CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaAleksander Fredro

Aleksander Fredro · Romanticismo

Mąż i żona (Fredro, 1880) — Akt I

polaco

Luba Elwiro, kochanko mej duszy,

Z łez, oko twoje, kiedyż się osuszy?

Czemuż rzadkie, drogie chwile,

Które możem spędzić z sobą,

Lubisz, roniąc żalów tyle,

Smutną pokrywać żałobą?

Czy już miłości tak słaba jest siła,

Że szczęście moje, któreś ty sprawiła,

Nie może zatrzeć błahego wspomnienia

I myśli próżnych nie zmienia?

Alfredzie, kocham, kocham cię nad życie,

Lecz i to wyraz zbyt słaby;

Jakieżby życie mogło mieć powaby,

Gdybym go z tobą nie dzieliła skrycie?

Myśl, że stając się miłości nagrodą,

Uczyniłam szczęście twoje,

Więcej jest może jak zgryzot osłodą,

Jest.... czego nawet wymówić się boję;

Ale czyż mogą bez skrytej tęsknoty

Puszczać w niepamięć obowiązki, cnoty,

Które za młodu w duszę mi wpoili,

Którem w nieszczęsnej przepomniała chwili?

Nareszcie ciągła obawa...

Obawa?

Alfredzie, miłość nasza nie jest prawa;

Świat ma oczy przenikliwe...:

Miłość nieprawa, marzenie prawdziwe!

Jeśli natura zaród jej płomieni

W każdą istotę włożyła,

Płomieni, których czarująca siła

Byt nieczuły w życie mieni,

Tém samém, jak się wydaje,

Każdą miłość uprawniła.

Czyliż ja przeto występnym zostaję,

Że moje serce zamknięte zbyt mało,

Lubiące piękność, rozum, dobroć, wdzięki,

Elwirę kochać musiało?

Wszakżeto z świętej przyrodzenia ręki

Ona powaby, ja mam miłość stałą,

I jeśli kogo, nie mnie winić trzeba:

Czemuż Elwirę wskazały mi nieba?

Ach i ta miłość, dla której, niestety,

Duszy niewinnej zrzuciłam zalety,

Dla której, widząc zawsze tylko ciebie,

Zapomniałam sama siebie,

Zapomniałam i świat cały,

Ach, jeśli kiedy strawi swe zapały!

Jeśli twe serce oziębłém zostanie,

Jakież ty o mnie mieć będziesz mniemanie?

Może dowody dziś dane...

Jakto? coś rzekła, gdy kochać przestanę?

Ach nie Elwiro, serc naszych złączenie,

To z twojém mego, równe uderzenie,

Ten pociąg luby i ognisty razem,

Co się tajemnym tłómacząc wyrazem

Spoił czułe nasze dusze,

I ta mgła na świat rzucona,

Gdy cię przyciskam do łona,

Ach, czyż ci powtarzać muszę:

Więcej jak zwykłej miłości zapałem!

To czucie boskie, którego nie znałem!

Którego niegdyś szukałem daremnie,

Już się z życiem spletło we mnie;

Ich węzła nieba nie wzruszą;

Trwać i ginąć razem muszą.

O! jakże lubię słuchać twego głosu!

Upojona tym urokiem

Tracę pamięć mego losu,

Ciebie tylko mam przed okiem;

Słowa z mych piersi wydobyć nie mogę,

Czuję i roskosz, i żałość i trwogę,

Pożar mnie przenika miły,

Pałam i pałać się boję,

I ledwie dosyć mam siły

Rzucić się w objęcia twoje;

Czemuż przeznaczenia władza,

Która nas złączyć umiała,

Która serca nasze zgadza,

Ciebie za męża Elwirze nie dała?

I Wacław może, z inną żyjąc żoną,

Byłby szczęśliwszy i ona szczęśliwą,

I jabym dzisiaj nie była zmuszoną

Być z nim chytrą i fałszywą.

Miłość ku tobie jedynie

Mój wrodzony wstręt zwycięża,

Że w każdej życia godzinie

Zwodzić muszę mego męża.

Twojego żalu niesłuszna przyczyna;

Nie jegożto własna wina,

Że ci się ciągle podobać nie umiał,

Gdy już zrazu był lubiony

I że szalenie rozumiał

Powinnością miłość żony?

Wacław przystojny, bogaty, rozumny,

W młodości najpierwszym kwiecie,

Z tylu miłostek i sławny i dumny,

Wszystkiem kazał wróżyć w świecie,

Że jego żona, w jakimkolwiek względzie,

Jedną z najszczęśliwszych będzie;

Alić ledwie cię zaślubił,

Gdy mu wszędzie zazdroszczono,

On oziębły z swoją żoną,

Domu swego już nie lubił.

Ile gdzieindziej pośród zgromadzenia

Rzadką swą przyjemnością jest celem wielbienia,

Tyle nieznośny sam na sam u siebie,

Zostawił żonę, że powiem, w potrzebie

Gorętszej duszy szukania,

Szukania uczuć podziału

I ulegnienia pomału

Władzy, pod którą natura nas skłania.

Gdybym nie była zawsze opuszczoną,

Ach, inną byłabym żoną!

Spędziłażeś z nim, powiedz, choć chwilę przyjemną?

Ach nie, nigdy niestety! tak mało żył ze mną.

Jeśli przyjdzie do ciebie, to siędzie i ziewa.

I za to, że się nudzi, na żonę się gniewa.

Coraz przykrzejszym się staje.

Zawsze zrzędzi, gdéra, łaje,

Albo ileż mi zawsze nie czynią zgryzoty

Jego fałszywe pieszczoty,

Któremi zwykle obdarza,

Gdy nas kto trzeci uważa;

Roskosz, szczęście rozpowiada,

Których dozna kto się żeni,

Ściska, pieści, do nóg pada,

Żonę bóstwem swojém mieni;

Lecz ten, co patrzał, drzwi ledwie zatrzaśnie,

Zaraz miłość, grzeczność gaśnie,

I, jakby chciał okupić przyjemność tej chwili,

Na tysiąc niegrzeczności natychmiast się sili.

Nieznośny.

Przykry.

Bez duszy.

Nic go nie ujmie.

Nie wzruszy.

Nie wiedzieć czém mu dogodzić.

I takiego przykro zwodzić?

Nie, nie, on zasłużył na to,

Niech za nieczułość to będzie zapłatą.

Lubisz widzę mężów karać.

O dobro wszystkich potrzeba się starać.

I czasem to staranie jeszcze niechęć wzbudzi!

Ach, któż w świecie nie doznał niewdzięczności ludzi!

Jednak choć tyle przykrości z nim znoszę,

Żal mi go.

Biedny!

Nie żałuj go, proszę.

Jak nie żałować i nie westchnąć szczérze,

Kiedy mój Wacław w opiekę mnie bierze,

By mnie nauczał, jakie są sposoby

Zyskania względów kochanej osoby;

Kiedy, jak długo, trzeba skrycie kochać,

Kiedy oświadczyć, kiedy jęczeć, szlochać,

Jakiemi drogami chodzić,

Jak ospałych mężow zwodzić,

Słowem, miłostek naucza mnie sztuki.

Ciebie?

Mnie.

A ty?

Ja słucham nauki.

A wybornie, doskonale!

Prawda, że biedny; nie pojmuję wcale...

Pan, Pan, dla Boga! Pan Hrabia już idzie.

Tak wcześnie wraca, któżby się spodziewał!

Ach prędzej, prędzej, bo będziemy w biedzie.

Nieznośny człowiek...

Jutro będziesz Pan się gniewał...

Nie dać komu spokojnie wieczora przepędzić!

Po to wraca, żeby zrzędzić.

Dalej, bo, na honor, zrzucę.

Kiedy?...

Za chwilę powrócę. (wychodzi)

Czemu też raz w rok nie wyjedziesz przecie?

Można by się czasami pokazać na świecie.

Zawsze cię w domu, zawsze samę widzę.

Lubię samotność.

Ja jej nienawidzę.

Gust osobliwszy, siedzieć zawsze w domu!

Gust nie szkodzący nikomu.

O, zapewne, zapewne, nikomu nie szkodzi;

Ale że nudny, mówić mi się godzi.

Czy także lubisz tę smutną ciemnotę?

Świéc! (przynoszą dwie świece. Siada i ziewa).

Porzuć też tę robotę,

Zawsze te igły i nitki;

Że u kobiét miary niema!

Albo bale, uczty, zbytki,

Albo też z spuszczonemi nad szlarką oczyma,

Jakby w krzesła powrastałe

Szyją i dłubią dnie całe.

A six, cztéry honory, As, Dama karowa,

I dać im skończyć robra! To gra całkiem nowa!

Rzecz niesłychana! I jemu grać w Wiska!

I jeszcze łaje i kartami ciska.

Wygrywam Asa, bo się gracza boję...

Ach, kochana Elwiro, uszy, uszy moje!

Daruj im to Allegro, daruj im te trele;

Tego harmonicznego hałasu za wiele,

Niemiłosiernie uderzasz w klawisze,

Myśleć nie można, sam siebie nie słyszę.

Nie wiem co znaczy, wszędzie pełno ludzi,

U nas rzadko kto, i każdy się nudzi;

Ha! każdy smutku stroni, wesołości szuka.

O, zrobić dom przyjemnym, jest to wielka sztuka.

Jakieżto ważne i zabawne dzieło,

Tak mocno twoję uwagę zajęło?

Pamiętnik.

Aha! Pamiętnik, nie żarty;

Od dwóch tygodni leżał też otwarty,

Aż się nareszcie doczekał czytania,

Nie wiem czy z nudów, czy też z powołania.

Wcześnieś dziś wrócił.

A gdzież siedzieć miałem?

Nie było wiska?

Owszem.

Grałeś?

Grałem.

Szczęśliwie?

Nie. (ziewając)

Był tu kto?

Nie było nikogo.

Drogo grywacie?

Niedrogo.

Pewnie duży mróz dzisiaj?

Duży.

Bardzo duży?

Ale z tym mrozem nie nudź też mnie dłużej,

Cóż mróz, czy upał obchodzić mnie może!

Ale wszakże dziś teatr, mamy pono lożę?

Mamy.

Trzeba więc jechać, bo moda minęła,

Z piątego aktu sądzić o dobroci dzieła.

Ach, nim się człowiek, niestety, ożeni,

O, jakże mało swoję wolność ceni!

Aż zakosztuje tej kwaśnej słodyczy,

Dopiéro sobie co miał niegdyś życzy.

Dobrze żeś przyszła, Justysiu kochana.

Dybię na chwilęchwilkę od samego rana,

Którąby można przepędzić ze sobą:

Chciałbym cię widzieć i pomówić z tobą,

A mam mówić tyle.

Eh, gdybyś pan chciał to nie tylko chwilę,

Znalazłbyś pewnie i całą godzinę.

Jakże mnie możesz przypisywać winę?

Wszak wiesz, że proszę, błagam czy się srożę,

Nic mojej żony ztąd ruszyć nie może:

W domu siedzi całe życie,

I chcąc cię kochać, muszę kochać skrycie;

Ale gdy jutro pójdzie do kościoła..

Już, już rozumiem, puść Pan, Pani woła.

Tak ci się zdaje.

Nadejdzie, dla Boga!

Nie zapominaj o mnie, lubciu droga,

Staraj się wszystkich od siebie wyprawić,

Tak będziem mogli z sobą godzinkę zabawić.

Pamiętaj o mnie, bo ja w każdej dobie

Lubię pamiętać o tobie.

Patrz, pierścionek dla ciebie oddawna już noszę;

Chciej go przyjąć, bardzo proszę,

Niech go twoja rączka zdobi.

Tak mi dziękujesz?

A jakże dziękować?

Jak, Justysiu? Pocałować. (chce ją całować)

Proszę Pana, co Pan robi.

Ach, ach! głowa!

Prawdziwie, powiedzieć się godzi,

Pan Hrabia zawsze tak chodzi,

Jakby tylko sam był w domu;

Tak niesłychanie rozbić głowę komu!

Aj, aj, co za ból! oka nie mogę otworzyć.

Wody zimnej czém prędzej najlepiej przyłożyć.

Wody! wody daj prędko!

To sposób jedyny,

Będziesz zdrowa w pół godziny.

Zdrowa, a siniec?

Nie wiele zaszkodzi.

A fe!

Justysi o jej piękność chodzi.

Jużci, trzy dni pościć wolę,

Jak nosić siniec na czole.

Gdzieto?

Tu, tu, ach jak boli!

Tu?

Tu, ach, tylko powoli!

I znaku niema, jednak chustka może zostać.

Na honor, że dobrego mogłam guza dostać.

Poszlij tam, z zaprzęganiem niech się jeszcze wstrzyma.

Na teatr jeszcze nie czas, wszakże szóstej niema.

A, niema, niema szóstej; tak, siódma dopiéro,

Czy piąta, pół do szóstej. Niech konie rozbierą

Albo zaprzęgną, jak chcesz.

Ten rozum dziewczyny...

Co dziewczyny?

Nic, żal mi że z mojej przyczyny

Cierpi tyle.

Nie bardzo, za nadto się pieści.

Prawda, lubi się pieścić.

Nie wiele boleści,

Więcej strachu doznała.

Tak i mnie się zdaje.

Czasem taki przypadek przestrogą się staje.

Będzie już uważniejszą.

Ja także w tej mierze

Bedę patrzał przed siebie. Ale powiem szczérze,

Trzpiot z niej wielki.

Z Justysi? Rozsądna jak mało.

Ciekawa.

Ciekawego cóżby się tu działo?

Zawsze się kręci, śpiewa.

Zwyczajnie wesoła.

Chce zabaw.

Nic ją z domu wywabić nie zdoła.

I kokietka.

Bynajmniej, mam zawsze na oku

I bezemnie bądź pewny, nie zrobi i kroku.

Pan Hrabia Alfred.

Prosić. — Tak rzadko tu bywa.

Aż nadto często.

Nie w łaskach u Pani.

Co to, to prawda.

Chimera prawdziwa;

Co wszyscy chwalą, moja żona gani:

Grzeczny, dowcipny i pełen honoru,

Cóż mu zarzucić nawet i z pozoru?

Chytry, fałszywy, zwłaszcza z kobiétami.

Przepraszam, szczéry aż nadto czasami.

Sobą tylko zatrudniony.

Tak się zdaje, bo nieśmiały.

Bez stałości...

A! z tej strony...

Jakto, doprawdy niestały...

Więc widzisz że się nie mylę,

I czyż wad jego ma być tylko tyle?

Gracz.

On? kart nie zna.

Zły.

Najlepszy w świecie.

Niech będzie jak chce a ja proszę przecie

Dobrze przyjmować mego przyjaciela.

Mniemanie moje wszak was nie rozdziela,

Żadnej sprzeczności nie postrzeżesz we mnie,

Niech tu wciąż bawi, gdy ci to przyjemnie.

Prawdziwie, dziś, gdy przyjaźń nieznaną się staje,

On rzadkie mi dowody przychylności daje.

Zapomniałeś nas całkiem, kochany Alfredzie,

Przecie dziś jakieś bóstwo łaskawe cię wiedzie;

Trzy dni się niewidzenia, to wieczność prawdziwa.

Pewnie w tej części miasta rzadko kiedy bywa,

Inaczej swych przyjaciół nie mijałby zawsze.

Nie mogą być, prawdziwie, wymówki łaskawsze,

Lecz przytém niezasłużone.

Będziem więc słysześsłyszeć obronę.

Naszej szkody, że Pani dość samotność lubi,

Jestem, rzadko bywając, dotychczas pamiętny;

Lecz w miłém towarzystwie, gdy się pamięć gubi,

Byłbym wkrótce rad sobie a Pani natrętny.

Zła, zła obrona.

Ciebie zaś, mój Panie,

Sam przyznasz, rzadko kto w domu zastanie.

I owszem, bardzo często, dziś cały dzień prawie,

Nie chcąc słabą zostawić, przy Elwirze bawię.

Czy Pani słaba?

Tak...

Słaba nieboga.

Moja kochanka, moja Pani droga.

Pewnie ból głowy, widać to z wejrzenia.

Tak... katar... katar zaraz oczy zmienia.

Katary teraz mocne, nietrzeba wychodzić.

O, i owszem, i owszem, nie może zaszkodzić:

W domu siedzieć, to niezdrowo.

Jakże najdroższe życie, jakże z twoją głową?

Nie wiem, czy będę...

Wiesz, dostałem charta;

Co za skład, wielkość! rzecz widzenia warta.

Zmartwię Henryka, bo takiego nie ma;

ZadenŻaden z nim porównania pewnie nie wytrzyma,

O, i twój Sokół za nic, tą razą wybaczysz:

Tyli, czarny jak gałka, a kita... zobaczysz.

Ale teraz powiedz mi, co się z tobą działo?

Tak cię w świecie widać mało,

Zwłaszcza wieczorem unikasz zabawy.

Cóż dziś robiłeś? żądam ścisłej sprawy.

Może w tém tajemnica, nie wypada śledzić.

Pewnie nie dla mnie.

O, wszystkim powiedzieć

I ścisłą sprawę zdać mogę,

Jaką odbyłem dziś drogę:

Byłem u Stolnikowej; po co? nie wiem prawie.

Cóż tam słyszałeś? udziel nam łaskawie.

Kaszlu dużo.

To nie wiele.

I plotek trochę.

A to nadto dużo.

Jednak powtórzyć możnaby je śmiele,

Bo chyba tylko za przestrogę służą:

Wszystko oddawna zapomniane dzieje;

Sama rozprawia, sama się i śmieje.

Tak, ale dobrze mówi.

O, bardzo wymowna.

Bardzo godna osoba.

Najlepsza.

Szanowna.

Ależ nudna! Jak zacznie i gadać i gadać,

Trzeba, żeby nie zasnąć, rzadką moc posiadać.

Wkrótce przybyła Aniela w żałobie.

Po kim?

Po mężu.

Umarł?

Żyje sobie,

Lecz dziś na wieś wyjechał a jutro powróci.

Cóż za czułość! Lecz czemuż w domu się nie smuci?

W domu? dobre pytanie: któżby o tém wiedział?

Ledwie mi jej brat rzecz tę rozpowiedział,

Weszła Julia do naszego grona.

W złym humorze?

Jak zwykle,

Ściśnięta, upstrzona.

Gipsem prusząca.

Postrach mego fraka.

Co przy tej, trudno zasnąć.

Bo budzi tabaka.

I słówka ostre.

Bardzo ostre zblizka.

Czego ona się stroi, złoci, bieli, ściska?

Na co jej walczyć z naturą?

Była niegdyś jaszczurką, teraz jest jaszczurą.

Wszędzie coś gani, coś śmiesznego widzi,

Zawsze się dąsa, zawsze z kogoś szydzi...

Ale mów o kim innym, nie lubię tej baby.

Był więc Erazm: rumiany, chociaż niby słaby,

Zawsze słodko mówiący, choć pół głosu chował.

Najczulej Stolnikowej urodzin winszował,

Mnie zaś imienin w dziesiątej oktawie,

Panu Janowi, że mieszka w Warszawie,

Księciu, że w domu dwoje dzieci zastał

I tak się mocno rozmachał, rozszastał,

Że i Staroście winszował,

Że żonę pochował,

Gdy do mnie idzie albo przy mnie staje,

Żem solenizant, zaraz mi się zdaje,

W istocie ta figura zawsze winszująca,

Śmiejąca, kochająca, jest bardzo nudząca.

Dobre ma serce.

Jak gdyby baranek.

Słodki jak lukrecya, dobry jak rumianek.

Byłbym w uwagach czas dłuższy tam strawił,

Gdyby Kasztelan strachem nie nabawił.

Postrzegłszy, że już ku mnie rozpuścił swe żagle,

Nie chcąc słuchać procesów, wymknąłem się nagle.

Dokąd?

Do Baronostwa.

Cóż dobra Barona?

Dobra Barona kontent, kocha swego żona.

Zastałeś Pułkownika?

A cóż za pytanie!

To się rozumie, któż go nie zastanie?

Na bardzo piękną napadliście drogę,

Obmawiacie od godziny.

Co wszyscy wiedzą, czyż mówić nie mogę?

Jestże tu co mojej winy...

Że Baronowa wojskowości sprzyja.

Nareszcie czyżto dzisiejsze odkrycie?

Zapewne, wina jej samej, nie czyja;

Lecz któż bez ale, mówią pospolicie.

Ależ bo Baronowej za grube jest ale

I bardzo proszę nie bronić jej wcale.

Sam ją chwaliłeś.

Trzeba też mieć względy

Na słabość kobiét, ich tak miłe błędy.

Żarty.

Chwaliłem rozum, milcząc o honorze;

Bo jeżeli szacunku taka pragnąć może,

Która zdeptawszy skromność, obowiązki, cnotę,

Wyrzekła się już wstydu, lubi swą sromotę,

Co z tajemnych miłostek w jawny nierząd leci,

Którą gardzą uczciwi, gardzić będą dzieci,

Jeżeli taka chlubne zyska zdanie,

Cóż się więc dla tej zostanie,

Co szczęście wkoło siebie ustalając sobą,

Jest wzorem cnoty, płci pięknej ozdobą?

Co za rozprawa grzmiąco wyłuszczona!

Wróćmy więc do weselszej, wróćmy do Barona:

Że mu się żona... tam... te... wiemy co się dzieje...

No, cóż ma robić? Lecz z czego się śmieje,

To, że tak kocha tego Pułkownika,

Który sumiennie czasami unika;

Ale ten gwałtem przy sobie go mieści,

Zaprasza, trzyma, ledwie że nie pieści:

Z nim musi zawsze, z nim musi być wszędzie,

Słowem, że jak odjedzie, Baron żyć nie będzie.

A, to rzecz śmieszna!

Prawda, że zabawna.

Tak się zaślepić i to od tak dawna!

I spokojnie żyją z sobą,

Żyją, jak ja z tobą. (śmieje się)

A co najbardziej śmieszności pomnaża,

Że cudze kroki dowcipnie uważa,

Umie postrzegać, umie i wyszydzić,

I wszystko może, oprócz siebie widzieć.

Poczciwa dusza!

A, gap’ prawdziwy!

O! to za ostro; za cóż tak niegrzecznie?

Gap’, gap’, mąż taki, to wyraz właściwy.

Niech i tak będzie, kiedy chcesz koniecznie.

Jego ta pewność, na której spoczywa,

Czasem mnie śmieszy, lecz czasem i gniewa,

I nieraz chętka mnie bierze

Wszystko powiedzieć mu szczerze.

Toby się zdziwił!

I miałby przyczynę.

Wystaw go sobie, jaką miałby minę.

Nie chciałby wierzyć.

Dowodybym złożył.

Toby się gniewał.

Nie, stałby jak wryty,

Oczy wytrzeszczył i gębę otworzył.

Niech Pani spojrzy, jaki wyśmienity:

Baron prawdziwy!

Na zegarek patrzę,

Bo jeżeli będziecie Państwo dziś w teatrze:

Siódma minęła.

Pojazd.

Zaprzężony.

Do naszej loży jesteś zaproszony,

Jutro zaś przyjedź, do dziesiątej z rana

Z konną jazdą zaczekam na mojego Pana,

Potém u nas na obiedzie;

Dobrze, kochany Alfredzie?

Chętnie przyjmuję wszystkie zaproszenia,

Oprócz do loży; mam co do czynienia...

Zatém do jutra.

Tak, jutro, Wacławie,

Na twoje miłe rozkazy się stawię.

Wiem, wiem kto wróci, przysięgłabym prawie,

Wkrótce usłyszę do okna pukanie.

Ach, mądry, kto na dole wymyślił mieszkanie!

Otworzyć, nie otworzyć, otworzyć, otworzyć,

Otworzyć! aha, tak z losu wypadło.

Muszę też i panicza trochę upokorzyć:

Niech choć raz własne zobaczy zwierciadło.

Justysia nie trzpiot, pomyśli o sobie,

Ważyć wszystkiego nie chcę w każdej dobie;

Jutro więc całkiem postać rzeczy zmienię,

Bo tak mi każe honor i sumienie.

Ale cóż znaczy, że go dotąd niema?

Jednak podobnoś dał mi znak oczyma.

Gdyby... ha!... ciszej... jakiś szmer w ogrodzie.

Tak... on... niemylnie: poznaję po chodzie.

Ach! ach!

Justysiu! to ja, otwórz.

Ja się boję.

Otwórzże prędzej; bo na zimnie stoję,

Justysiu! (puka)

Będę krzyczeć, Franciszku, Stefanie!

Gwałtu krzyczę, Janie! Janie!

Ale, Justysiu, co robisz, dla Boga!

To ja, ja; nacóż ten hałas, ta trwoga?

Ach, to Pan jesteś.

A któżby też inny,

Tak odważny i tak czynyczynny?

Takem się zlękła, że ledwie co żyję;

Jak serce bije!

Czy doprawdy bije?

Dotąd jeszcze przyjść do siebie nie mogę.

Jak można komu taką sprawić trwogę?

Przepraszam cię, przepraszam.

Tak! Rzecz niesłychana.

To okno, to drzwi dla Pana.

Prawda, wygodne.

O, wiem że nie trudzi

Przez okno łazić, ale straszyć ludzi...

Przepraszam cię, królowo!

Przebaczam.

Więc siadam.

Co ja się Panu zawsze nie nagadam,

Poco tu przychodzić,

Mnie i Panią zwodzić?

Brawo, Justysiu, morały!

Zdałyby się Panu, zdały.

Tak sądzisz?

Zapewne, bo...

Tylko gadaj zblizka,

Z daleka nic niesłyszę.

Niechże Pan nie ściska.

Inaczej być nie może: chcąc pojąć morały,

Trzeba, aby do serca blizki przechód miały.

Pan wielki filut!

Początek wspaniały.

Bo czy też może na świecie uchodzić,

Żeby tak brzydko moję Panią zwodzić?

A któż ją zwodzi?

Piękne zapytanie!

Wszakże jej Pan przysięgasz do śmierci kochanie;

I dziś słyszałam, stojąc pode drzwiami,

Jak ją Pan łudzisz pięknemi słówkami:

„Chciałbym zapomnieć daremnie;

„Miłość ze życiem spletła się już we mnie,

„Ich węzła nieba nie wzruszą,

„Trwać i ginąć razem muszą.“

No, i cóż dalej?

Alboż jeszcze mało?

Cóż tak dziwnego w tém ci się wydało?

Mówię że kocham, ona zostaje w tej wierze,

Bo też ja ją kocham szczérze.

Hm, czy tak? a mnież?

Za tobą szaleję!

Lecz moja Pani inną ma nadzieję;

Jedynie kochając Pana,

Chce tylko sama jedna być kochana.

Sama jedna? co o tém, to nie było mowy,

Tegom nie przyrzekł, to artykuł nowy;

Ale słuchaj, Justysiu, rok już blizko mija,

Rok, jak kocham Elwirę i ona mi sprzyja,

Rok, Justysiu, to nie doba!

Cóż więc dziwnego, że mi się podoba

Twarzyczka luba, dowcipne wejrzenie,

Co raz zgon wróży, raz ciska płomienie,

Uśmiech, co z marsem pomieszać się lubi,

Uśmiech zdradziecki, co każdego zgubi,

Usteczka małe, całuskom stworzone,

Objęcie pieszczone,

Przyjemność boska, boska postać cała;

Słowem, że się Justysia sercu podobała.

Słówek nie braknie i choć im nie wierzę,

Nie wiem dla czego dotąd kocham szczérze,

Lecz gdy Pan nad rok już nie kochasz więcej,

To mnie tylko zostaje pono sześć miesięcy?

Nie, ciebie kochać będę nad wszelkie kochanie,

Póki będę mógł kochać, póki życia stanie,

Przysięgam!...

Hola! stój Pan, nie przysięgaj proszę:

Gdzie przysiąg trzeba, tam nikną roskosze.

W jakimże dzisiaj Justysia humorze?

Łajesz mnie ciągle, ja słucham w pokorze.

Jeszcze raz tylko połaję.

Jeszcze raz jeden, przystaję,

Ale potém...

Naco też pisać listów tyle?

Mogą nas wydać, przykre sprawić chwile.

Dawniej je pani przy sobie nosiła,

Lecz teraz taka plika się zrobiła,

Że trudno unieść; więc je wszędzie kładzie:

Pełno ich w łóżku i w każdej szufladzie...

Ja umiem po francuzku.

A wiem, doskonale.

Wzięłam więc kilka.

Niepotrzebnie wcale.

Zda się wiedzieć o wszystkiém, więcem je czytała.

Jakieżto nudne! Nigdybym nie chciała,

Żeby kto do mnie pisywał podobnie.

Nie jestże bardziej sposobnie,

Gdy sam przyjdzie i zabawi,

I lepiej wszystko wystawi.

Justysia ma rozsądek i woli rozprawiać,

Jak się listkami zabawiać;

Lecz twoja Pani inne ma żądania

I do tych moja powolność się skłania.

Ależ listy mogą zdradzić

I Panią, mnie i Pana w nieszczęście wprowadzić.

Nie mnie, bo ja ich nie piszę.

Któż taki? nie Pan? co słyszę!

Gdzież byłbym w stanie pisać te arkusze?

Ale gdy codzień jeden list dać muszę,

Siedzi tam przy mnie jakiś Francuz stary,

Co gada dużo i pisze bez miary:

Jemu więc czasem dyktuję,

Czasem bezemnie przepisuje,

Czasem co doda, ja potém poprawię,

I tak co doba jeden list wystawię.

Lecz i takie wydać mogą.

Nie wymieniam tam nikogo

I pismo nie moje,

Więc się niczego nie boję.

Wież to Pani?

Broń Boże!

I to się tak godzi?

I to niby Pan nie zwodzi?

A? jużA, już gdérania dziś przebierasz miarę,

Więc pocałuj mnie za karę.

Co, nie chcesz? więc ja ciebie za wszystkie urazy

Pocałuję cztéry razy.

Nic z tego. (ucieka.)

Bliżej.

Dalej.

Zmuszę.

Wzbronię.

Proszę.

Nie.

Nie?

Nie.

Ale jak dogonię!

Sigue explorando

Por su autor
Aleksander Fredro · 191 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Matka (Fredro)Miejmy nadzieję →

Expediente

Autor
Aleksander Fredro
Título
Mąż i żona (Fredro, 1880) — Akt I
Lengua
polaco
Época
Romanticismo
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-maz-i-zona-fredro-1880-akt-i--aleksander-fredro-3e3865
Cita recomendada
Aleksander Fredro, «Mąż i żona (Fredro, 1880) — Akt I», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-maz-i-zona-fredro-1880-akt-i--aleksander-fredro-3e3865.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.