, godny stu piramid,
Odziany nie w łachman, lecz w atłas, aksamit.
A miał kozę dzielną, kozę niepowszednią,
Kozę żwawą z włosem gładkim, sierciąsierścią przednią;
Kozę ładną, miłą, kozę nad kozami.
Która swoją krasą stado kozłów mami;
Co umiała skakać, pląsać, hopsać gracko,
Beczyć be-me, me-be — słowem kozę-cacko.
A chuda i cienka była także przytem,
Więc się wyróżniała małym apetytem,
Doić zaś się dała, ile kto zapragnie,
Pokorna, spokojna, jak niewinne jagnię;
Potulna, skromniutka, dobrze wychowana,
Lecz trza dalej śpiewać ku chwale jej pana.
Pan ją bardzo kochał, jak nikogo w świecie,
Pieścił ją i głaskał, niby własne dziecię.
Kochał platoniczne, jako owoc rajski,
W szacie różnej: polskiej, żydowskiej, hebrajskiej....
A że serce miał on jak król nie konował,
Więc ją lubił, kochał, hołubił, miłował;
Od rana do nocy ciągle o niej gadał,
Nad każdziutką skazką jej płakał i biadał,
Lub się oblizywał i mlaskał językiem,
Jakgdyby pił szampan, istny Szato-Ikem...
O jednem przepomniał wśród miłosnej wrzawy:
Nie dał jej otrębów, ni siana, ni trawy,
Ani kropli wody, by zwilżyć krew, kości —
Za to wciąż jej prawił o wiecznej miłości;
Miłował ją we dnie, miłował ją w nocy,
Tylko o jej doli nie myślał sierocej.
A biedne bydlątko było coraz chudsze,
Zamiast mięsa — kości, ze szczerbami w futrze...
A czy wiecie, jak się z kózeczką skończyło?
Raz w piękny poranek, albo w nockę miłą
Kochający rebe poszedł do obory,
By, jak zwykle, wyznać jej swoje amory,
Lecz strasznie się przeląkł i zdziwił niemało,
Widząc swojej kózki — wyciągnięte ciało.
Wiecie co siesię stało? Łamcie ręce obie!
Tak pieszczona kózka nagle... zdechła sobie.
Ordynarnie zdechła ta nikczemna koza,
Niech na cześć jej pana brzmią rymy i proza:
On jej dalej złożył swej miłości piętno,
Kazał jej pośmiertną mowę elokwentną
Wyrżnąć takim, którzy rżną podobne mówki,
Nie dostając również ni grosza gotówki.
Za to on i inni tacy „miłośnicy“
Łzy ronili w domu, w knajpie, na ulicy,
Dymem się pachnącym zaciągając z fajki...
....................
Morał sami snujcie z tej niewinnej bajki.