CADA PIEZA VIVE EN UNA DIRECCIÓN · NADA VIVE EN UNA SOLA SALA  

PoetósferaLa BibliotecaJan Kasprowicz

Jan Kasprowicz · Vanguardias / s. XX

Marya Egipcyanka

polaco

Idę-ć ja, biedna Marya,

idę-ć przez piaski pustyni

hen! ku tej rzece nieznanej,

gdzie Chrystus cuda swe czyni.

Tęskność mnie wielka niesie,

a słońce skronie mi piecze —

daleko-ć jeszcze do celu,

wylękłe serce człowiecze!

Nie znałam Pańskiej męki

i czem mi drzewo krzyżowe?

W perły kosztowne mą szyję,

w róże zdobiłam mą głowę.

Nadeszły głuche wieści

o wielkiej uczcie Pana:

Gdzie jesteś, kraino gwoździ?

Gdzie jesteś, rzeko nieznana?

Gdzie jesteś, góro Judasza?

Ziemio Piotrowej zdrady?...

Idę-ć, a przy mnie kroczy

tęsknicy anioł blady...

Tam! na krawędzi tej pustki,

na sinym nieboskłonie,

wznoszą się kurzu tumany —

Byt w tej kurzawie tonie.

Może bramami świata

tłumna się ciżba leje!

Może ból Jego ujrzę,

spełnią się moje nadzieje!

Chciwą źrenicą się wpiję

w gasnące Jego oczy

i krwią orzeźwię usta,

co Mu się z boku toczy.

Umieraj, Chryste Panie,

straszliwe znoś katusze!

Bez Twoich wszak udręczeń

ja, grzeszna, zginąć muszę...

Szukam wieczystej wody,

żadnej krynicy nie minę:

niema takiego źródła,

gdziebym swą zmyła winę...

Tylko krwi Twojej świętej

zbawi mnie pomazanie —

każ Sobie przekłuć ręce,

umieraj, Chryste Panie!

A któż mi śmie powiedzieć,

że grzech w mem sercu noszę?

Że świętszem jest wyrzeczenie

nad święte me rozkosze?

Że te w źrenicach Bolu

przymarłe skry są świętsze,

niż jasny płomień żądzy,

co me rozpala wnętrze?

Nie znam ci Pańskiej męki

i czem mi drzewo krzyżowe?

W perły kosztowne mą szyję,

w róże ozdobię mą głowę!

Słyszałam głuche wieści,

że młodzian zszedł z niebiosów

w bursztynach jędrnego ciała,

w złocie jutrznianych włosów.

Poco Ci, bogów wybrańcze,

dla ludzkiej ginąć nędzy?

Szczęściem ma warga się śmieje,

zcałuj to szczęście coprędzej!...

Wgryź się w te moje piersi,

do mego przylgnij łona,

ja Ci swe kwiecie rozwinę,

jak róża w słońcu spłoniona...

Idę-ć ja, grzeszna Marya,

idę-ć przez piaski pustyni,

hen! ku tej rzece nieznanej,

gdzie Chrystus cuda swe czyni...

Tęskność mnie wielka niesie,

dusza się cała pali —

gdzie jesteś, moja radości?

W jakiej majaczysz dali?

Gdzie jesteś, wszechmocna Siło,

co ból wypędzisz z ziemi?

Garnę się, żądna, ku tobie

oczami płomiennemi.

Chwiejne wyciągam ręce,

spragnione otwieram usta:

niech mnie udusi twa rozkosz,

niech mnie twa zgnębi rozpusta!

Na co ta gorżka pokuta?

Daleką jeszcze mam drogę?

Tumany kurzu tam widzę,

lecz Ciebie dojrzeć nie mogę...

To ludzka ciżba się sypie,

a każdy na swoim grzbiecie

ciężar Twej męki dźwiga,

co go na wieki gniecie...

I płacz rosami opada

i jęki szumią bez końca,

a westchnień mgławy opar

przyćmiewa okrąg słońca.

Pomiędzy trupów kłęby,

gdzie świeża krew się dymi,

wbiłeś znak Twego istnienia,

Twej śmierci znak olbrzymi.

Szaleństwem pijane widma,

gdzieś w pustce gubiąc oczy,

wrzeszczą nad klęską Żywota,

że ból go z Tobą jednoczy.

A ja pod krzyżem stoję —

nie Matka Boleściwa —

i nie wiem, czemu cierpienie

takim się wrzaskiem odzywa.

Nie wiem, dlaczego ma kalać

słoneczność Twego ołtarza,

kiedy mnie rozkosz rozpiera,

co żywot mi nowy stwarza.

Poco Ci, bogów wybrańcze,

dla ludzkiej ginąć nędzy?

Szczęściem ma warga się śmieje,

zcałuj to szczęście coprędzej.

Spójrz uśmiechniętą źrenicą

w tę wiecznie kwitnącą wiosnę,

gdzie w kłębach ciał obnażonych

gra opętanie miłosne.

Gdzie mi najpierwsi młodzieńce

obiodrza ściągają z ciała —

wszystkich, jak owad, odpędzę,

Ciebiem jednego wybrała!

Na co ta gorzka pokuta?

Daleką jeszcze mam drogę?

Tumany kurzu tam widzę,

lecz Ciebie dojrzeć nie mogę...

W jaką wasz okręt podróż

odbija od tych wybrzeży?

W stronę on życia czy śmierci

po tych odmętach bieży?

Hej! dobrzy ludzie, słuchajcie!

Czy wam się w sercu pomieści,

że gdzieś tam, w ziemi dalekiej,

spełnia się uczta Boleści?

Czy jest wiadomo na świecie,

że powstał Zbawca jedyny,

co grzechy krwią Swoją maże,

co wszystkie przebacza winy?

Szłam-ci ja, biedna Marya,

szłam-ci przez piaski pustyni,

hen! ku tej rzece dalekiej,

gdzie Chrystus cuda swe czyni.

Szłam-ci, gdzie rozgwar wichrów,

szłam-ci, gdzie cisza głucha,

bo taka rozpacz mną targa

i taki wstyd i skrucha.

Straszna skorupa trądu

mniej jest obrzydła i wstrętna,

niźli sromota mej duszy,

niż te mej chuci tętna.

Chciałabym do nóg Mu upaść

i wielkim zapłakać płaczem,

by się w swej łasce zlitował

nad Grzechu życiem tułaczem.

Włosami łzy me obetrę,

co święte stopy Mu zleją,

i wołać będę przez wieki:

Tyś jeden moją nadzieją!

Tak idę, biedna Marya,

tak mijam drogę za drogą,

szukam i patrzę i słucham,

zmysły go znaleźć nie mogą.

Gdzieś tylko na krańcach świata

zobaczę jakieś widziadła:

jak gdyby krzyż się unosił,

jakby go zgraja opadła.

Gdzieś tylko za tym obrębem,

w którym się zbrodnia wylęga,

jak gdyby szczyt się promienił

i rzeki błyszczała wstęga.

Żądne wyciągam ręce,

spragnione otwieram usta —

krzyż gaśnie i rzeka ginie,

a przy mnie otchłań pusta.

Czasami tylko wicher

piaskiem mi w oczy uderzy,

a uszy moje usłyszą

ryk oszalałych zwierzy.

Czasem się zwolna, po cichu

przyczołga widmo węża,

stal zimnych ócz we mnie topi,

kręgi swe ku mnie wypręża.

Czasem upadnę, znużona,

przy jakimś sępa szkielecie,

albo przy trupie wędrowca,

co Zbawcy szukał po świecie.

I wtedy czerń obszarpańców,

ze wszystkich zaułków zbiegła,

»Pijana ladacznica« —

wrzeszczy — »pod płotem legła!«

A ciągle — o moja dolo!

O moja hańbo! O wstydzie —

tłum grzechów na mnie się wali,

sromotna ciżba idzie.

Złych duchów moc się gromadzi

i w świat mnie, chutną, wypędza

i przez stulecia mnie goni,

a za mną ciągnie się nędza.

Wczoraj-ci z lat ja dziecięcych

prawie nie wyszłam jeszcze,

a oto w objęciach starca

jego znużeniem się pieszczę.

Kiedyś uciekłam od matki

i, wziąwszy Szatana pod ramię,

łzom jej urągam i prośbom,

dusze niewinne plamię.

Matroną jestem w dzień biały,

nocą się staczam w kałużę,

a gdzieś tam, w rojnem mieście,

zwiędła w rozpuście, rajfurzę.

Biedna ja, grzeszna Marya,

idę przez piaski pustyni,

hen! ku tej rzece nieznanej,

gdzie Chrystus cuda swe czyni.

W drodze ku brzegom zbawienia

wędrując tak przez wieki,

znalazłam-ci ja męża

w jakiejś krainie dalekiej.

Wróg wszedł do mego domu

z przyjaźni zdradną wymową:

rzuciłam męża i dzieci,

miłość miłuję nową.

Sierotek łzy mnie dławią

i srom się za mną wlecze:

za wiele łez i sromu

na jedno serce człecze!

Biedna ja, grzeszna Marya,

W drodze ku brzegom zbawienia

zaszłam pod dach mej siostry,

siostry się życie przemienia.

Uwiodłam oblubieńca,

w sieć uwikłałam jej męża —

wicher mi w oczy bije,

wąż ku mnie się wypręża.

Krwawe przekleństwo mnie ściga,

zwierz dziki w pustce ryczy —

Zdeptana wierność żony!

Utracon wstyd dziewiczy!...

Jakże pożądam Twej łaski!

Gdzież Twoje zlitowanie?

Idę tą gorżką drogą,

szukam Cię, Chryste Panie!

W jaką wasz okręt podróż

odbija od tych wybrzeży?

W stronę on życia czy śmierci

po tych odmętach bieży?

Zmierzacie ku rzece nieznanej?

płyniecie w kraj ten daleki,

gdzie Chrystus cuda swe czyni

i miłosierdzie przez wieki?

Słuchajcie mnie, dobrzy ludzie!

Nowy się żywot rodzi!

Weźcie mnie z sobą na głębie,

do swojej weźcie mnie łodzi!

Do nóg mu cała upadnę

i wielkim zapłaczę płaczem,

by się w Swej łasce zlitował

nad Grzechu życiem tułaczem.

Nie wiele miejsca zabiorę —

powój o pręt się owija!

W ostatni kącik się wtulę,

biedna ja, grzeszna Marya.

Czem wam zapłacę? Ha! prawda!

Idąc w tę drogę pokuty,

ubogim złoto rozdałam,

mam niedostatek luty.

Czem wam zapłacę? Ha! prawda!

Któż pierwszy rękę mi poda?

Jeszcze-ć się wznosi me łono,

jeszczem-ci piękna i młoda!

Ciebie pierwszego obejmę,

pierwszym całunkiem obdarzę!

Jak nam zadrgają wargi!

jak spłomienieją twarze!

W przedziwnie miękkich kędziorach

włos ci na barki spływa —

była-li kiedy rozkosz

ach! tak gorąca?! tak żywa?!...

Albo ty będziesz wybrany,

ty z tą źrenicą niebieską —

jak słodko blednąć musi,

gdy zajdzie niewinną łezką!

Przy mojem licu gładkiem

łagodnie ci głowę złożę

i, twe powieki całując,

niech mdleję! Boże! Boże!...

Znałam-ci w Aleksandryi

rozkochanego lutnistę:

śpiewem me serce zdobył,

oczy, jak ty, miał szkliste.

Lub ty — z tą piersią szeroką!

Bawola siła z niej bije!

W takich uściskach mi skonać,

zębami wgryzłszy się w szyję.

I któż mi dzisiaj powie,

że grzech w mem sercu noszę,

że świętszem jest wyrzeczenie

nad święte me rozkosze?

Że te w źrenicach Bólu

przymarłe skry są świętsze,

niż jasny promień żądzy,

co me rozpala wnętrze?

Słuchajcie mnie, kochankowie!

Nowy się żywot rodzi!

Weźcie mnie z sobą na głębie,

do swojej weźcie mnie łodzi!

Czem wam zapłacę? czem? prawda!

Któżby dziś mówił o tem?

Miłość za miłość! ho! hejże!

Sami sypniecie złotem!

Ty, ciemnowłosy, dasz perły!

Ty, najcudniejszy — nie kłamię —,

włożysz mi naramiennik

na krwią nabiegłe ramię.

Ty, cobyś tura pochwycił

i zwalił mi pod nogi,

za jedną chwilę uciechy

sprawisz mi jedwab drogi.

Tamten, ściągnąwszy ze mnie

to pokutnicze obiodrze,

przepaskę da kosztowną,

kamieniem sadzoną szczodrze.

A zaś dla ciebie, nim jeszcze

twe wyczerpanie się zdrzemie,

z ciepłego wstanę łoża

w iskrzącym dyademie!

I któż mi dzisiaj powie,

że grzech w mem sercu noszę,

że świętszem jest wyrzeczenie

nad święte me rozkosze?

Zjaw się przedemną, Chryste,

pokaż mi swe męczarnie,

nim za mój ropny występek

wieczna mnie noc ogarnie.

Szłam-ci przez piaski pustyni,

przez wielkie płynęłam morze,

szukając, gdzie mi się spełni

Twe miłosierdzie boże.

Szłam-ci wśród wichrów pogwaru,

płynęłam w burzy i ciszy,

a wszędzie rozpacz i skrucha,

wszędzie mi grzech towarzyszy.

Pytam się smutnych przechodniów:

Gdzie Ten, co miał litość nad nami?

Był pono kiedyś — odrzekną —

przed zamierzchłymi wiekami!

Dalekoć jeszcze do celu,

wylękłe serce moje?

Oto zmęczona i biedna

w bramie kościoła stoję.

Podarte na mnie łachmany

i nogi do cna skrwawione —

tylem doznała, spiesząc

w tę wybawienia stronę.

Podajcie mi kromkę chleba,

głód mnie do ziemi powali

w progach waszego kościoła,

w tej dla mnie obcej dali.

Jeszczem-ci piękna i młoda:

niech tylko siły nabiorę,

za chleb wam wynagrodzę,

zjawię się w samą porę.

Biedna ja, grzeszna Marya!

Taką przebywszy drogę,

stoję u bramy świątyni,

do wnętrza wejść nie mogę.

W organach rzeka szumi,

Jordanu fala najświętsza,

a ja, ja biedna Marya,

nie mogę wejść do wnętrza.

Żyjesz-li, matko moja?

Jest jeszcze chata słomiana,

gdzie w rannym, cichym pacierzu

rośnie potęga Pana?

Żyjesz-li, matko moja?

Pamiętasz — o niech zginę! —

kiedyś za rękę wiodła

w dom boży małą dziecinę?

Ziół pełno rosło przy rowach,

zboże szumiało na łanach,

jak dziś w tym Pańskim śpiewie,

jak dziś w tych świętych organach.

Zrywałam wrzos i rozchodnik —

jaki kwiat w drodze się zdarzy —

i pęk tych niewiniątek

kładłam na stopniach ołtarzy.

Żyjesz-li, matko moja?

Jest jeszcze szereg długi

twych komnat? Snują się jeszcze

w dziedzińcach sługi i cugi?

O straszna, złowróżbna chwilo!

O straszne nieba i piekła!

kiedy się do mnie pokusa

z żarzącym szeptem przywlekła!

Gdzie jesteś, mężu zdradzony?

O gdzie wy, moje dziecięta?

Oddane cudzej opiece?! —

Ojciec czy o was pamięta?...

Wzgardzone łzy mnie dławią

i srom się za mną wlecze —

za wiele łez i sromu

na jedno serce człecze!

Zjaw się przedemną, o Chryste!

pokaż mi swoje męczarnie,

nim za mój ropny występek

wieczna mnie noc ogarnie.

Szłam-ci przez piaski pustyni,

przez wielkie płynęłam morze,

szukając, gdzie mi się spełni

Twe miłosierdzie boże.

I oto jestem przy Tobie,

Twe słodkie całuję rany,

ciernie wyciągam Ci z Głowy,

o Ty mój Jezu kochany!

Wspaniały stół mi gotujesz —

niema nad ucztę Boleści!

Jeszcze się przy Twym boku

biedna ma dusza zmieści!

Lice mi gładzisz swą ręką,

przebaczeń szepcesz wyrazy,

a łzy mi gorące cieką

na Twoje stopy bez skazy.

Przed Tobą padam cała

i płaczę i płaczę i płaczę,

nogi-ć włosami obcieram

za Grzechu życie tułacze.

Czemu Go krzyżujecie?

On mi przebaczył winę,

sprawił mi ucztę Cierpienia,

niech ja za Niego zginę!

Dobrze!... ostrzejszym gwoździem

kłujcie mi rany w ręce...

O jak mi błogo umierać!

O jaka rozkosz w tej męce!

O wyżej! wyżej z tym krzyżem!

Niech jeszcze okiem, nim skona,

zobaczę świat, który Chrystus

zamknął w litości ramiona...

O wyrzeczenia godzino!

O wy rozkoszne katusze!

Czem ja Ci, Panie, zapłacę?

Ciało Ci oddam i duszę!

Wielka mnie gnała tęsknica —

Któż większą słodycz mi poda?

Bierz moje ciało i duszę —

jeszczem-ci piękna i młoda!

Poco Ci, bogów wybrańcze,

dla ludzkiej ginąć nędzy?

Szczęściem ma warga się śmieje,

zcałuj to szczęście coprędzej!...

Biedna ja, grzeszna Marya!

Idę i idę przez wieki

hen! ku tej rzece nieznanej,

hen! ku tej ziemi dalekiej.

Idę przez piaski pustyni,

przez wielkie płynę morza,

ku Niemu gna mnie tęsknica,

a przy mnie litość boża.

Biedna ja, biedna Marya — — —

————————

Sigue explorando

Por su autor
Jan Kasprowicz · 360 piezas más en la casa
Dónde vive
La Biblioteca

← Marny tłumie! ZasłuchanyMaryan Olchowicz →

Expediente

Autor
Jan Kasprowicz
Título
Marya Egipcyanka
Lengua
polaco
Época
Vanguardias / s. XX
Sala
La Biblioteca
Identificador
ws-pl-marya-egipcyanka--jan-kasprowicz-da2cfc
Cita recomendada
Jan Kasprowicz, «Marya Egipcyanka», Poetósfera, poetosfera.com/p/ws-pl-marya-egipcyanka--jan-kasprowicz-da2cfc.html

Las obras de dominio público se reproducen íntegras, con atribución y en la ortografía de su impreso. ¿Ves una errata o conoces una fuente mejor? Escríbenos desde Sobre la casa.