CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Maryan Olchowicz

polaco

V.

MARYAN OLCHOWICZ.

O jak mnie męczy piekło tego życia!

Duch mój, przebiegłszy przez ten świat, jak burza,

Co nie oszczędza wierzby, blizkiej gnicia,

Ani zdrowego jaworu, co nurza

W głębinach jeziór łeb swój rozczochrany

I ciche krople przemienia w bałwany —

Duch mój z natury swej się wynaturza

I pragnie ciszy...

On, co się wczoraj, bywało, nie słyszy

W wszczętym przez siebie rozhuku i wirze,

Opuszcza dzisiaj swoje skrzydła hyże

I pragnie ciszy.

Nad dolinami, ponad zielonemi,

Gdzie blask miesięczny swe brylanty rosi

Na bujne trawy, gnące się ku ziemi,

Jak atom blasku duch się mój unosi,

Senny, leniwy, wsłuchany w poszumy

Traw szeleszczących, wpatrzon w kwiatów tłumy,

Które śmierć jutro swoją kosą skosi,

Spragniony ciszy!

Wokół się leje zdrój lepkich haszyszy

Z żył nenufarów i lilij i z wnętrza

Róży, co płonie, nad ogień gorętsza,

W miesięcznej ciszy.

I szepcą do mnie szeleszczące trawy

I zioła, pełne dusznego zapachu,

I toń jeziora i miesiąc złotawy,

Śród niebieskiego zawieszony dachu,

Jako ta lampa w grobowca kopule:

»O Maryanie Olchowiczu! Bóle

Milkną tu wszystkie i przejawy strachu

Giną w tej ciszy!...

Żądz niekiełzanych tchnieniem nie zadyszy

Pierś twa i duch twój, jak szatan skrzydlaty,

Okrążający bez spoczynku światy,

Spocznie w tej ciszy!«

Ach! do szaleństwa snać mnie doprowadzi

Ten wab, tajemną łechcący symfonią,

Ten poszept głogów, które wietrzyk gładzi

Po kraśnem licu aksamitną dłonią,

Żółty nenufar i ta lilia biała,

Co się z litości nademną spłakała

I, wonny płacz swój zlawszy razem z tonią

W północnej ciszy

W szmer melodyjny, zdaje się, że słyszy

Jęk mego serca i jęczy z niem razem

I melodyjnym otwiera rozkazem

Gmach wiecznej ciszy.

»O Maryanie Olchowiczu! W duszy —

W swej własnej duszy chowasz źródło winy

I tej męczarni, której nic nie zgłuszy,

Chyba ta woda i ten miesiąc siny

I ten nenufar, co na twoje przyjście

W puchowe łoże rozściela swe liście

Śród srebrnych luster jeziornej głębiny

W tej wielkiej ciszy —

Chyba ta lilia i ten głóg, co dyszy

Ciężkim zapachem, i ten szum, co z boru

Płynie, i owad, blaskami fosforu

Lśniący w tej ciszy.

O Maryanie Olchowiczu! Pyłki

Twej biednej duszy, która kryje w sobie

Przyczynę złego: daremne wysiłki,

Ażeby stworzyć coś, co nie ma w grobie

Swego początku, swej formy i treści

I swego końca, bez żadnej boleści

W mgłę się rozpłyną w czarującej dobie

Mistycznej ciszy!

Wcielą się w krople tych lepkich haszyszy

I w poszum lasu, gdy w swą harfę trąca,

Jako druida, i w światło miesiąca,

Co drży w tej ciszy.

O Maryanie Olchowiczu! Gwiazdy,

Co ma nad morzem przyświecać żeglarzom

Pośród burzliwej na odmętach jazdy,

Symbolem imię jest twoje, a wrażą

Tajemniczego króla olch potęgę

Oznacza twoje nazwisko: znasz księgę

Ksiąg i słyszałeś, o czem starzy gwarzą

W wieczornej ciszy,

A co w balladzie taką grozą dyszy:

Zanimeś powstał, nieznana ci siła

Dwa te pierwiastki tobie przeznaczyła

W przedwiecznej ciszy.

Lecz cóż, żeś zeszedł nad szalonym światem,

Jak gwiazda morska ponad głębinami?

Burza, jak przedtem, smaga je swym batem,

Błękity niebios chmur ołowiem plami;

Maszty się łamią, okręt idzie w trzaski,

A gwiazdy morskiej zbawiające blaski

Zgasły hej! zgasły! Z jękiem i klątwami,

Daremnie ciszy

Wzywając, toną, żeglarze. Nie słyszy

Nikt ich wołania, żaden Bóg ni człowiek!

Spokój z wyżartych wychyli się powiek

W tej na dnie ciszy!

O Maryanie Olchowiczu! Królu

Olch, wyposażon w ludowej legendzie

W cechy demonów, co, nie znając bólu

Słabych, bez troski i myśli, jak będzie,

Głusi na skargę serca, które kona,

W swe fantastyczne chwytają ramiona

Tłumy — niemowląt i w złowróżbnym pędzie,

Wrogowie ciszy,

Rwą je ze sobą i — duszą! Czy słyszy

Ucho twe szelest i szum ten daleki?

To klątwy ojców i matek, jak rzeki,

Grają w tej ciszy!...

O gwiazdo morza! Królu olch! Fantomie —

Boś nie człowiekiem, tak, jak inni ludzie,

Na tym wszechświata atomicznym złomie,

Tej nikłej ziemi, kołaczący w trudzie

O kromkę chleba i o mięsa płatek

Dla siebie, dzieci, sióstr, ojców i matek —

Patrz na ten szereg postaci, o cudzie!

W tej strasznej ciszy

Coraz to bliżej wionących! Czy słyszy

Dusza twa skarg ich rozpłakane lutnie?

O, patrzeć na nie, jak smutnie, jak smutnie

W tej strasznej ciszy!

Patrz! Na ich przedzie to ojciec twój siwy,

Upiór ze sercem pękniętem, z mogiły,

Którą zarosły osty i pokrzywy —

Bo czci nie żywisz dla bytów, co były —,

Wstał, by zapłakać nad tobą... Tam oto

Matka, przez ciebie porzucona w błoto

Nędzy! Tam siostry z starganemi siły!

Przestwór tej ciszy,

Co, jako chmura od łez ciężka, dyszy,

Snać, że przeszyją swym bolesnym wzrokiem,

By wszystkie światy zalał łez potokiem

Przestwór tej ciszy!...

Nielitościwy królu olch! Pod nogi

Rzuciłeś wszystkich! Dla kogo? Dla jednej

Z gwiazd, majaczących pośród krwawej drogi

Żądz nieuchwytnych, dla mary bezwiednej,

Co takie znaleźć w światowym systemie

Chce koło szczęścia, aby wszelkie brzemię,

Złączone z losem tej ziemicy biednej,

Spragnionej ciszy,

Uniosło z sobą na zawsze!... Haszyszy

Woń ma ta żądza: ubezwładnia człeka,

Że wnet zapragnie trumiennego wieka

I grobów ciszy...«

Ach! oszaleję! Wikłający zmysły

Szał wciska mi się do mózgu, jak złodziéj!

Byli mędrcowie, którym snać wytrysły

Słowa nauki, że z krwi się odrodzi

Świat ten i z ognia... I byli mędrcowie,

Co krew i ogień siewali — na zdrowie

I szczęście świata wieczyste! Zawodzi,

W ciężarnej ciszy

Ludzkiego ducha, co pragnieniem dyszy

Wiecznego szczęścia dla świata, powstały

Siew ten, czy zbawia? Drżę cały! Drżę cały

W ciężarnej ciszy!...

Ach! oszaleję! W oczach drga powietrze

Sypkiemi bryłki! Migocą mi one

Krwawsze od róży, to od lilii bledsze,

Niebieskie, czarne, żółte i zielone...

Odróżniam jeszcze atom od atomu,

Barwę od barwy... A teraz, od gromu

Szybciej, w błyskawic strojnego koronę,

W tem państwie ciszy,

Niby od kopyt tententu, zadyszy

Ziemia naokół i, jak orkan dzika,

Rozbija fale powietrza muzyka

W tem państwie ciszy.

Kazał-li zagrzmieć Jehoszuah w surmy,

By się waliły jerychońskie mury,

Przybytki cielców i ciemięstwa turmy?

Szum to-li bożych aniołów u góry,

Czy też szatanów, lecących na czele

Hunnów, piekielne, siarczyste wesele?

Któż, w krwi tej brodząc, wiesza szmat purpury

W przerwanej ciszy?

Niebo naokół krwawą łuną dyszy,

Coraz to gęstsze lecą skry dokoła —

Świat w krwi i ogniu!... Świat ratunku woła!...

Spokoju! ciszy!...

Ach! oszaleję!... W takie, jak ja, byty,

W których się słabość bezkrwista wylęga

Na hasło czynu, które straszą zgrzyty

Onej muzyki przyszłości, potęga

Czemu nieznana pragnieniem się wżera,

Zdolnem rozsadzić piersi Lucyfera,

Lub Prometeja? Żądza niech nie sięga

Do sfer, co ciszy

Są zaprzeczeniem! Spokój celi mniszéj —

Nie! spokój grobu, oto przystań myśli,

Co ponad siły drogę sobie kreśli

Zdala od ciszy...

Precz, precz obrazy, co mą duszę w ciemną

Wprawiają grozę, co moją istotą,

Jak kłębkiem nici, targają! Przedemną

Niechaj, oblane miesięczną pozłotą,

Tchnące zapachem róż i lilii wodnych,

Powioną kształty, które z snów pogodnych

Fra Angelico z rajską snuł ochotą

W mistycznej ciszy!

Niech moje wnętrze jeden tylko słyszy

Dźwięk: szelest trawy, szmer wody, szum boru,

Zlane w pieśń jedną, drżącą śród przestworu

W samotnej ciszy.

Ponad jeziora błękitnawe fale

Z lilij zapachów, z nenufarów woni

Zrodzona, strojna w łagodne opale,

Które tam w górze miesiąc w przestwór roni,

W szacie, z mgieł tkanej powiewnych, wyrasta,

Jak owa z baśni królewska niewiasta,

Postać i sunie, jak oddech, po błoni:

Wieczystej ciszy

Symbol, któremu znój nie towarzyszy,

Znój walk bezpłodnych; potęga, co duchy

Znużone, senne, naodziewa w puchy

Wieczystej ciszy...

Zbliża się do mnie, chwyta w swe objęcia,

Słów pieszczotliwych harmonijne dźwięki

Leje do uszu; nakształt pacholęcia,

Co od matczynej usypia piosenki,

Tak w sen mnie tuli, tak ciągnie, gdzie liście

W jedwabne łoże rozściela na przyjście

Moje nenufar przewonny, przemiękki!

Wieczystej ciszy,

Co taką wonią naokoło dyszy,

Zawitaj, słodka zwiastunko! Zawitaj,

Śmierci! W swój uścisk całego mnie chwytaj

I wiedź — ku ciszy!...

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Marya EgipcyankaMarzanno! →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Maryan Olchowicz
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-maryan-olchowicz--jan-kasprowicz-fef753
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Maryan Olchowicz», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-maryan-olchowicz--jan-kasprowicz-fef753.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.